Marketing i Biznes Marketing Trzykrotnie więksi niż w kwietniu zeszłego roku. Franciszek Georgiew zdradza, co stoi za sukcesem Tigers

Trzykrotnie więksi niż w kwietniu zeszłego roku. Franciszek Georgiew zdradza, co stoi za sukcesem Tigers

Franciszek Georgiew buduje jedną z najszybciej rozwijających się agencji digitalowych w Polsce. Kwiecień jest dla Tigers miesiącem symbolicznym, bo po raz pierwszy w historii, agencja jest ponad trzy razy większa niż w analogicznym miesiącu ubiegłego roku. Wzrost przyspieszający mimo rosnącej skali, nagrzewają dodatkowo plany wejścia na azjatycki rynek. W rozmowie z Marketing i Biznes Georgiew opowiada o tym, jak organizacja radzi sobie z dynamicznym rozwojem.

Trzykrotnie więksi niż w kwietniu zeszłego roku. Franciszek Georgiew zdradza, co stoi za sukcesem Tigers

Od redakcji: Franciszek Georgiew będzie prelegentem podczas czerwcowej konferencji Founders Mind. Agendę wydarzenia można sprawdzić tutaj.

300% wzrost w ciągu roku to raczej nie jest standard, którym może się pochwalić zbyt wiele agencji w Polsce. Za pomocą czego udało Wam się tego dokonać, zmieniliście jakieś dotychczasowe rozwiązania?

Nie, wręcz przeciwnie. Od początku starałem się tworzyć strukturę i rozwiązania pod dużo większą firmę i teraz to się po prostu materializuje. Jeden z celów rocznych firmy dotyczy doszlifowania istniejących procesów i wstrzemięźliwości z wprowadzaniem nowych narzędzi.

A nasze podejście taktyczne do Q2 podsumowaliśmy hasłem “więcej tego samego”, żeby chociaż na chwilę ostudzić innowacyjność i twórczość ludzi, przez którą tak dynamicznie to wszystko pączkuje.

Spory wzrost to też większe budżety, zlecenia, przetargi… czyli również wyzwania. Jak sobie obecnie z tym radzicie? Z takiej nieco “kumplowskiej” małej agencji zmierzacie w kierunku molocha. To z pewnością wymaga niejednego piwotu, w tym także mentalnego.

Mentalna zmiana to ogromne wyzwanie, zwłaszcza dla mnie samego. Z racji tego, ile osób w zespole jest stosunkowo nowych, to raczej wąska grupa “weteranów” musi zmienić podejście do firmy. Wydaje mi się, że to największe wyzwanie dla mnie, zespół radzi sobie z tym bardzo dobrze. To w dużej mierze zasługa zdrowej i silnej kultury organizacyjnej, rzetelnego wsparcia team leaderów i menedżerów, których staramy się przygotowywać do nowych, bardziej odpowiedzialnych ról.

To, że proces przebiega dobrze, potwierdzają wyniki ankiet satysfakcji klientów. Ostatnia ocena to ponad 4,5 na 5 z ponad 80% wypełnionych ankiet, wynik zaniżony, bo dostaliśmy kilka “1” tam, gdzie nie dało się zaznaczyć ”nie dotyczy”. Retencja klientów również jest wysoka, nawiązujemy coraz bliższe relacje. Uważam, że ten duch przedsiębiorczości i rozwoju sprzyja naszym relacjom z klientami, więc ten szybki wzrost jest dla nich korzystny. Nasz kierunek to coraz bardziej firma doradcza, posiadająca mocne kompetencje operacyjne.

A jeśli chodzi o ten wątek osobisty, pracuję nad nim usilnie. Dwa lata temu przestałem wiedzieć, co się dzieje w poszczególnych obszarach firmy, ale teraz niezależnie ode mnie podejmowane są decyzje na dziesiątki tysięcy złotych i tworzone są najważniejsze procesy. Mimo ogromnego zaufania do ludzi, mam niedosyt i chęć wejścia głębiej w różne tematy. Pojawia się związany z tym stres, bo zazwyczaj nawet nie mam jak w nie wejść, bo do podjęcia mam dużo decyzji na tym najwyższym poziomie. Na szczęście firma jest mocno sparametryzowana i mam podgląd ponad 90 KPI z ostatniego 1,5 roku działalności, raportowanych w trzech wymiarach: plan, wykonanie i budżet. Część z nich mierzą na swoje potrzeby menedżerowie, posiadający swoje dashboardy, a do mnie trafia w wizualnej formie selekcja najważniejszych wskaźników na dashboard zbiorczy. Dzięki temu nawet nie widząc szczegółów, śpię spokojniej, a biznes staje się przewidywalny, stabilny i oparty na danych.

