Plaga instagramowych promotorek

20.04.2017 AUTOR: Paulina Wawrzyczek

Znów będzie o Instagramie. Tak wyszło, że w wielu gałęziach biznesu to właśnie Instagram ma największą siłę przebicia. Zdeklasował Facebooka, a odkąd ma opcję instastory, ma też w garści Snapchat. To tu marki prezentują swoje nowości, to tu celebryci pokazują swoje codzienne życie. To tu dzieje się współczesny Internet.

Firmy wiedzą o tym, że na Instagramie mogą budować duże zaangażowanie, robić więcej zamieszania. To jest szczególnie istotne, gdy wprowadzasz do sprzedaży nowy towar.

Brałam udział w takim przedsięwzięciu. Wprowadzałam produkt na polski rynek bieliźniarski. Wraz ze wzrostem popularności tej marki, pojawiły się one… instagramowe promotorki.

Mam wrażenie, że mój brand został zaatakowany z każdej możliwej strony: w komentarzach, w wiadomościach prywatnych, w mailach przez hordę dziewczyn, dla których liczy się tylko otrzymanie paczki z gratisem. A spróbuj tylko im nie odpisać!

Może to kogoś zdziwi, może nawet zszokuje, ale jak dla mnie tego typu profile, oferty, układy i wymiany barterowe (produkt za zdjęcie) nie mają kompletnie sensu. Sprawdziłam to na własnej skórze. Oto i wnioski.

Typowa instagramowa promotorka to młoda dziewczyna z małej miejscowości. Ma ok. 10 tysięcy followersów, przy czym dzielą się oni na tych kupionych, z martwymi kontami i na pozostałe insta-promotorki, które u swojej konkurencji wypatrują mniej lub bardziej lukratywnych ofert współpracy barterowej. Jeśli jedna wrzuci post, natychmiast zlatują się kolejne. I nie, nie 5 dziewczyn, a 30. Co godzinę!

Klient, dla którego pracowałam, początkowo był bardzo mocno zachęcony współpracą z promotorkami, więc na mnie spadło kontynuowanie tego procederu. Z czasem jednak oboje doszliśmy do wniosku, że taka kooperacja nie przynosi żadnych korzyści. Postanowiłam więc – nieco przy okazji – przyjrzeć się temu dokładnie.

Jak wcześniej wspomniałam, promotorki to młode dziewczyny, których oferta współpracy kształtuje się następująco: „Ty mi wysyłasz paczkę, a ja wrzucam zdjęcie z oznaczeniem Twojego produktu”. Moją skrzynkę mailową oraz firmową „szufladkę” na instagramowym koncie zalały oferty współpracy. „Cześć, mam na imię X, mam popularne konto na Instagramie. Zapraszam do współpracy”, a na końcu – co powtarzało się regularnie – „Proszę o szybki kontakt i odpowiedź”.

 

Droga X…

Twoje dwa, trzy, pięć czy dziesięć tysięcy kupionych followersów to dla nas żadna forma reklamy…

No ale przecież tak jej nie mogę odpisać. Chociaż bardzo kusiło!

Może zatrzymajmy się na moment w tym miejscu. Dziewczyny przebijają się w składaniu ofert, argumentując, by wybrać właśnie ją, a nie inną, tak abstrakcyjnymi argumentami, że w którymś momencie przestałam wierzyć w to, co czytam.

  • Bo mam popularne konto…
  • Bo mam dobry aparat i robię ładne zdjęcia…
  • Bo mam bardzo duże zasięgi, dużo lajków i komentarzy…
  • Bo tak…

Biorę głęboki wdech i zaczynam odpisywać. Co możesz nam zaoferować? Zdjęcie. Czy możesz podać jakieś statystyki? (Oczywiście, że nie może, ale sprawdźmy jak z tego wybrnie.) I tu dziewczyny albo wymieniały firmy, z którymi współpracowały, chwaliły się lajkami i followersami, albo po prostu odchodziły. Gdy rzucałam, że może zamiast produktu dostanie zniżkę, odchodziły. Gdy wspominałam o umowie, która zakłada m.in. brak współpracy z partnerami z podobnej branży – odchodziły. Chociaż nie, większość z nich podpisywała umowę…

I tak, kilka podpisało ją nickiem z Instagrama. Nie żartuję. To nie jest śmieszne, to jest przerażające.

