Marketing i Biznes E-commerce Jak założyć sklep internetowy i nie popełnić błędów? Rozmawiamy z twórcą Ecometrixo – narzędzia BI dla e-commerce i autorem książki

Jak założyć sklep internetowy i nie popełnić błędów? Rozmawiamy z twórcą Ecometrixo – narzędzia BI dla e-commerce i autorem książki

Pierwszych klientów pozyskał wysyłając do nich wina, później tworzył modowy market place, a teraz pisze książkę o e-commerce i tworzy narzędzie do analizy e-handlu. Rozmawiamy z Maciejem Stodolnym - twórcą Ecometrixo, o jego aplikacji, historii, książce, partnerstwie z Microsoftem oraz budowaniu kontaktów biznesowych na polu golfowym.

Jak założyć sklep internetowy i nie popełnić błędów? Rozmawiamy z twórcą Ecometrixo – narzędzia BI dla e-commerce i autorem książki

Od czego zaczęła się Twoja przygoda z biznesem? Z tego, co mi wiadomo, to swoją pierwszą agencję założyłeś w wieku 21 lat i obsługiwałeś takie marki jak Intimissimi, Fale Loki Koki, Calzedonia czy BZWBK, a klientów tych miałeś pozyskać podobno dzięki nazwie i wypozycjonowaniu się pod nią.

Na studiach wymyśliliśmy koncept agencji marketingowej, którą nazwaliśmy “Marketing Modowy”. Zrobiliśmy to nie mając do końca pojęcia o modzie i nie wiedząc z czym się ona tak naprawdę wiąże. Mimo to skupiliśmy się tylko i wyłącznie na tym, aby obsługiwać marki z branży fashion i beauty. Przez pierwsze dwa miesiące nie działo się kompletnie nic. Założyliśmy kanały social media, stronę internetową i czekaliśmy na klientów. Dosłownie tak to wyglądało: oczekiwanie. Następnie wpadłem na pomysł, żeby wysłać butelki wina do potencjalnych klientów. Kupiliśmy Chianti i nakleiliśmy na nie własne etykiety z hasłem “porozmawiajmy o modzie przy butelce wina”. Na 50 wysłanych butelek, odpowiedziało 47 firm, które się z nami skontaktowały i umówiły na spotkanie – magia Chianti zadziałała, jak trzeba. 

Zobacz też

Ilu z tych 47 spotkań udało się dopiąć, przechodząc przez kolejne etapy lejka sprzedażowego?Wtedy nie wiedziałem jeszcze nawet, co to jest lejek sprzedażowy. Byłem na drugim roku studiów i wymarzyła mi się agencja – myślałem, że to będzie proste. Pracowałem już w różnych firmach i widziałem, jak agencje po prostu niewiele robią, wykonując zlecenia, które mógłby zrobić każdy. A już wtedy stawki agencyjne były na tyle spore, żeby przerodziło się to w całkiem sensowny i opłacalny biznes. Ostatecznie udało się pozyskać 20 klientów. Była to chyba najlepsza kampania leadowa, jaką w życiu przeprowadziłem. (śmiech)

To bardzo dużo jak na młodą firmy bez doświadczenia. 

Będąc szczerym, uważam, że był to poniekąd gwóźdź do trumny, który zaszkodził naszej agencji. Współpracę z  dużymi korporacjami zaczęliśmy bardzo szybko, bo mniej więcej
w pierwszym lub drugim roku naszego  działania. Musieliśmy zatem bardzo mocno się skalować. Będąc na trzecim roku studiów zatrudniałem już 20 osób, a cały czas nie mieliśmy prawdziwych struktur, nie wiedziałem przecież, jak zarządzać firmą, a lejek sprzedażowy prowadziłem w Excelu. Nasze działania mocno utrudniały przede wszystkim opóźnione płatności. Musiałem mieć cashflow na poziomie ponad 100 tys. zł miesięcznie, żeby opłacić tylko i wyłącznie pensje i biura. Bardzo często takich budżetów nie udawało
się osiągać, bo czekaliśmy na zapłacenie sporych faktur miesiącami. Robiliśmy wszystko, żeby opłacić ludzi, a nie np. podatki. Banki bardzo chętnie proponowały nam wtedy kredyty. Mieliśmy nawet  linię kredytową na 100 tys. zł, ale wypowiedziano nam ją po roku z uwagi na to, że mieliśmy zajęcia z Urzędu Skarbowego. Pamiętam to jako poważną szkołę biznesu – ważność priorytetów była istotna, ale na pierwszym miejscu byli ludzie. 