Jak szybko rekrutuje Tigers? Biorąc pod uwagę Wasz wzrost, przybywa Wam szybko wakatów. Po wstawieniu ogłoszenia, że poszukujecie kogoś nowego do Waszego stada, ile CV otrzymujecie od razu?

To bardzo się różni w zależności od stanowiska. Nie mam jakichś dokładnych statystyk, bo akurat dashboard biznesowy obszaru HR dopiero powstaje, to najświeższy obszar firmy. Natomiast bez problemów generujemy dość wartościowych CV, także dzięki innowacjom, jak Tigers Camp i Akademia Tygrysa. Jesteśmy w stanie przeprowadzić z nich tyle rozmów, ile potrzebujemy, żeby pozyskać właściwe osoby. Dla przykładu, w kwietniu dołączyło do nas dziesięć osób i każda przeszła naprawdę rozbudowany proces rekrutacyjny i trwa szczegółowy, staranny onboarding.

Co do szybkości, nasz proces jest dość złożony, ale dzięki sprawnej organizacji i dobrej kulturze pracy, idzie do przodu bardzo szybko – zazwyczaj trwa do dwóch tygodni, mimo, że składa się z aż pięciu etapów rekrutacji. Zaczynamy analizy CV, potem rozmów prescreen. Robimy je po to, żeby nie zapraszać ludzi, którzy nie będą pasować do naszej kultury organizacyjnej. W tej krótkiej rozmowie upewniamy się też, że dana osoba rozumie, na jakie stanowisko aplikuje, że wie, gdzie jest biuro, jakie są widełki. Do nawiązania współpracy z Tigers potrzebne są oprócz zadania rekrutacyjnego jeszcze dwie pełnowymiarowe rozmowy – łącznie z pięcioma osobami. Obie komisje składają się łącznie z trzech osób, przy czym jedna jest łącznikiem pomiędzy kolejnymi rozmowami. Cały ten proces idzie jednak jak burza i kandydaci chętnie biorą udział w kolejnych etapach, być może zmotywowani przez ponadrynkowe stawki i silny brand firmy.

Z nowszych projektów HR, pracujemy również nad candidate experience i udaje nam się dać szerszy feedback na coraz wcześniejszych etapach rekrutacji. Naprawdę jestem dumny z pracy, którą rozpoczęliśmy nad obszarem HR w sierpniu z Konradem Kwiatkowskim, a od grudnia w pełnym wymiarze kontynuuje tę pracę Sabina Kwiatkowska. Zbieżność nazwisk jest naprawdę przypadkowa! (śmiech)

Mogą Cię zainteresować

Każdy kandydat wykonuje zadanie rekrutacyjne, czy jednak działa to odstraszająco i ludzie rezygnują?

Zaskakująco dużo ludzi je wykonuje. Oczywiście zdarza się, że ktoś tego nie robi. Ostatnio  nawet mieliśmy kandydata, który stwierdził, że jest chirurgiem marketingu i nie wypada go prosić o takie rzeczy. Podziękowaliśmy mu serdecznie, nie było tutaj spójności z wartościami firmy – tzn. partnerstwem i zaangażowaniem. Uważam, że zadania rekrutacyjne są bardzo potrzebne. One dobrze weryfikują nasze wyobrażenia na temat twardych umiejętności, a także poziom motywacji kandydatów. Niektórzy wykonują je bardzo przeciętnie lub niechlujnie, pomagając nam w dobraniu właściwych osób.

Dzięki tym kolejnym etapom zostajemy z ludźmi, którzy są skuteczni, konsekwentni i pasują do organizacji. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mieliśmy nieudaną rekrutację. Wydaje mi się, że w zeszłym roku może pozyskaliśmy z jedną czy dwie osoby, które nie pasowały do zespołu. Tutaj z pomocą przychodzi de facto szósty etap rekrutacji – trzymiesięczny okres próbny.

Może cały proces wygląda na wymagający, ale można wyjść z niego mądrzejszym, jest sprawnie przeprowadzany, no i warto próbować. Nie skreślamy, a wręcz szanujemy osoby, które aplikują po kilka razy, typowo do nas, pokazując swój progres. To bardzo spójne z wartościami firmowymi. Niezależnie od trudów, warto. Bycie Tygrysem potrafi być naprawdę satysfakcjonujące.

