Tokeny personalne: Wszystko co chcieliście wiedzieć, a baliście się zapytać

07.06.2018 AUTOR: Jan Kłosowski

Ilustracja tytułowa: Marcin Kucz 

Jeśli z Facebooka atakują cię kolejne informacje o mniej lub bardziej znanych osobach wypuszczających własne „coiny”, rozczarował cię brak adekwatnego hasła w Wikipedii, a o kryptowalutach nie wiesz dużo więcej niż obecny Minister Finansów – ten tekst jest dla ciebie.

W opowiadaniu „Fletka” (ang. The Fluted Girl), amerykański pisarz Paolo Bacigalupi snuje wizję rzeczywistości, w której celebryci notowani są na giełdzie osób. Pochodząca z niższej klasy główna bohaterka, przedstawiona jest za to nie tyle jako niewolnica, co raczej uprzedmiotowiona wersja rasowego kota. Dzięki talentowi i kosztownym ingerencjom chirurgicznym pełni rolę cennego aktywa w portfolio swojej właścicielki.

Ten ulubiony przez fantastykę naukową motyw liczbowej wyceny ludzkiej wartości powraca często choćby w znanym z Netflixa serialu „Czarne Lustro”. Można pokusić się o stwierdzenie, że taka trywializacja przez kwantyfikację to jeden z cywilizacyjnych lęków technologicznej rzeczywistości, w której kod jest prawem, a społeczeństwem zarządza się mechanizmami gamifikacji.

Nie wszyscy czują jednak sprzeciw wobec temu wykraczającemu poza humanizm podejściu do ludzkiej wartości. Chiński rząd w swoim systemie punktacji obywateli wydaje się wręcz bezpośrednio inspirować groteskowymi obrazami „Czarnego Lustra”, a tytułowe tokeny personalne w podobny sposób wcielają w życie wizję z opowiadania Bacigalupiego.

Zaklęcie na „b”

Tokenizacja to fenomen rozwijająca się na falach wytworzonych przez pojawienie się technologicznej osobliwości Bitcoina. Sam wynalazek Satoshiego Nakamoto od powstania wywołuje kontrowersje, ale pod koniec 2014 roku zaczęto łagodzić tematykę kryptowalut i mówić o „technologii blockchain” jako lepszej części Bitcoina, która zrewolucjonizuje bankowość. Niedługo potem, w dużej mierze za sprawą platformy Ethereum i hasła „globalny zdecentralizowany komputer”, blockchain ruszył na podbój innych branż. Eksplozja ICO, która trwa od ponad dwóch lat, to epoka blockchainu dodawanego do każdej tezy biznesowej jaką można sobie wyobrazić. Gdy w zeszłym roku, producent herbat Long Island Iced Tea zmienił nazwę na Long Blockchain – jego akcje błyskawicznie skoczyły o 289%.

O ile pierwsze ICO w swoich pomysłach starały się przypisywać swojemu tokenowi jakąś funkcjonalność (np. w przypadku największego polskiego ICO Golem, ma on służyć do płacenia za wynajem mocy obliczeniowej), to późniejsze ICO często omijają ten „detal” zauważywszy zapewne, że blockchainowych inwestorów zupełnie to nie zniechęca. Do dzisiaj chyba żadne ICO nie stworzyło produktu czy usługi działającej zgodnie z obietnicami. Nie przeszkadza to jednak ani spekulantom, ani rynkowym wycenom hipotetycznych „jednorożców”. Zwolennicy tego modelu inwestycyjnego nazywają go „nowym IPO”. W swoim eseju z 2016 Daniel Krawisz, jeden z założycieli Satoshi Nakamoto Institute, nazywa blockchain „dźwiękiem służącym do ekstrakcji kapitału z funduszy inwestycyjnych”.

„Zainwestujesz we mnie?”

Tokeny personalne to odmiana ICO. Choć trudno przewidzieć, czy powtórzą finansowy sukces „herbatek odpornych na awarie bizantyjskie” (ang. byzantine fault tolerance – w żargonie jedna z kluczowych cech blockchainu), to pierwsze emisje miały już miejsce także w Polsce.