Jak godziłeś studia i obowiązki z prowadzeniem już dość rozbudowanej agencji?

To kwestia szczęścia i sprytu. Już po pierwszym roku udało mi się załatwić indywidualny tok nauczania. Razem z kilkoma znajomymi z polskiej kadry golfa, znaleźliśmy się na jednej uczelni i jednym roku, tylko na innych wydziałach. Na pierwszym roku osiągnęliśmy Akademickie Mistrzostwo Polski. Sam zresztą zdobyłem wtedy wicemistrzostwo indywidualne. Te sukcesy zapewniły nam wyjazd na mistrzostwa Europy do Portugalii, gdzie zajęliśmy 10. miejsce jako drużyna, co jest chyba do dziś historycznym wynikiem dla golfa w Polsce. Mieliśmy indywidualny tok nauczania.

Zobacz też

Odpowiadasz też za stworzenie marketplace’u Modile.pl, który potem sprzedałeś Panoramie Firm. Jak wyglądały kulisy powstawania tej platformy oraz samej transakcji?

Kiedy sprzedałem Marketing Modowy, dostałem telefon od byłych właścicieli Money.pl,
że szukają kogoś kto zna się na modzie i e-commerce, ponieważ budują marketplace. Głównym inwestorem projektu był Fundusz Opoka. Po wielu rozmowach i spotkaniach dołączyłem do tego grona i zaczęliśmy tworzyć Modile, które prowadziliśmy przez dwa i pół roku. Tworzyliśmy konkurencję dla Domodi czy Allani i nie ukrywaliśmy, że jest to serwis budowany tylko i wyłącznie pod sprzedaż, aby zapełnić tę niszę rynkową. Po tym czasie sprzedałem swoje udziały, a cały projekt został wykupiony przez Panoramę Firm, co służyło im głównie jako zaplecze linkowe.  Korzystali też z mocnych kanałów social media. Dzisiaj z tego, co widziałem domena, jest nieaktywna. 

To czemu koniec końców nie wyszło, skoro wtedy było dość duże zapotrzebowanie? Domodi, Allani, czy Eobuwie działają do dziś.

Nie powiedziałbym, że to nie wyszło, bo finansowo wyszedłem na tym dobrze (śmiech). Kiedy do startupu bierzemy menedżerów z bardzo dużym sukcesem, którzy mają na swoim koncie spieniężone za kilkanaście milionów złotych firmy, to wchodzi się w styl zarządzania, w którym trochę niestety  nie zważa się na koszty.

Dzisiaj każdą złotówkę od inwestora oglądam dwu lub trzykrotnie, ale wtedy od pierwszego dnia zostały wynajęte biura, w jednym z najdroższych budynków w centrum Warszawy. Śmiałem się, że byliśmy nad Coca-Colą i faktycznie znajdowaliśmy się dwa piętra nad nimi.

Zatrudniliśmy cały zespół, mimo że portal się budował i robił to przez kolejne 12 miesięcy. Opłacaliśmy zatem redakcję, social media specjalistów, marketingowców czy fotografów. Wszyscy siedzieli w biurze, tworzyli content i czekali, aż powstanie serwis.

Dziś wiem, że przez ten pierwszy etap mogliśmy pracować zdalnie. Dzisiaj pewnie byłoby to naturalne, ale mentalność jeszcze te sześć lat temu od każdego wymagała obecności w biurze. Home office pozwoliłoby nam wygenerować dużo większe oszczędności, które moglibyśmy przeznaczyć na  samą promocję portalu. Mimo to, kiedy odchodziłem z Modile.pl, to portal miał ok. 600-700 tys. sesji, więc był całkiem widoczny na mapie modowej. 

To jak teraz byś do tego podszedł? 