Pomóż mi zrozumieć na czym polega Wasz system partycypacyjny? Kiedy o nim opowiadasz to na ogół przed oczami mam po prostu system prowizyjny, w którym pracownik przecież też otrzymuje część wypracowanej przez siebie wartości. Czym tak naprawdę różni się model Tigers?

Prowizje zazwyczaj kojarzą się z wynagrodzeniem sprzedażowym, z targetami, które trzeba osiągnąć. Podstawowa różnica jest taka, że u nas nikt nic nie musi. Dostosowuje swoje “obłożenie” do swoich potrzeb i możliwości, mając też dużą elastyczność dotyczącą godzin pracy. Może pracować 10-16 albo tak jak większość ludzi, dorzucić sobie zajęcia na wcześniejsze lub późniejsze godziny. Wiele osób trzeba stopować, bo są bardzo “głodne” i zgarniają topowe stawki w branży, przy okazji włączając się chętnie w międzyzespołowe projekty specjalne, które tworzą różnego rodzaju innowacje. Cały czas rozwijamy firmę tak, by nie było dla nich sufitu i mogli dalej iść do góry, inspirując nowszych członków zespołu.

Finalnie i tak można uznać, że to wyłącznie nazewnictwo, ale gwarantowana rynkowa podstawa, elastyczność i zaoferowanie tego modelu we wszystkich obszarach firmy, wyraźnie wyróżniają się na tle rynku. Nie znam firmy, w której każde stanowisko miałoby taki ruchomy składnik. W ten sposób sukces jednej osoby napędza sukces drugiej, a to napędza wzrost firmy. Dlatego chcę nazywać to inaczej, co zachęca też do zadawania dodatkowych pytań i pogłębienia zrozumienia. I to działa, co widać chociażby po fakcie, że o to pytasz, a ja mogę opowiedzieć o duchu, którym pracujemy.

Pamiętam, że kiedyś zastanawiałeś się jak stworzyć taki model partycypacyjny dla grafików i miałeś z tym problem. Udało Ci się to rozwiązać?

Tak, wreszcie uczestniczą oni w tym modelu. Bardzo trudno było wyodrębnić ten wkład designera i przeliczyć go na sukces. To nie są policzalne rzeczy, jak reklamy. Sprowadziliśmy zatem ten system do generowanego przychodu ze zleceń graficznych.  Potrzebowaliśmy wygenerować ich więcej, żeby uzyskiwać z nich przychód. W tej chwili poprzez wygranie dużego przetargu i pozyskanie kilku klientów, którzy mają zapotrzebowania graficzne, nasi graficy mają możliwość włączania się w system partycypacyjny. To jest dla nas ważny kierunek i powoli, ale konsekwentnie się rozkręca. To jest taki też motywator, żeby robić więcej rzeczy takich, jak branding, bo dzięki temu ci ludzie też mogą uczestniczyć w tym rozwoju firmy. Wymusza to też rozwój umiejętności i wprowadza różnorodność pracy, przez co ta jest ciekawsza. Cieszę się, że studio graficzne ma coraz większą podmiotowość w firmie, bo wcześniej mi tego brakowało. Teraz idą tym samym rytmem, co wszyscy.

Zaczynałeś jako dziennikarz sportowy, najpierw współtworząc MMA News, a później pracując w MMA Rocks. Co ciekawe jeden z Twoich managerów – Daniel Kotliński – również jest byłym dziennikarzem. Czy praca w mediach pomogła Ci jakoś później w sektorze marketingu, social media? Charakteryzuje Cię jakiś sentyment wobec mediów, dziennikarstwa?

Dziennikarzy i byłych dziennikarzy u nas jest dużo więcej. Karolina Kawska, była prezenterka Superstacji. Martyna Celuch z portalu InTheCage. I nie tylko one… Granice między tymi światami są bardzo płynne i uważam, że praca contentowa i przy dystrybucji treści jest de facto w pewnym sensie działalnością marketingową. Nie tak dawno miałem przemyślenia, że w tym pierwszym portalu byliśmy na drodze, żeby być największym serwisem o MMA w Polsce, deptaliśmy liderowi po piętach. Mieliśmy po kilkaset tys. wyświetleń na YT pod wywiadami, w czasach gdy te oglądalności i subskrypcje były na dużo niższych poziomach. Praca w dziennikarstwie nauczyła mnie też prowadzenia strony na Facebooku, sprzedawania reklam w mediach itd. To wszystko było bardzo bliskie temu, co de facto robimy przez samoobsługowe systemy w marketingu. Dostrzegam tutaj naprawdę duży wpływ dziennikarstwa. Agencji zawdzięczam z kolei to, że mogłem sprawdzić swoje umiejętności na większych projektach. Zaczynałem jako junior, a skończyłem jako team leader, pomimo naprawdę dużego oporu materii. Nie miałem tam super poparcia, wręcz raczej mam wrażenie, że byłem trochę hamowany. Może nawet bardziej niż trochę! (śmiech)