Niezbędna jest dygresja: sam token jest po prostu cyfrowym zapisem, który dzięki temu, że przechowywany jest w blockchainie, pozostaje niepodrabialny. Można go porównać do cyfrowego odpowiednika papieru z hologramem. Taki papier sam w sobie nie przedstawia żadnej wartości, ale ze względu na swoje cechy może uczestniczyć w jej przekazywaniu. Hologramy znajdują się np. na banknotach, ale w największym skrócie, to nie hologram czyni banknot wartościowym, tylko obietnica rządu. Analogicznie, sam blockchain czy token są neutralnymi pojęciami, a dopiero to, co z nimi zrobimy, decyduje o sensowności tych rozwiązań.

Tak jak w przypadku większości ICO, obecnie funkcja użytkowa tokenu personalnego pozostaje najczęściej niedookreślona, ale zgodnie z założeniami ma reprezentować rynkową wycenę emitenta na podobnej zasadzie, na jakiej akcje reprezentują wartość spółki giełdowej.

Fałszywe analogie

Mimo że sam pomysł inwestowania w ludzi brzmi intrygująco, to przepychanie analogii do rynku papierów wartościowych nie zawsze ma sens. Przede wszystkim, obecny model ICO nie jest wystarczająco wspierany przez prawo. W przypadku niemal wszystkich tokenów jego właściciel, w przeciwieństwie do akcjonariusza, nie posiada żadnych praw. Wiara w wartość tego rozwiązania zdaje się opierać głównie na prostym błędzie logicznym: Wszystkie rynkowe wyceny podlegają spekulacji. A więc spekulacja to wszystko co decyduje o wycenie.

Z takim założeniem token reprezentuje emitenta dokładnie tak samo jak akcje reprezentują wartość firmy. Nie trzeba jednak długiej chwili namysłu, żeby zorientować się, że z pierwszego zdania wcale nie wynika drugie. Jakkolwiek nieracjonalna może być wycena giełdowej spółki, akcje reprezentują faktyczną własność. Posiadając pakiet większościowy mamy wpływ na każdą strategiczną decyzję: możemy zmienić zarząd, wysokość dywidendy czy nawet profil działalności. Mniejszościowy akcjonariusz może uznać to za fikcję, ponieważ sam nigdy nie skorzysta z tych praw, ale jednak daje mu to gwarancję, że na dobrze prosperujące przedsiębiorstwo zawsze znajdzie się nabywca, który odkupi jego akcje.

Token ICO domyślnie nie uprawnia inwestora do niczego poza możliwością jego sprzedaży. Wprawdzie można próbować odnosić się do formatu akcji na okaziciela, ale ten jest obecnie w zaniku, a w świecie cyfrowym stwarza sporo dodatkowych problemów. Co dzieje się gdy większość tokenów zostanie zgubiona lub skradziona? Rozsądne rozwiązania, które przychodzą do głowy, umniejszają sensowność emisji na zdecentralizowanej platformie, nie wspominając nawet o braku przychylnego takim rozwiązaniom prawa.

Personalne ICO takich problemów mają więcej. Od czasów zniesienia niewolnictwa, prawo nie przewiduje posiadania osób, nie można mieć więc w nich udziałów. Indywidualni emitenci tokenów mówią jednak często, że są to udziały w ich marce osobistej.

Każdy człowiek ma swoją reputację i rozpoznawalność, której nie jest w stanie nikomu przekazać, a sam ma nad nią kontrolę ograniczoną. Może za to dysponować własną firmą, brandingiem czy prawami majątkowymi. Czy marka w takim rozumieniu może wyemitować akcje? Jak najbardziej, ale mówienie wtedy o „tokenie personalnym” jest mylące. Akcje W. Kruk SA, to nie „spekulacyjny token personalny Władysława Kruka”.

Co więc faktycznie reprezentuje wycena nieumocowanego w niczym prawnie tokenu personalnego? Otóż jest to zwyczajnie suma oczekiwań wzrostu i spadku jego ceny. Tego typu token z powodzeniem może funkcjonować w formie zabawy, gdy jednak jego wartość przestaje być symboliczna – zaczynają się problemy.

Odłóżmy tu na bok kwestie regulacyjne rynku papierów wartościowych, do których coraz więcej krajów zalicza ICO.

Po pierwsze, posługiwanie się analogią do rynku akcji, to zwyczajne wprowadzanie w błąd z powodów wskazanych powyżej.

