Marketing i Biznes Social media Facebook, Instagram czy Twitter inwigilują nas i cenzurują. Odpowiedzią mają być niszowe social media – czy mają szansę w walce z gigantami?

Facebook, Instagram czy Twitter inwigilują nas i cenzurują. Odpowiedzią mają być niszowe social media – czy mają szansę w walce z gigantami?

Po tym, jak wybuchła afera związana z blokowaniem Donalda Trumpa w social mediach, coraz więcej osób uświadamia sobie, jak mocno inwigilują nas BigTechy. Ludzie chcą powiedzieć stop takim gigantom jak Facebook, Instagram czy Twitter. Problem w tym, że w obecnych czasach nie da się już funkcjonować bez platform społecznościowych. Odpowiedzią mają być niszowe social media. Jednak, czy mają one choć minimalną szansę w tak nierównej walce?

Facebook, Instagram czy Twitter inwigilują nas i cenzurują. Odpowiedzią mają być niszowe social media – czy mają szansę w walce z gigantami?
Które platformy social media wybieramy najczęściej? Kontrowesje związane z blokowaniem Donalda Trumpa w social mediach WhatsApp bedzie udostępniał dane o użytkownikach Facebookowi Polskie niszowe social media

Jak wynika z raportu firmy Hootsuite, który opisał serwis empemedia.pl, w 2021 roku 84,5% Polaków korzysta z internetu (31,97 miliona osób). Natomiast w mediach społecznościowych obecnych jest 68.5 proc. naszych rodaków (25,9 mln osób). Statystycznie w sieci spędzamy 6 godzin i 44 minut dziennie, z czego 2 godziny spędzamy właśnie w social mediach.

– Wraz z trwaniem w rzeczywistości wirtualnej i ograniczaniem kontaktów społecznych, wywołanych pandemią, zmuszeni byliśmy przenieść swoje życie prywatne oraz służbowe do sieci internetowej. Robiliśmy to również przed pandemią, jednak nie skupialiśmy się tak mocno na tym, co się tam pojawiało, bo mieliśmy inne życie – komentuje Adam Borodo z Uniwersytetu Gdańskiego z Wydziału Ekonomicznego, specjalista od biznesu elektronicznego i social mediów.

Które platformy social media wybieramy najczęściej?

Które media społecznościowe wybieramy najczęściej? Okazuje się, że najbardziej popularną platformą w Polsce jest YouTube (92,8% użytkowników), na drugim miejscu jest Facebook (89,2%), a na trzecim Messenger (76,5%). Kolejne miejsca zajmują: Instagram (60,6%), WhatsApp (48,2%), Twitter (37,5%), Snapchat (28,9%), Tik-Tok (28,6%), LinkedIn (24,6%).

I choć platformy, które zostały wymienione w tym zestawieniu, wszystkim są doskonale znane, okazuje się, że social media mają nam do zaoferowania zdecydowanie więcej pozycji. Istnieje bowiem wiele mniejszych, niszowych platform, o których w ostatnim czasie robi się coraz głośniej, a to za sprawą licznych skandali i kontrowersji wokół rynku social mediów.

Social media blokują Donalda Trumpa

Najgłośniejszą w ostatnim czasie akcją, była ta związana z Donaldem Trumpem. Kiedy były już prezydent USA przegrał wybory, rozpoczął się szturm zwolenników Trumpa na amerykański Kongres. Gdy wszystkie telewizje na świecie relacjonowały zamieszki w Stanach, Donald Trump za pośrednictwem social mediów zwrócił się do swoich zwolenników, mówiąc im, że ich kocha, a przy tym apelując, by się rozeszli. W odpowiedzi na tę wiadomość Twitter zablokował prezydenta USA, a zaraz po nim to samo zrobił YouTube, Instagram i Facebook

Ten ruch platform społecznościowych wywołał ogromne kontrowersje. Zaczęto zadawać sobie pytania, czy prywatne firmy, mogą aż w taki sposób ingerować w politykę? W efekcie w Brukseli odbyła się nawet debata na ten temat, podczas której omawiano tę kontrowersyjną sytuację oraz plany regulacji dotyczących działań platform internetowych.

– Media społecznościowe głęboko zmieniły nasz sposób debatowania czy prowadzenia kampanii wyborczych, stworzyły też wiele problemów. Niedawny atak na Kapitol jest namacalnym, chociaż tragicznym dowodem na to, że wiele osób straciło wiarę w demokrację – powiedziała, cytowana przez serwis dw.com, wiceszefowa KE Vera Jourova. Natomiast Angela Merkel miała dodać, że w prawo do wyrażania opinii może ingerować tylko państwo, a nie medium. 

WhatsApp zmienia zasady gry, a użytkownicy lawinowo przechodzą na Signal i Telegram

Kolejnym przykładem, kontrowersji, jakie w ostatnim czasie miały miejsce w branży social mediów, jest WhatsApp. Pod koniec 2020 roku serwis poinformował swoich użytkowników, że z początkiem 2021 roku zmienia zapisy w swoim regulaminie. Jak się okazało, platforma zamierza współdzielić dane, jakie posiada o swoich użytkownikach, z Facebookiem. To wywołało ogromne oburzenie, bo większość użytkowników WhatsApp korzysta z niego, właśnie po to, by ominąć usługi Facebookowe.