Kiedy zaczynałem swoje agencyjne doświadczenia, to spodziewałem się, że wejdę do świata, z którego będę czerpać wiedzę pełnymi garściami. Powiem zupełnie szczerze, że było odwrotnie. Rzadko w agencjach można spotkać dobrych marketerów, a to ze względu na sztywny podział ról i wynikające z tego wąskie spojrzenie. Dlatego zastąpiliśmy go w Tigers modelem kompetencji w kształcie litery “T”, tak by ludzie wiedzieli jak rozwiązywać problemy klientów spoza swojej ścisłej specjalizacji.

Mogą Cię zainteresować

Interesują Cię jeszcze social media? Doglądasz jeszcze jakichś zleceń albo kusi Cię czasem stworzyć jakiś post dla klienta, czy praktycznie w ogóle od tego odszedłeś i skupiłeś się w całości na zarządzaniu firmą i szkoleniach? 

Zainteresowanie pozostało, ale raczej na poziomie makro – interesuje mnie jak treści, reklamy, analityka są skalibrowane ze strategią marketingową czy biznesową naszych klientów. Marketing fascynuje mnie na takim wysokim poziomie, gdzie integrujemy różne działania, kanały, umiejętności miękkie, strategiczne i te twarde. Uważam, że zbudowanie tego pomostu między operacją a strategią, to wyzwanie, które przechodzi może z 1% firm na rynku, a reszta błądzi po omacku. Co więcej, agencje nie rozwiązują skutecznie tego problemu. Dlatego to budowanie pomostu między strategią a operacją nadal mnie interesuje i w tym widzę ogromną biznesową szansę, tym bardziej, że szereg osób u nas czują się świetnie w roli marketingowego czy wręcz biznesowego doradcy.

Także czasem zdarza mi się współtworzyć jakąś strategię czy taktykę marketingową, czasem daję szczegółowy feedback do pojedynczej reklamy, treści czy strategii, ale to robię wyłącznie z pasji i po godzinach. 95% mojego czasu to jest zarządzanie firmą. I będę dążyć do tego, żeby to było 100% oraz aby było to coraz bardziej wysokopoziomowe. Ja nawet nie widzę siebie jako CEO Tigers, tylko raczej inwestora i doradcy w spółkach grupy Tigers, gdzie pomagam instalować – niekoniecznie swoimi rękoma – nasz system operacyjny.

Mam wrażenie, że w tym obszarze zarządzania agencją, nawet kilkudziesięcioosobową, za dużo takich “eurek” mi nie pozostało. Szukam nowych obszarów, które będą kształcące i M&A wydaje mi się fajnym wyzwaniem, które zmusza mnie do jeszcze lepszego poukładania Tigers. Moją główną motywacją jest właśnie rozwój kompetencji i widzę ogromny potencjał na taki rozwój w nowych modelach biznesowych, które rzucą mi pod nogi nowe, większe kłody..

Czyli po prostu wielki chan, który będzie stać na czele potężnego Imperium Mongolskiego, składającego się z wielu różnych ord.

Raczej augustus, który rozstawia po granicach rosnącego państwa legiony oparte na powtarzalnym modelu operacyjnym. (śmiech) Wzory rzymskie są mimo dużo bliższe, nawet pisałem o tym kiedyś na LinkedIn i nagrywałem relacje na Instagramie. Rzymskie legiony były zorganizowane wokół pewnego powtarzającego się  schematu, z pewnymi ruchomymi elementami związanymi z lokalnymi oddziałami auxilia. Tutaj jest podobnie, kolejne działy i firmy, w które teraz wchodzę, będą oparte na bliźniaczych rozwiązaniach, które pomagają w osiągnięciu dobrego wzrostu. Historia pokazuje, że przewaga organizacyjna i technologiczna pozwala podbijać świat, pisał o tym chociażby Harari w “Sapiens”. Chcę próbować ten świat podbijać, jakkolwiek żałośnie z perspektywy kilkudziesięcioosobowej firemki by to nie brzmiało. Drogą do tego celu jest wizja grupy, która zaczyna się już materializować wraz z pierwszymi akwizycjami. Bardzo niedługo będziemy ogłaszać te newsy i widzę tu dla siebie dużą rolę do odegrania.