Na pewno oglądałbym każdą wydaną złotówkę i nie zatrudniał całego zespołu już na początku projektu, tylko podzieliłbym to na konkretne etapy. Z drugiej strony – nie mam sobie nic do zarzucenia, bo Modile.pl odniosło sukces finansowy. Byłem młodym chłopakiem, który chciał robić marketing. Pamiętam do dziś swoją pierwszą wypłatę – dostawałem 12 tys. zł netto. Za pierwszym razem, kiedy ją otrzymałem, to choć pracowałem wcześniej na większych budżetach, to trzy razy robiłem screeny i wysyłałem do rodziców, mówiąc, że wreszcie mam stabilną pozycję i dobrą pensję.

Zobacz też

Mówiłeś, że kiedy zakładałeś agencję modową, to nie do końca interesowałeś  się tą branżą. Skąd się zatem wziął pomysł, żeby akurat ten sektor zagospodarować? Był to ślepy strzał, wynik audytu?

Zrobiłem drobne badanie rynku. E-commerce zaczął wtedy mocno startować i marki modowe przechodziły sporą  transformację. Zauważyliśmy, że wydają one przeogromne pieniądze, aby znaleźć się w magazynach. Nie ukrywajmy, że były to pieniądze wyrzucone w błoto, bo te marki najczęściej nie były gotowe na ruch, który ew. dostarczały im owe magazyny. Na stronach internetowych nie miały żadnych narzędzi, które mogłyby skonwertować ten ruch i zrobić z niego użytek.

To, co nas wyróżniało, to mocna komunikacja. Na kilku konferencjach, na które byliśmy zapraszani, głośno mówiłem, że PR w modzie w tradycyjnym wydaniu to przeżytek i wszyscy przejdą za chwilę na performance marketing i tak się stało (śmiech). Trafiliśmy w odpowiednią niszę i czas, a drobne badanie okazało się skuteczne.

Reklama kosztującą 20 tys. zł kiedyś w gazecie mogła w tamtych czasach dać ok. 100 tys. użytkowników. Nie wierzę jednak, że teraz dałaby taki rezultat, a nawet jeśli, to że taki użytkownik przeszedłby cały etap koszyka. Tak jednak wtedy wyglądał marketing modowy. Wszyscy chcieli mieć duże publikacje w mediach i myśleli, że jak jakaś gwiazda założy ich ubranie, to wtedy będą najlepsi na świecie. My, wychodząc z innego założenia, i robiąc performance, byliśmy zupełnie nowym produktem, który każdy chciał mieć. Nie musieliśmy się prosić o klientów, nie prowadziliśmy żadnej kampanii reklamowej. 

Co konkretnie robiliście?

Social media, strony internetowe, Google Ads. Potem otworzyliśmy studio packshotowe
i robiliśmy ok. 30 tys. packshotów w ciągu roku.

Za pomocą czego mierzyliście efekty Waszej pracy? E-commercom w końcu zależy najbardziej na tym, żeby koszyk został dopięty.

My rozliczaliśmy się ze sprzedaży. Stawialiśmy już wtedy poważnie na analitykę – pokazywaliśmy, że nasze działania przynoszą  konkretny zysk. Są oczywiście sposoby, które ukrywają niekompetencje agencji i są też takie, które przejrzyście pokazują działania. My stawialiśmy na totalną transparentność. 

Niedawno zostałeś laureatem jednego z konkursów Microsoft, dzięki czemu otrzymałeś nagrodę w wysokości 120 tys. dolarów na serwery i dołączyłeś do programu dla startupów firmy. Zdradzisz szczegóły? Za co zostałeś nagrodzony?

To za sprawą startupu, który uruchomiliśmy rok temu – Ecometrixo. Jest to narzędzie business intelligence dla e-commerce. Tłumacząc dokładnie – łączymy wszystkie źródła marketingowe z Facebooka, Google, GetResponse, RTB House, Tradedoubler, Allegro itd. i pokazujemy bardzo dokładne, skumulowane przychody, koszty i wszystkie informacje sprzedażowe w jednym miejscu. Bez potrzeby logowania się do kilku paneli, różnych kont i całej reszty.