Po drugie, ciężko uznać, że token personalny spełnia swoją funkcję i wycenia rynkową wartość emitenta. Czy jeśli token zostanie zdelegalizowany i jego wartość gwałtownie spadnie, ma to cokolwiek wspólnego z emitentem? Czy jeśli ten zgubi swoje klucze prywatne, lub zostaną one ukradzione, oznacza to, że stracił na resztę życia prawo do własnej marki? Jakikolwiek związek jest tutaj bardzo umowny.

Po trzecie, gdyby naprawdę jedynie spekulacja miała być niezbędna do wyceny czyjejś wartości, to właściwie każdy powinien móc wyemitować token dla dowolnej osoby. Wystarczyłoby umówić się kogo dany token reprezentuje.

I w końcu, nie brzmi to jak uczciwa umowa: emitent nie stawia na szali niczego w zamian za zebrane ze sprzedaży środki. Do stworzenia tokenu wystarczy jeden wieczór – służą do tego darmowe narzędzia. Inwestorzy natomiast biorą na siebie całe ryzyko finansowe, nie otrzymując w zamian nic poza własną nadzieją.


Jednym z argumentów, które da się zasłyszeć jest to, że emitent stawia na szali swoją reputację. Taki argument łatwo zbić, gdyż każde oszustwo finansowe można zdefiniować jako wymianę reputacji na pieniądze. Systemowa wersja takiego oszustwa, której ofiarą pada duża liczba osób jednocześnie, zyskała przydomek tzw. exit scamu. Ten termin w świecie ICO lubi powracać.

Fałszywą analogią jest również porównywanie tokenu osobistego do Bitcoina. Przekonanie, że cena kryptowaluty wynika jedynie ze spekulacji jest zbyt dużym uproszczeniem biorących tu udział mechanizmów rynkowych. Przede wszystkim, górnik wykopujący Bitcoina zużywa energię i sprzęt, oraz ponosi inne koszty operacyjne. W istocie to właśnie ten element jest największą innowacją względem wcześniejszych podejść do cyfrowej waluty.

Zdobyte tokeny nie są za darmo – są nagrodą za dosyć trudną i wymagającą pracę wykonywaną przez górników. Przez brak emitenta Bitcoin wymyka się również porównaniu z piramidą finansową. O piramidzie można mówić w sytuacji gdy istnieje jej szczyt. Zamiast niego mamy sieć wzajemnych zależności ekonomicznych tworzących złożony antykruchy system. W przypadku tokenu personalnego wskazanie szczytu piramidy nie sprawia większego problemu.


Ostatnia kwestia warta omówienia, to sytuacja, gdy emitent stara się „regulować samodzielnie” i zabezpiecza wartość tokenu jakiegoś rodzaju umową. Niestety, egzekwowalność takiej umowy może być dużo niższa niż w przypadku działania na rynku regulowanym. Do tego sam proces emisji, choćby określenie początkowej wartości tokenu, daje duże pole do nadużyć. Każdy posiadacz tokenu wystawia się też na ryzyko związane z pojawieniem się zobowiązań regulacyjnych, które dopiero powstają i ciężko powiedzieć jaki przyjmą kształt.

Przyjrzyjmy się zatem temu co ma lub może mieć sens.

Tokeny personalne jako systemy lojalnościowe

Mniej kontrowersyjną wersją tokenu personalnego mógłby być rodzaj systemu lojalnościowego. Taki token nie byłby sprzedawany na giełdzie, ale np. rozdawany fanom za konkretne aktywności w social mediach. Z czasem mógłby służyć do zapłaty w sklepie z gadżetami emitenta lub pozwalać opłacić wejście na zamkniętą imprezę dla fanów. Niewykluczone, że z biegiem czasu powstałby spekulacyjny rynek z nim związany, jednak brak bezpośredniej korzyści finansowej emitenta, jak i całkowicie organiczny ewentualny wzrost jego rynkowej wartości (brak ceny początkowej) ponownie wymyka się definicji papieru wartościowego.

Proof-of-Burn

Sam problem uczciwej emisji ma jedno ciekawe, choć bardzo mało popularne rozwiązanie. Proste, a jednocześnie unikające feralnej asymetrii, w której emitent „drukuje pieniądze” z powietrza, przenosząc całe ryzyko na inwestorów. Jest nim tzw. Proof-of-Burn, co można przetłumaczyć jako dowód zużytych zasobów.