Jak wspominasz współpracę z Media Forum?

To było bardzo wymagające środowisko pracy o złej kulturze. Dzisiaj z perspektywy czasu, widzę więcej i na przykład dostrzegam dobre intencje właścicielek tej firmy i w sumie to, że pracowało tam sporo fajnych i rzetelnych osób, które podłapywały złe schematy. Pomimo tego udawało się tam robić bardzo dobre rzeczy. Parę case’ów tam zrobiłem, mimo ograniczonej sprawczości i podrzędnej roli działu social media. Wypromowałem np. Galerię Mokotów jako topowe centrum handlowe w Polsce, jeśli chodzi o zaangażowanie na Facebooku. To było pierwszym moim branżowym dużym, autorskim case’em. Galeria była na szarym końcu, wcale nie miała największych budżetów, a reklamy były outsourcowane do innej agencji, bo nie było wiary, że potrafimy to zrobić dobrze. Wziąłem na siebie content i reklamy branży, która jest mi odległa. Biegałem i robiłem zdjęcia luksusowych torebek, adidasów, a potem puszczałem na to adsy lepiej niż poprzednicy. Udało mi się przebić wszystkie wyniki, pobić rekordy i bardzo długo dominowaliśmy w rankingu Sotrendera w kategorii “centra handlowe”. Zobaczcie sami na ranking w latach 2014-2015, jak nagle Galeria Mokotów wystrzeliła do góry. Swoją drogą pracuję z dwiema osobami, które tam poznałem i uważam, że są oni absolutnymi filarami Tigers. Mówię tu o Karolinie Kawskiej, która jest naszą head of social media i Pawle Wasilewskim, który jest szefem studia graficznego. To osoby, które są naprawdę dobrze sprawdzone w boju i pracujemy już razem bardzo długo i możemy na sobie polegać w najtrudniejszych momentach.

Mogą Cię zainteresować

To było aż sześć lat temu, ale bardzo ciekawi mnie jak zmieniło się Twoje myślenie teraz. W rozmowie z MMA Rocks powiedziałeś kiedyś, że pracowanie w agencji marketingowej było wygodne i że gdyby nie toksyczne relacje, które tam były, to pewnie nie zdecydowałbyś się na założenie własnej firmy. Brzmi to jakbyś nie spodziewał się, że prowadząc kiedyś portal o MMA, zarządzałbyś w przyszłości kilkudziesięcioosobową firmą. 

Podtrzymuję to. Gdybym mógł budować wtedy dział social media, to nie założyłbym swojej firmy. Praca w agencji to był brak konieczności martwienia się o cashflow, windykację, rekrutację czy odpowiedzialności za pozyskiwanie klientów. W ogóle takie tematy nie istniały w mojej głowie, to się działo “samo”. Ok, trzeba było przygotować jakieś oferty, ale to nie była zobowiązanie wobec całego procesu sprzedaży, generowania leadów, czy myślenie o tym, że trzeba utrzymywać ludzi i relacje z klientami. Teraz widzę, ile innych czynników składa się na to, żeby wypracować jakąkolwiek rentowność, atmosferę i kulturę pracy, operacyjną sprawność. Uważam, że dobra pensja menedżerska bądź dyrektorska z nielimitowanym składnikiem success fee byłyby dla mnie wystarczające, przy założeniu maksymalnej decyzyjności. Mógłbym też zostać docelowo najemnym CEO. Obecnie jestem jednak trochę w wirze zarządzania firmą i trudno byłoby mi się z tego wycofać i przejść na stanowisko menedżerskie czy dyrektorskie, nawet na super płatne i decyzyjne. Zbudowaliśmy sprawnie działającą maszynę i póki ona dobrze działa, na pewno będę tu, gdzie jestem.

Tak samo wyobrażam sobie siebie prowadzącego np. największy portal o MMA, który rozkwita w nowych obszarach. Tutaj na drodze stanął konflikt z jego właścicielem. Może w pewnym momencie ten sport stałby się za ciasny, a może to by było pretekstem, żeby zrobić coś świeżego i nowego.