Zacząłem tworzyć tę aplikację w maju zeszłego roku, a w sierpniu 2020 pozyskałem na nią 3 mln zł od inwestora prywatnego. Następnie, dołączając do Izby Gospodarki Elektronicznej, zostaliśmy nominowani jako obiecujący startup do współpracy z Microsoftem. Po kilku pitchach wytypowali nas do programu partnerskiego, gdzie otrzymaliśmy całkiem sporo benefitów w tym 120 tys. dolarów na serwery na najbliższe dwa lata, całe oprogramowanie i wsparcie oraz możliwość dołączenia do ich kanału sprzedażowego B2B.  

Zobacz też

Udało Ci się przekonać do siebie inwestora czystym pomysłem – bez kodu, projektu. Czyli jednak polskie VC i anioły biznesu inwestują w pomysły?

Przygotowałem 12-stronicową prezentację na temat tego, co chcę zrobić, nawiasem mówiąc bardzo brzydką, ale konkretną (śmiech). Inwestor szczegółowo mnie przepytał. Poznał moją wiedzę e-commercową, wypytał o konkurencję oraz wizję i moje doświadczenie. Ostatnie dwa lata spędziłem w spółce giełdowej, która sprzedawała produkty dla e-commerców w modelu SaaS i odpowiadałem tam za marketing.

Myślę jednak, że głównym czynnikiem, decydującym o pozyskaniu kapitału od inwestora była moja szczerość. Kiedy inwestor zadawał mi pytanie, to tłumaczyłem dokładnie, jak to wygląda. Jeśli nie znałem odpowiedzi, mówiłem wprost – nie wiem, sprawdzę i dowiem się. Zwrócił uwagę na to, że byłem jednym z pierwszych startupów, które przyszły i odpowiadały konkretnie, a nie lały wodę, jak większość, z którą miał do czynienia.

Cały czas niestety pokutuje w ludziach coś takiego, że boją się przyznać do błędu, albo powiedzieć, że czegoś nie wiedzą… Po zbadaniu rynku podpisaliśmy w sierpniu umowę inwestorską. Była to trzecia osoba, z którą spotkałem się w sprawie inwestycji. Byłem jednak w razie czego gotowy pokrywać budowę serwisu ze środków prywatnych. Nasze rozmowy zaczęły się w czerwcu, a sam pomysł powstał “na kanapie” 

Nie chcę tu wyjść na złośliwego, ale zacząłem się zastanawiać na ile sukcesy, które odnosisz, bo doświadczenia i umiejętności nie można Ci odmówić, były skutkami Twojej wiedzy i merytorycznej postawy, a na ile szczęścia?

Uważam, że było tu bardzo dużo szczęścia – w biznesie jest ono potrzebne i nie ma co tego ukrywać. Czasem wystarczy obracać się towarzystwie konkretnych osób i robić z nimi interesy. Wydaje mi się, że jeżeli nie zatraci się tego zaufania, a dowozi kolejne projekty i wykonuje dobrze swoją pracę, to dużo łatwiej będzie na rynku zdobyć pieniądze czy finansowanie, a przede wszystkim zaufanie, które jest kluczem do wszystkiego.

Prowadzisz też teraz agencję performance marketingową?

Tak, taki powrót do starych czasów (śmiech). Stworzyliśmy agencję e-commercową budującą sklepy i robiącą działania performance’owe. Rok temu zaczynaliśmy w dwójkę, a dzisiaj na naszym  pokładzie jest 31 osób. Pracujemy głównie z zagranicą i obsługujemy takie marki jak Pandora, Steve Madden czy Cole Haan. Głównie w krajach bałtyckich, choć w sumie działamy z nimi wszędzie poza Polską. Do tego jesteśmy główną agencją doradczo-wykonawczą Orange Polska pod kątem e-commerce. Można powiedzieć, że ten rok – w realnych prognozach – jako świeża agencja z wynikami finansowymi bez budżetów na poziomie 5 do 6 mln zł obrotu.

To dużo – niektórzy budują takie obroty latami.

Wiem o tym, ale to dzięki naszej odmiennej strategii. Mamy świetny dział sprzedaży i  pracujemy tylko z seniorami. Co więcej – niedawno podpisaliśmy kontrakt z Birkenstock na obsługę w Indiach, a czeka nas pewnie i cała Afryka. Mamy już w portfolio kilka dużych firm i rośniemy bardzo szybko i odpowiedzialnie. 