Na czym polega? Jak już wspomnieliśmy, by wykopać Bitcoina, górnik musi zużyć energię i sprzęt w procesie, który nazywamy Proof-of-Work, czyli dowód wykonanej pracy. Proof-of-Burn polega na tworzeniu tokenu przez zużycie nie tyle energii, co odpowiedniej ilości Bitcoinów. Symboliczne „palenie” Bitcoinów polega na wysłaniu ich na adres, do którego nikt nie posiada klucza prywatnego. Przykład takiego adresu to ten, pod którym spoczywają Bitcoiny spalone w procesie tworzenia tokenu Counterparty.

Na pierwszy rzut oka taka metoda wydaje się barbarzyńskim marnotrawstwem. Lepsze wytłumaczenie stojącej za nią filozofii wymagałoby osobnego tekstu, ale w skrócie opiera się ona na założeniu, że wartość nie może pojawić się z niczego i „spalenie kapitału” nastąpi tak czy inaczej – jedynie w sposób mniej transparentny dla uczestników rynku.

W kontekście ICO warto zauważyć, że ta metoda usuwa skutecznie asymetrię odpowiedzialności wspomnianą wcześniej. Jeśli twórca tokenu chce mieć ekspozycję na wzrost wartości tokenu, to zgodnie z angielskim powiedzeniem put your money where your mouth is, musi spalić zasoby jak każdy inny uczestnik ICO. W tej sytuacji jego motywacja do pracy nad rozwojem waluty jest znacznie bardziej bezpośrednia.

Drugą bardzo ważną konsekwencją takiego modelu jest, ponownie, brak nabycia cech papieru wartościowego. Twórca nie odnosi bowiem żadnych bezpośrednich korzyści, a jedyny ewentualny zysk powstaje proporcjonalnie do zaangażowanych środków własnych. Przez wielu Proof-of-Burn uważany jest za najuczciwszy sposób emisji ICO, ale chyba nikogo nie dziwi jego mała popularność.

Czy taki model w ogóle działa? Jak najbardziej. Do utworzenia tokenów Counterparty spalono w 2014 łącznie 2125BTC. Obecnie ich kapitalizacja to 4019BTC, a więc jak widać wartość spalonych Bitcoinów nie poszła na marne.

Rynki predykcyjne

Tam, gdzie token personalny ponosi całkowitą porażkę próbując wyceniać niepoliczalną wartość emitenta, jedną z odpowiedzi są tzw. rynki predykcyjne. Na takim rynku uczestnicy mogą obstawiać prawdopodobieństwo wystąpienia dowolnego zdarzenia.

Takie zdarzenia mogą być zarówno binarne np. otrzymanie przez aktora nagrody Oscara, jak i skalarne, np. liczba subskrybentów na Youtube czy ilość strzelonych bramek. Pozwala to uczestnikom spekulować na dowolny temat, a przez to między innymi subiektywnie wyceniać osoby i marki.

W wielu krajach tego typu instrumenty klasyfikowane są jako hazard. Jest to jednak hazard transparentny, który nie kryje się za fałszywą analogią z akcjami. Pieniądze na takim rynku nie biorą się z powietrza, a pochodzą od osób, które obstawiały błędnie.

Oprócz istniejących scentralizowanych rynków predykcyjnych, co najmniej kilka projektów próbuje obecnie stworzyć ich zdecentralizowany odpowiednik (Augur, Hivemind). Taki rynek śledzący np. wzrost liczby subskrypcji znanego youtubera daje swoim uczestnikom ekspozycję finansową na jego sukces, opartą o faktyczne zdarzenia, a nie jedynie spekulację ceną.

Zabójstwo spekulacyjne

Niezbyt często rozważane są bardziej bezpośrednie zagrożenia wynikające z tworzeniem instrumentów finansowych tego typu. Jednym z nich jest powstanie finansowej zachęty do działania na czyjąś szkodę, z zabójstwem włącznie. W obecnych realiach, nie jest prosto zarobić na czyjejś śmierci. Jeszcze trudniej jest zrobić to anonimowo. To zmienia się jednak wraz z pojawieniem się odpowiedniego instrumentu finansowego. Token personalny, można przecież na różne sposoby „szortować”, czyli zarabiać na spadku jego wartości. Tworząc rynek predykcyjny obstawiający takie zdarzenie, można będzie bezpośrednio i anonimowo zmonetyzować czyjąś śmierć.