Na pewno jednak nie chciałbym być freelancerem – lubię budować i robić duże rzeczy, a bez skali ciężko je osiągać. Zatem tak – podpisuję się pod tym, co powiedziałem kilka lat temu. Co więcej, myślę, że nie potrzebowałbym tak dużo tych pieniędzy, jak może sugerować mówienie o nielimitowanym success fee. Za tamtych czasów zarabiałem ok. 3000-3500 zł netto na fakturze, a miałem dużą odpowiedzialność i generowałem znacznie większe przychody dla agencji. Mimo to starczało mi na życie, robiłem interesujące rzeczy. Ta motywacja finansowa nigdy nie była ważna. 

W 2019 r. w Głowie Foundera na Marketing i Biznes powiedziałeś, że od kilku lat nie podniosłeś sobie pensji. Jak sprawa ma się obecnie? Franciszek doczekał się w końcu podwyżki?

Pensja pozostała zdaje się bez zmian, powiem więcej – marzec był miesiącem, w którym nie wypłaciłem sobie żadnych pieniędzy. Zostałem dostrzeżony przez catering dietetyczny “Czysta Micha”, który stwierdził, że moje stories są bardzo ciekawe i zacząłem dostawać w barterze jedzenie za promowanie ich. Co ciekawe z moich poleceń pozyskali już ładnych paru zadowolonych klientów, o których wiem. Sam zastanawiam się, o ilu nie wiem, uroki influencer marketingu i działań brandowych (śmiech) W związku z tym, że nie muszę teraz płacić za jedzenie, to nie potrzebowałem uzupełniać stanu konta. A jedzenie to mój jedyny koszt poza mieszkaniem i jeżdżeniem samochodem oraz wakacjami od czasu do czasu, których teraz nie ma. Może nawet niepotrzebnie o tym wspominam, bo technicznie rzecz biorąc, wiadomo, że gdyby była taka potrzeba, to mogę wyjąć z Tigers 10 razy tyle, co kiedyś. To na pewno nie jest żaden wzór do naśladowania czy jakaś cnota. Lubię dobre życie, ale jeszcze bardziej lubię agresywny wzrost. To mnie napędza i moje zarobki są tutaj wtórne. 

No cóż – pieniądze to nie wszystko. W końcu gotówka podlega inflacji i dewaluuje się z czasem. Jest wiele innych wartości czy rzeczy, które nie tracą na wartości wraz z biegiem czasu, a są niekiedy bezcenne.

Owszem. To jest kwestia inwestycji w siebie. Rozwijając się w zakresie consultingu, pozyskiwania firm, rozwijania ich itp., nabieram bardzo atrakcyjnych kompetencji. Wierzę, że gdyby ktoś dał mi bar z sajgonkami, to za rok czy dwa to byłby najlepszy bar z sajgonkami w Warszawie. A przynajmniej z takim nastawieniem zaczynałbym ten projekt. Sądzę, że tworzenie firmy to powtarzalny proces i właśnie teraz wchodząc w obszar akwizycji i inwestycji chcę to udowodnić. Uważam, że jestem w stanie zaginać te wykresy efektywności do góry w dowolnej firmie, mając coraz większe know-how i dostęp do kapitału. Jeśli dane nam będzie porozmawiać za rok czy dwa, rezultaty mojej pracy będą widoczne.

To będzie prowokacyjne pytanie – czy uważasz, że jesteście obecnie najlepszą agencją w Polsce?

Zależy, co przez to rozumiemy. Biznesowo – myślę, że tak. Szukam inspiracji i uważam, że PromoTraffic, BlueRank, SEMCore czy AdCookie są inspirującymi agencjami, znalazłbym jeszcze kilka, ale poza tym nie znajduję wiele interesujących podmiotów do śledzenia. Jeśli się to nie zmieni, to zawalczymy także o klientów agencji sieciowych. Na razie nie walczymy z nimi wprost, bo uważam, że są ciekawsze sposoby na rozwój biznesu, ale myślę, że zaczniemy te segmenty coraz mocniej skubać.

Na razie nie mam siły do tych wszystkich nagród, oldschoolowego słownictwa i ludzi, którzy znają się od 20 lat i wszyscy pracowali w tych samych firmach i przy tych samych 50 klientach. Nie mam też ochoty na spotkanka przy kolacji czy picie wódki z kim trzeba, a takie wskazówki dotyczące pozyskiwania zleceń dostaję od ludzi z tej reklamowej arystokracji.