Zastanawia mnie tylko, jak będzie z sukcesami na rynku afrykańskim czy indyjskim. Indie to już nie jest Litwa czy Łotwa, w tym państwie mieszka więcej ludzi niż w całej Europie.

Tak, zdaję sobie z tego sprawę i to jest w tym fajne. Z drugiej strony sprzedajemy klapki – całkiem popularny towar w tym rejonie (śmiech). Tomasz Bata, twórca marki Bata, rozumiał ten region bardzo dobrze nawet, wtedy gdy inni mówili, że oszalał, aby sprzedawać w Afryce buty, a mimo to robił to rewelacyjnie. Afryka i Indie to nieodkryty ląd e-commercowo. Jest tu wiele do zrobienia, co daje nowe możliwości sprzedażowe i pracę trochę w innym środowisku i w innym obszarze kulturowym, a to zawsze ciekawe i nowe, a przez to interesujące doświadczenie. 

Zobacz też

Opowiedz trochę szerzej o tym, jak działa Ecometrixo i jak dokładnie pomaga e-commercom. Dlaczego miałbym korzystać z tego, a nie po prostu z Pixela, raportów w social media i Google Analytics?

Po pierwsze dlatego, że oszczędzasz bardzo dużo pracy. Proponując narzędzie w stawkach od 89 do 499 zł, jesteśmy dobrą alternatywą dla codziennego tracenia czasu na dokładną analizę wszystkich źródeł e-commerce i zapisywania ich do Excela. Drugą zaletą jest to, że jesteśmy podłączeni do tych narzędzi cały czas i dzięki temu jesteś w stanie w każdym momencie sprawdzić dowolny moment pracy Twojego sklepu i sprawdzić, czy dzisiaj, wczoraj, lub w ostatnim tygodniu zarobiłeś czy nie. Ponadto nie musisz liczyć KPI, my liczymy aż 60 z nich w czasie rzeczywistym. Pokazujemy zwrot inwestycji, a co ważne do tego narzędzia możesz dodawać też własne koszty, które nie dodasz nigdy do Google czy Facebook Ads. Jeśli np. Twoje kampanie Google Ads prowadzi agencja, to liczy się faktycznie ROAS i ROI wraz z kosztem zleceniobiorcy, co dosyć często jest pomijane.

Nie znam agencji marketingowej, która prezentowałaby wyniki ostateczne wraz z kosztem swojego wynagrodzenia. Dajemy zatem niezakłamany obraz e-commerce i codziennie wysyłamy raporty. Cały czas pracujemy nad funkcjonalnością i update’ami aplikacji, sami jesteśmy jej klientami. 

Mam rozumieć, że jesteście partnerami tych serwisów – Google, Facebooka, Allegro itd.

Jesteśmy już partnerami większości z nich, a połączeni jesteśmy z ich aplikacjami.
Z naszego narzędzia wywołujesz stronę logowania do Facebooka, Google czy Allegro
i wybierasz konto reklamowe bądź widok z Google Analytics i w ten sposób integrujesz się z Ecometrixo. Realne podłączenie konta wraz ze wszystkimi danymi zajmuje średnio 15 minut.


A co jeśli prowadzę mały e-commerce i kompletnie nie znam się na danych, analizach, raportach, ale chciałbym to sobie śledzić? 

Oferujemy samouczek, który pokazuje, co oznaczają poszczególne dane, a ponadto mamy support, który pomoże skonfigurować narzędzie. Nasz dashboard jest zresztą przedstawiony tak dokładnie, że pokazuje od razu negatywne i pozytywne wyniki. Trudno jest zatem przeoczyć momenty zapalne, nawet będąc osobą początkującą. 

Wkrótce będziesz wydawać też książkę o e-commerce. Co się w niej znajdzie?