Brzmi jak kolejna fantazja ze świata „Czarnego lustra”? Współcześnie uważa się za rzecz dosyć pewną, że ataki terrorystyczne bywają monetyzowane na rynku przez insiderów i samych terrorystów. Tego typu manipulacje jest ciężko udowodnić, ale zdarzały się udokumentowane przypadki terroryzmu spekulacyjnego. Gwałtowny wzrost pozycji krótkich uznawany jest obecnie za jeden z sygnałów alarmowych przy szacowaniu ryzyka kolejnego ataku.

Co poczuje emitent tokenu personalnego, który zauważy nagły wzrost szortów na jego wartość?

Hipertokenizacja, której nie było

Zarówno tokeny personalne jak i wcześniejsza fala ICO związane są luźno z koncepcją tzw. hypertokenizacji. Zgodnie z jej wizją, w nowej cyfrowej rzeczywistości, wszystko i wszyscy będą mieć swój token. Fryzjer będzie przyjmował płatności we Fryzjercoinach, a za zużyty prąd zapłaci Tauroncoinami. W ten sposób, dzięki technologii blockchain symbolicznie wrócimy do ekonomicznego Edenu, czyli epoki barteru, uwalniając się od jarzma banków i centralnego pieniądza.

Niezależnie choćby od tez głośnej książki Davida Graebera, prezentującej raczej dług, a nie barter jako pierwotną bazę relacji ekonomicznych, to kolejny przykład tego jak w blockchainowym szaleństwie próbuje się odkrywać na nowo rzeczy dawno odkryte. To nie barter, tylko pieniądz był technologiczną innowacją.

Pieniądz jest rodzajem protokołu, a protokoły dążą do unifikacji i standaryzacji. Mnogość walut tworzy nieefektywność związaną z wahaniami kursowymi i spreadami, od których kontrahenci muszą się ubezpieczać, wliczając ryzyko w ceny. Od strony użytkownika, posługiwanie się wieloma walutami jest niewygodne, zwiększa również prawdopodobieństwo pomyłek i nieporozumień.

Umyka to osobom, które pasjonują się kryptowalutami i wydaje im się, że każdego można tą pasją zarazić. Wspólny pieniądz jednoczy ekonomicznie i kulturowo, a przede wszystkim upraszcza życie. Z tych powodów Europa wprowadziła Euro, i z tego samego powodu wspólna waluta dla całego świata jest celem sensowniejszym niż siedem miliardów personalnych „coinów”.

Czekając na regulacje

Prawo dla tokenów dopiero powstaje. Obecnie po serii poważnych wpadek Ministerstwa Finansów, Komisja Nadzoru Finansowego rozpoczęła prace nad regulacjami rynku kryptowalut. Podobno ma też powstać grupa pracująca nad tokenami personalnymi. Biorąc pod uwagę obecne nastawienie rządu, trudno oczekiwać, by regulacje były pobłażliwe. Z logicznego punktu widzenia muszą one być spójne z tymi, które obejmują innych emitentów aktywów finansowych. Gdy do tokenów dodamy narzut regulacyjny, procedury AML/KYC i różnego rodzaju opłaty, może się okazać, że emisja tradycyjnych akcji jest prostszym i bezpieczniejszym rozwiązaniem.

Zanim jednak opadnie kurz, każdy z dostępem do internetu może próbować zdobyć uwagę KNF i badać granice definicji papierów wartościowych. Wystarczy wypełnić prostą tabelkę w CoinCreatorze. Przy odrobinie szczęścia, kiedyś powstanie o tym film, w którym główną rolę zagra Leonardo DiCaprio.

 

Polecane artykuły

Zapisz się do naszego newslettera

Wyślij mi newsletter (Możesz się wypisać w każdej chwili).

email marketing powered by FreshMail
 

Subscribe to our newsletter

Send me your newsletter (you can unsubscribe at any time).

email marketing powered by FreshMail
 

Subscribe to our newsletter

email marketing powered by FreshMail