Co znalazło się w umowie? Czas, w którym muszą „dostarczyć” materiał (do tego musiało to być zdjęcie do akceptacji), liczba zdjęć, tagi, często także dedykowane kody rabatowe (które, swoją drogą, sprawdziłam i okazało się, że są kompletnie nieużyteczną formą reklamowania). Jak na paczkę, która warta była 20 złotych, to przyznaję – dość rygorystyczne warunki.

Pomysł z umowami pojawił się, gdy kilka promotorek po otrzymaniu paczki rzuciło współpracę. Bywa i tak – na błędach trzeba się uczyć.

 

W momencie, kiedy pojawiły się umowy, zdjęcia spływały i pod tym względem nie mogłabym przyczepić się do czegokolwiek. Wszystko zgodnie z ustaleniami, a jeśli miałam jakieś zastrzeżenia, to dziewczyny poprawiały swoje błędy.

Rozesłałam więc kilkadziesiąt paczek „reklamowych” – tak to nazwijmy. Większość dziewczyn dostała dedykowany kod rabatowy, którego mogły użyć jej obserwujące, by kupić produkt. Niektóre dostawały także pudełka do rozdawania w konkursach.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po czasie okazywało się, że z kodu rabatowego korzystało po kilka osób, a pudełka konkursowe lądowały u innych promotorek. Analizując, skąd przychodzi ruch i klientki, które finalnie robią zakupy, skąd pochodzą zainteresowani, w żadnym wypadku źródłem nie były promotorki. Dlaczego? Z tego powodu, że to zamknięta grupa, która swoje profile traktuje wyłącznie jako słupy reklamowe. One nie chcą kupić produktu, one chcą go dostać. Ich obserwujący (to znaczy obserwujący, którzy nie są fejkowymi, kupionymi kontami) działają dokładnie w ten sam sposób. Dlatego dziś, z moimi doświadczeniami, mówię głośne NIE dla promotorek z Insta, bo ich profile nie są warte kompletnie nic.

Dużo lepiej zainwestować w korzystniejsze współprace z blogerkami, vlogerkami, jakie mogą chociaż pochwalić się jakimikolwiek statystykami i które mają dużo większe zasięgi. Prawdę jednak mówiąc, te wyznaczniki mają niewiele wspólnego z tym, czy odbiorca faktycznie kupi dany produkt.

Mam wrażenie, że tym tekstem mogę narazić się dość sporej grupie osób, które w ten sposób funkcjonują w Internecie, ale trudno. Bycie słupem reklamowym to żadna umiejętność. Każda z promotorek opisuje swój profil jako najlepszy, najbardziej angażujący, profesjonalny, ale takich ofert „w szufladce” mam dziesiątki, a po kilku miesiącach funkcjonowania brandu – setki.

Dużo większy szacun dla influencerów, którzy wyraźnie zaznaczają, że nie robią barterów. Gdy pojawia się kwota za reklamę, mam wrażenie, że ta druga strona przykłada się bardziej. Ponadto, istnieje wyraźna różnica między „dzieciakami” a profesjonalistami, którzy swoją „gębą” promują markę.

Czytaj również: 

M-commerce. Marzenie ściętej głowy?

Najpierw Merlin, teraz Matras, czyli co gryzie branżę księgarską

300 milionów Chińczyków robi zakupy przez Internet – czy kupują w Twoim sklepie?

Do góry!

Polecane artykuły

04.12.2019

Pakiety Kurierskie dla ...

Głodny wiedzy? Zapraszamy do sklepu z kursami i ebookami

Sprawdzam