Jeśli tam kiedyś skutecznie wejdziemy, to innymi drzwiami, o ile klienci będą zainteresowani nowym i skuteczniejszym, transparentnym modelem działań. Może nie czynię sobie przyjaciół, opowiadając o tym w mediach, ale z mojej strony zawsze można liczyć na autentyczność i szczerość i to są moje nadrzędne wartości w życiu. A gdybym opowiadał głupoty, napiszcie do mnie proszę i zmieńcie moją opinię – jestem otwarty.

Mogą Cię zainteresować

Na początkach Tigers jako CEO byłeś bardziej kolegą swoich pracowników, później przyznałeś, że walczyłeś o to, aby w pewien sposób się zdystansować, ale zacząłeś zauważać, że być może dystansujesz się nieco za bardzo. Jak jest teraz? Udało Ci się wypracować kompromis pomiędzy fajnym szefem a Panem prezesem?

Myślę, że tak. Można w nieskończoność usprawiedliwiać ludzi i wymyślać rozwiązania za nich, ale jeżeli ktoś pomimo wsparcia nie jest w stanie tego wyniku w swoim obszarze generować, to być może po prostu tutaj nie pasuje. Nauczyłem się robić jedno i drugie – bardzo się lubić i dużo wymagać. Postępuję trochę wg zasady Jima Collinsa – “najpierw kto, potem co” Cały czas staram się przesuwać ludzi wewnątrz organizacji, żeby w pełni wykorzystać ich najsilniejsze strony i dać szansę na dalszy rozwój. Mamy w Tigers naprawdę bardzo utalentowanych ludzi. I nie mówię tutaj tylko o menedżerach wyższego szczebla. 

Niedawno zresztą uruchomiliśmy projekt Akademia Tygrysa, który rozpoczął się tygodniowym Tigers Campem. W trzy dni przeszliśmy od koncepcji do realizacji, tzn. postawienia landing page, zrekrutowania ludzi i wypracowania całej ścieżki rozwojowej. Właśnie teraz patrzę przez szybę, jak siedem osób uczestniczy w kolejnym wykładzie w Akademii Tygrysa. Dostają zadania, projekty grupowe… To są ludzie, którzy są zrekrutowani po wartościach, musieli się bardzo wykazać po drodze. Po każdym z pięciu wykładów, tego samego dnia do północy musieli oddać pracę domową – jak była minuta spóźnienia, to ktoś nie przechodził dalej. Z tych 110 osób 50 parę doszło do ostatniego etapu, po zadaniach foto/video, Google Ads, contentowych, client service’owych i strategicznych. W tym ostatnim etapie jednego dnia zrobiliśmy 20 najlepszym osobom aż 60 rozmów kwalifikacyjnych. Cały zespół robił im speed dating w bardzo zautomatyzowany i sprytny sposób. Ta siódemka, która przeszła wszystkie etapy, to nie są typowi juniorzy, a ludzie, którzy są zaangażowani i kreatywni, i w których jest gigantyczny potencjał. 

Rozwinęła się u nas także kultura innowacyjności, która jest dość świeżym wątkiem i czymś w czym uczestniczy cały nasz zespół. Okazało się, że jak podrzuciliśmy biznesowy temat do rozwiązania team leaderom, to powstało 150 fajnych pomysłów, które są już wprowadzane w życie. Mógłbym gadać godzinami o tym, jakie pomysły powstają tutaj każdego dnia. (śmiech) To jest taki nowy wyróżnik na rynku, którego dotychczas nie widzieliśmy czy nie wykorzystywaliśmy. Zaczynamy tworzyć bardzo silną zespołowość. Przyglądałem się ostatnio na pięciu dysfunkcjom pracy zespołowej Lencioniego i wydaje mi się, że przeszliśmy przez te wszystkie fazy. Od braku zaufania, przez brak odpowiedzialności i w tej chwili jesteśmy na tym ostatnim etapie, w którym musimy patrzeć nie tylko na indywidualne wyniki, które mamy w partycypacyjnym systemie wynagrodzeń, ale też na wyniki zbiorowe, jako całej firmy. To zaczyna właśnie teraz się dziać i te wzrosty będą jeszcze większe. Mimo tego, że nie jest to celem samym w sobie, uwielbiam patrzeć jak ten wykres szybuje do góry.

