Daj. Daj, a wtedy ja – może – zrobię u Ciebie zakupy. Albo Cię polecę. A jak nie dasz… no, to już po Tobie!

09.06.2017 AUTOR: Paulina Wawrzyczek

Po niewątpliwym sukcesie tekstu o instagramowych promotorkach, który wyglądał mniej więcej tak, że branża klepała mnie po pleckach, a promotorki rzucały wyzwiskami w wiadomościach prywatnych, przyszedł czas na kolejną plagę. Testerki! Testerki testują wszystko.

Testerki proszą o paczkę niespodziankę.

Oczywiście: wszystko to, co dostaną od firm.

Nie ma tu żadnej grupy docelowej, żadnego targetu, żadnych zainteresowań – chodzi o sam fakt.

Testerki dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to osoby, które mają blogi i na tych blogach „sprawdzają” czy dany produkt jest spoko. Oczywiście na ogół jest. Interesuje ich tylko to, by otrzymać paczkę – na lekcje z „barterologii stosowanej” chodziły z promotorkami. Testerki dostają przesyłkę, robią jej zdjęcia, opisują (przeklejają) specyfikację i wystawiają opinię.

Na tej zasadzie działa wiele blogów. Blogerzy kosmetyczni dostają paczki PRowe. Blogerzy technologiczni otrzymują sprzęt na określony czas i wystawiają mu opinię. Ba, „do testów” można otrzymać nawet samochód, ale bez łudzenia się, że osoba, która ma 5 czytelników, będzie w stanie załatwić sobie taką współpracę. No way!

Niestety, z moich obserwacji wynika, że „testerzy” biorą wszystko. Serio. Nawóz też pewnie chętnie by przetestowali. Młode dziewczyny testują np. zabawki dla dzieci. Albo kosmetyki, które zupełnie nie są dopasowane do ich urody. Oczywiście – jedzenie. Dalej: długopisy i inne „materiały reklamowe”. A potem wstawiają szumne teksty, że z kubka firmy X świetnie pije się herbatę! Herbata oczywiście też „reklamowa”.

Mechanizm ich działania jest dokładnie taki sam: wysyłają spam na wszelkie możliwe skrzynki i konta w mediach społecznościowych, oferując swoje „testerskie” usługi. Serio. Ja rozumiem, że dostawanie kolejnych fantów to dla wielu osób powód do dumy, bo przecież mieć > być, ale gdy do moich klientów „podbijają” tego typu osoby, to grzecznie, acz stanowczo odmawiam. Sorry, to żadna forma reklamy. To żadna opinia, bo te „testy” na ogół są pozytywne. Ewentualnie można sobie kupić pozytywną wersję, wiadomo #WszystkoNaSprzedaż.

Co jest dla mnie niewyobrażalnym zaskoczeniem? To, że… te blogi mają naprawdę niezłą publikę! Wynika to z wielu rzeczy: w ciągu miesiąca wpisów na blogu pojawiają się dziesiątki. Ludzie są zainteresowani nowymi produktami. Sociale puchną od followersów, a pod zdjęciami są interakcje. I czego chcieć więcej?

Ano jest taka rzecz. To treść. To content. Na tych blogach nie ma żadnej treści.

Opis produktu to zżynka ze strony producenta. Zdjęcia na ogół też, chociaż niektórzy testerzy robią swoje. Pokazują np. konsystencję kremu itp. No i najważniejsze: opinia. Głównie to opinie pozytywne albo takie bardzo neutralne. Mało kto zdecyduje się napisać wprost, że dany produkt to badziewie. „Jak na taką cenę – produkt jest przyzwoity”. PRZYZWOITY?! Co to ma znaczyć?

To oznacza nic innego jak: Nie napiszę wprost, że Wasz produkt jest do d**y, bo może akurat coś jeszcze mi wyślecie + inni producenci mogliby się przestraszyć.

 

Ale zostawmy tę grupę testerów.

Weźmy teraz „na warsztat” tę, którą ja osobiście nazywam bezczelem. Piszą oni do Ciebie i wygląda to mniej więcej tak:

„Cześć, chcę kupić u Was produkt, ale najpierw chcę go przetestować. Wyślijcie próbki na mój adres”.

Testerki testują wszystko nie mając grupy docelowej.

Ja wiem, że np. w Sephorze można otrzymać próbkę danego kosmetyku, który kosztuje np. 400 zł, co w sumie jest nawet rozsądne, ale…

Przełóżmy tę sytuację na realia „normalne”, nie cyfrowe, nie internetowe.

Przychodzicie do sklepu obuwniczego i prosicie o parę butów. Bo chcecie sprawdzić, czy będą wygodne. Sukienki? Bielizna?!

Kosmetyki i perfumy to inna „para kaloszy” – marki są przygotowane na to, by dać klientowi próbkę reklamową. To też często drogie rzeczy, które wymagają jakiegoś tam zaplecza finansowego.

 

W tym konkretnym przypadku była to karma. Dla kota.

Karmy na ogół sprzedawane są w opakowaniach o różnych wielkościach. Małe, średnie, duże i takie naprawdę konkretne, np. 25 kg. Rozumiem, że dla pani lepiej jest prosić o próbkę, tak? Bo być może kupi u mnie karmę.

  • Przykro mi, nie wysyłamy próbek.
  • Och, no nic. Właśnie straciliście klienta.

Ach, klienta! No tak, „obietnica” sprzedaży została złożona. To prawie jak obietnica małżeństwa. Równie wiążąca i równie trwała.

I tak siedzę w biurze. Obkleiłam ścianę różnymi grafikami i rysunkami. Przede mną wisi oryginalny fragment kliszy z „Powrotu Jedi” i kilka figurek Funko Pop. Zrobiłam tu sobie taki idealny kącik do pracy. Żeby ciągle mieć „flow” do pisania. Żeby inspirować się różnymi ładnymi rzeczami i żeby finalnie też te ładne rzeczy tworzyć.

Wtem przychodzi wiadomość: „Wyślijcie mi próbki/sample/egzemplarz testowy, bo chcę przetestować/chcę sprawdzić/mój kot chce sprawdzić/mam blogaska. Poniżej mój adres.”

I naprawdę, sama doskonale wiem i ciągle o tym mówię, że trzeba odpisywać na wiadomości, ale po kilku takich „ofertach” nawet nie chce mi się przeklejać formatki.

Za to poważnie rozważam zrobienie spożywczych zakupów „do testów”. Zadzwonię też do wodociągów z ofertą, że mogę sprawdzić ich wodę podczas kąpieli i opisać ją na blogu. Myślę też o drugim psie. Czy dostanę psa do testów? Taki pies z hodowli to lekko ponad 1,5 tys. złotych. Nie chciałabym – przed zakupem – dostać jakiegoś wybrakowanego…

 

P. S. Z tym psem to przesadziłam, wiem.

Do góry!

Polecane artykuły

04.12.2019

Pakiety Kurierskie dla ...

Głodny wiedzy? Zapraszamy do sklepu z kursami i ebookami

Sprawdzam