Razem z wydawnictwem Burda International – teraz Słowne – postanowiliśmy wydać kompleksowy poradnik dla e-commerce dla każdego, kto będzie chciał stworzyć własny sklep internetowy. Każdy, dosłownie każdy, może wziąć tę książkę, przeczytać rozdział  po rozdziale i uniknąć błędów dot. UX, zdjęć produktowych, generowania ruchu itd. Tutaj chodzi o to, żeby nauczyć początkujących i średniozaawansowanych jak najwięcej przydatnych i nowych umiejętności, poszerzając ich kompetencje.

Chcę pokazać na co zwrócić uwagę i ostrzec, w których momentach można zostać oszukanym, wydać bezsensownie pieniądze. Mamy przed sobą ponad 200 stron solidnego poradnika
po świecie e-commerce, a wszystko to napisane prostym i zrozumiałym językiem. W książce odwołuję się też do konkretnych raportów i badań. To de facto cała moja wiedza zgromadzona na przestrzeni ostatnich 10 lat i tym właśnie się dzielę.

Zobacz też

OK, czyli mamy porady tutaj nie tylko techniczne, ale też bardziej miękkie, dotyczące chociażby wymienionego User Experience.

Tak, będzie tu tego bardzo dużo. W książce kładę też nacisk na ceny produktów, tzn. kiedy robić promocje, jak kształtować ceny, jak reagować na przeceny konkurencji i jak w ogóle prowadzić e-sklep i skąd brać ruch oraz czy współpracować z influencerami. Jest to książka, w której nie będzie słodzenia – pisana bez ściemy i pokazująca, jak uniknąć zagrożeń czyhających w e-commerce.

Widzę zatem, że chcesz dosłownie zawrzeć tu cały obraz e-commerce. Nie boisz się, że każdy z tych tematów będzie tylko liźnięty, a nie rozwinięty?

Uważam, że zostało to napisane tak, żeby każdy element potraktować poważnie. Zobaczymy, jak książkę przyjmie rynek – pierwsze recenzje przed wydaniem, są pozytywne. Obecnie książka jest w redakcji, w tym roku trafi do sprzedaży. Na pewno dałoby się tutaj rozwinąć jeszcze wiele rzeczy, ale prawda jest taka, że do obsługi samego Google czy Facebooka moglibyśmy napisać osobne książki. Jest to po prostu poważny wstęp do e-commercu.

Pisałeś tę książkę sam czy korzystałeś z pomocy ghostwritera?

O dziwo napisałem to sam i jestem w szoku, bo przyznam szczerze, że niezwykle się tego bałem (śmiech). Kiedy podpisałem kontrakt na książkę to nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale zaakceptowałem warunek bardzo krótkiego terminu jej oddania. I wiadomo: deadline’y gonią, więc na początku podzieliłem sobie tę pracę, aby napisać kilka stron dziennie. Niestety, nie wyszło, bo przez pierwsze dwa tygodnie niewiele  zrobiłem. Można powiedzieć, że książkę napisałem w trzy bardzo intensywne weekendy, ale prawda też jest taka, że materiał gromadziłem latami podczas mojej pracy na konkretnych case’ach, klientach etc.

Zobacz też

Z tego, co mi wiadomo, to budujesz też relacje biznesowe na polu golfowym. Możesz o tym opowiedzieć?

Golf jest o tyle specyficzny, że kojarzy się z czymś bardzo luksusowym i elitarnym. Wbrew pozorom to może być tani sport, a sama gra jest w stanie dostarczyć wiele ciekawych kontaktów, informacji i rozmów na tematy inwestycyjne i nie tylko. Swego czasu na studiach prowadziłem z kilkoma znajomymi z Warszawy akademicki klub golfowy. Za darmo uczyliśmy studentów, jak grać w golfa i pomagaliśmy wyrabiać zielone karty, które pozwalały im wejść na pole i stawiać pierwsze kroki na turniejach dla początkujących.

Pamiętam, że przeszkoliliśmy kilkaset osób w całej Polsce. Z niektórymi z nich utrzymujemy kontakt do dziś. Okazuje się, że ci studenci, dzisiaj piastują wysokie stanowiska w dużych firmach. Pozwoliło to nawiązać fajne kontakty.