Kiedyś chciałeś otworzyć biuro w Londynie, lecz zrezygnowałeś z tego pomysłu, teraz koncentrujesz się bardzo na Azji i marzysz o biurze w Singapurze. Uważasz, że do pojawienia się na Dalekim Wschodzie będziesz lepiej przygotowany i plan się ziści? 

Pomysł o tyle się ziści, że już mamy pierwszych klientów z Hong Kongu i Singapuru, a także szereg napoczętych kontaktów. Zaraz ogłoszę też wejście Tigers na udziały innej firmy, która specjalizuje się w tym kierunku geograficznym. Także nie ma powodów, by wątpić.

Pomysł o Londynie wynikał trochę z doświadczeń osoby, z którą tworzyłem Tigers w pierwszych latach. Finalnie jednak byliśmy tak “zarobieni” i niedoskonali operacyjnie tutaj, że nigdy nie znaleźliśmy na ten temat dość czasu. Wybraliśmy drogę, która jest łatwiejsza i na tamten czas to była najlepsza możliwa decyzja.

O Azji myślę poważnie i długoterminowo. Czekam też na otwarcie granic i planuję spędzić w Singapurze co najmniej miesiąc, może dłużej. Ten plan się mocno konkretyzuje, jak rozmawiałem o nim miesiąc czy dwa temu, to był on w powijakach. Myślę, że w kolejnych miesiącach będzie on dalej ewoluować. Szukam kolejnych strategii i póki co taktyka Jima Collinsa “first bullets then cannonballs” świetnie się sprawdza. Z kilkunastu strzałów na oślep co najmniej kilka trafiło już celu i wyciągamy w tym kierunku większą armatę. Więcej konkretów wkrótce, polecam śledzić kanały Tigers i moje prywatne.

Wiem, że masz sceptyczne podejście do pracy zdalnej i nawet w trakcie pierwszej fali koronawirusa starałeś się utrzymać pracę w biurze. Jeśli jednak myślisz o ekspansji zagranicznej, to czy nie będziesz się musiał w końcu przekonać do tego modelu zdalnego? Raczej trudno będzie relokować wszystkich do jednego miejsca. Nie uważasz, że przez to, że jesteś zamknięty na pracę zdalną, to de facto tracisz, bo zamykasz się tylko na specjalistów w Warszawie?

Nie po to wynajmuję biuro w wieżowcu, żeby pracować zdalnie. (śmiech) Wierzę w pracę hybrydową i uważam, że ten model u nas będzie dalej ewoluować. Po to jednak budujemy silny brand i będziemy robić epickie rzeczy, żeby ludzie chcieli przyjechać nawet z drugiego końca Polski, żeby tu pracować.

Udało nam się ściągnąć np. Dominikę Kaczor z Poznania, która organizowała I Love Marketing – z przyjemnością i dużym zaufaniem tutaj przyjechała. Myślę, że nie żałuje i robi naprawdę inspirujące rzeczy, wchodząc na nowy poziom odpowiedzialności. Nie widzę problemu z przekonaniem ludzi, że warto co drugi tydzień wjeżdżać na te 29-piętro i pracować blisko z branżową czołówką, prawdziwymi ludźmi sukcesu. Nie wyobrażam sobie Tigers pracującego całkowicie zdalnie i stricte w Tigers nie widzę pracowników w pełni zdalnych. Osiągamy bardzo wysokie rezultaty w tym modelu, w jakim pracujemy dzisiaj. Będę szukać sygnałów o pierwszych trudnościach pod kątem ewentualnej zmiany, ale na razie ich nie ma.

I na koniec – na Founders Mind będziesz opowiadać o budowaniu organizacji na wartościach. Tigers istnieje już od sześciu lat i udało Wam się przez ten czas stać się bardzo wyróżniającą organizacją. Co uważasz za największą wartość swojej firmy?

Nie jestem w stanie wyłonić jednej takiej wartości.Swoją drogą to zabawne, ale ostatnio kandydat na rozmowie kwalifikacyjnej zapytał mnie o to samo. Myślę jednak, że one wszystkie są równie ważne i tworzą spójny system działania i flow organizacji.

Uważam, że żywe wartości to świetny drogowskaz we wszystkich obszarach firmy, który pozwala nam szybko rosnąć i mieć jasność co do wzajemnych oczekiwań w całym zespole. O tym, jak takie rzeczy zorganizować i jak wymagający, ale owocny jest to proces, opowiem na konferencji, nie ukrywając żadnych pikantnych szczegółów.

Podziel się

Zostaw komentarz

Najnowsze

Powered by: unstudio.pl