Golf charakteryzuje się tym, że spędzasz z innym graczem nawet pięć godzin podczas rundy. Widzisz zatem, jak ta osoba się zachowuje, kiedy wygrywa, kiedy idzie jej źle, czy próbuje oszukiwać lub naginać zasady. Dzięki temu łatwo możesz określić, czy chcesz z tym człowiekiem robić biznes, czy wręcz przeciwnie.

W toku researchu, przyznam szczerze, że byłem w pewien sposób zaskoczony. Jak na osobę, która odnosi spore sukcesy w branży marketingowej, nie jesteś szczególnie medialną postacią. Nie ma zbyt wielu treści o Tobie, wywiad znalazłem tylko jeden, a z kolei artykuły Twojego autorstwa były dwa. Skąd takie bycie trochę na uboczu?

Nie chcę nikogo obrazić, ale uważam, że mamy teraz wysyp medialnych ekspertów w branży, którzy tylko udzielają się medialnie, a ich działania z klientami nie są wcale spektakularne i zasługujące na brawa. Wolę robić swoje, zarabiać pieniądze i nie pchać się na afisz, a klientów zdobywać renomą i efektywną pracą, a nie rozbuchanym PR em. Oczywiście, wiem o tym, że jest on potrzebny, ale nigdy nie lubiłem specjalnie udzielać się w mediach. To chyba zajmuje sporo czasu, którego nie mam. Co więcej, jestem osobą, która na social mediach – poza LinkedIn – prawie nic nie publikuje. Uważam nawet, że w świecie startupowym w Polsce mamy tylko jedną osobę, która dobrze prowadzi swój personal brand i jest na tyle autentyczna i pozytywna, że chętnie się ją ogląda i czyta. A tą osobą jest, rzecz jasna, Michał Sadowski. 

Już na sam koniec – pandemia bardzo mocno przyspieszyła rozwój rynku e-commerce. Co według Ciebie będzie najważniejszym trendem w e-handlu w II połowie 2021 r.?

Czas pandemiczny w e-commerce dał nam skok w przyszłość o ponad 7 lat. Na dzisiaj w Polsce jest około 41 tysięcy sklepów internetowych. Według raportu Izby Gospodarki Elektronicznej od wybuchu pandemii do  końca 2020 roku powstało około 11 tysięcy nowych sklepów internetowych. Wiele z nowo powstałych e-biznesów nie przetrwało, ponieważ ludzie rozpoczynali biznes e-commercowy bez odpowiedniego zaplecza reklamowego, produktowego czy bez podstawowej wiedzy w jaki sposób prowadzić sklep internetowy.

Trendy na ten rok to z całą pewnością wzrost sprzedaży abonamentowej. Znamy ten model z Netflixa, ale teraz w abonamencie będą się sprzedawać książki, kosmetyki, zdrowa żywność, chemia domowa czy artykuły dla dzieci.

Drugim trendem będzie jeszcze większa personalizacja usługi, tu na pomoc przychodzi sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe. Dzięki temu sklepy internetowe będą miały możliwość dużej analizy danych i tworzenia scenariuszy zakupowych dla konkretnego klienta. Kolejnym trendem są zakupy odpowiedzialne społecznie. Klienci chcą płacić więcej kiedy w grę wchodzi ekologia i zrównoważony rozwój w firmie sprzedającej ulubione produkty. Już powstają specjalne filtry “ekologiczne” wyszukujące produkty pod kątem przyjazności środowisku. Czwarty trend to tzw. re-commerce, czyli zakup i sprzedaż ubrań i dodatków z drugiej ręki. Obserwujemy rozkwit takich serwisów jak Vinted czy Less_. Bardzo mocno rozwija się też handel społecznościowy, czyli sprzedaż w mediach społecznościowych, gdzie bardzo skutecznie można dotrzeć do swoich klientów, badając jego reakcje natychmiast. Najważniejszy z mojego punktu widzenia, jako twórcy aplikacji Ecometrixo, jest trend analizy danych w e-biznesie. Tu pod hasłem ciągłej optymalizacji rozwiązań dla własnego sklepu rosną możliwości i powstają narzędzia do zbierania danych i lepszego rozumienia potrzeb klienta. Ten trend będzie bardzo widoczny w tym roku.

To czytają inni

Podziel się

Zostaw komentarz

Najnowsze

Powered by: unstudio.pl