Wśród danych, które mają powędrować do Facebooka (poza numerem telefonu i kontaktami, do których dostęp ma WhatsApp) są: lokalizacja, identyfikatory reklamowe czy informacje finansowe. Po negatywnej reakcji użytkowników na nadchodzące zmiany, firma zapowiedziała, że ich wprowadzenie przesunie na 15 maja. Jednak nic w zapisach regulaminowych się nie zmieniło. I tak każdy użytkownik, który do 15 maja nie zaakceptuje nowego regulaminu, zostanie odcięty od licznych funkcji, np. tacy użytkownicy nie będą mogli czytać i wysyłać wiadomości z poziomu aplikacji

W odpowiedzi na te informacje dotychczasowi użytkownicy WhatsApp lawinowo zaczęli przechodzić do alternatywnych komunikatorów takich jak Signal i Telegram.

BigTechy nas inwigilują. Użytkownicy mówią: stop!

Coraz częściej pojawiające się kontrowersje związane z gigantami na rynku social mediów spowodowały, że coraz więcej z nas zaczyna się zastanawiać nad tym, jakie dane o nas posiadają wielkie korporacje i do czego mogą je wykorzystywać. Jak wiadomo dane, to dziś najbardziej wartościowy produkt. Jak ktoś kiedyś powiedział, jak coś jest za darmo (wszystkie mainstreamowe social media są darmowe), to znaczy, że ty jesteś produktem. 

Problem w tym, że rozwój social mediów poszedł tak daleko, że można zaryzykować tezę, że dziś nie możemy bez nich funkcjonować. Portale społecznościowe wykorzystujemy nie tylko do kontaktów towarzyskich, ale i zawodowych, do komunikacji firmowej, jako networking itd. 

– W dobie dezinformacji, dużego rozproszenia faktów poszukujemy wiarygodnego źródła informacji w sieci. Poszukujemy ich, dołączając do grup na Facebooku, rejestrując się na forach internetowych, wypowiadając się pod postami na Linkedinie. Szukamy również nisz takich jak mniej znane portale społecznościowe. Można zauważyć jednak pokusę, jaką stanowi wprowadzanie treści opłacanych przez prywatne organizacje, czy partie na forum takich niszowych portali. Obecna kultura cyfrowa tak mocno nas uzależniła od takich portali społecznościowych, że nie wyobrażamy sobie życia bez komunikacji poprzez te środki – komentuje Karolina Ziętal, analityk danych z doświadczeniem w instytucjach finansowych oraz firmach produkujących oprogramowanie.

Jednak coraz większa świadomość w zakresie wspomnianej inwigilacji BigTechów powoduje, że coraz więcej osób rozgląda się za alternatywnymi platformami. A takich mamy już całkiem sporo. MeWe, Vero, Mastodon, Gab, Parler, Minds, Signal czy Telegram to tylko kilka przykładów ze światowego rynku. Jednak Polacy również mają swoje alternatywy.

– Niszowe portale społecznościowe są odpowiedzią na panujące obecnie nastroje społeczne na całym świecie, nie tylko w Polsce. Niestety w pewien sposób grupują, segmentują osoby o określonych poglądach politycznych. Taki stan rzeczy powoduje, że samo przystąpienie do takich sieci społecznościowych, może zaburzać postrzeganie rzeczywistości. Pomysł na inne portale społecznościowe jest słuszny z racji segmentacji osób o określonych zainteresowaniach, jednak jeżeli komunikat biznesowy kreowany jest w sposób agresywny, mówiący o tym, że giganci są źli i tylko my dajemy wolność słowa, to jest to nietrafione – komentuje Adam Borodo.

Mogą Cię zainteresować

Polskie niszowe social media

Pytanie, czy mamy się o co bić? Z jednej strony widoczne jest wzburzenie użytkowników i cały czas powstają nowe serwisy społecznościowe. Z drugiej strony powstają i za chwilę znikają. Czy takie małe projekty są w ogóle w stanie konkurować z takimi gigantami jak Facebook, czy Instagram? A może jest tak – ludzie pokrzyczą, pokrzyczą, a jak kurz opadnie i tak znów wrócą na popularne portale, bo bez nich wypadną z “obiegu”?   

Albicla

Jednym z przykładów polskich niszowych platform social media jest Albicla. Serwis powołali do życia członkowie Gazety Polskiej, a jego założeniem było stworzenie miejsca w sieci, w którym użytkownicy nie będą cenzurowani, ani usuwani za swoje poglądy. Portal powstał zaraz po aferze z blokowaniem Donalda Trumpa w mediach społecznościowych.

I choć początki były imponujące, serwis już kilka godzin po premierze pochwalił się 10 tys. zarejestrowanych użytkowników, niestety entuzjazm nie trwał długo, bo już po chwili nowe osoby, które chciały dołączyć do platformy, zaczęły zgłaszać problemy z logowaniem. Mało tego, okazało się, że platforma nie weryfikuje w żaden sposób użytkowników, więc pojawiło się na niej mnóstwo fejkowych kont, co przyćmiło początkową radość o ogromnym odzewie ludzi. Do pieca dołożyła informacja o tym, że serwis miał skopiować fragmenty regulaminu z Facebooka.

Zobaczymy, jak serwis poradzi sobie z tymi początkowymi problemami. Niemniej cały czas funkcjonuje i w każdej chwili można się w nim zarejestrować. 

Wolni Słowianie

Kolejną polską propozycją alternatywnego serwisu społecznego byli Wolni Słowianie. Byli, bo serwis tak szybko jak się pojawił, tak zniknął – ale zacznijmy od początku. Podobnie jak w przypadku Albicla, Wolni Słowianie mieli być propozycją social mediów wolnych od cenzury, w których każdy może wyrażać swoje myśli bez żadnych ograniczeń.

Nowa propozycja przyciągnęła uwagę wielu osób, również znanych w internecie. I tak swoje konta na Wolnych Słowianach założyli między innymi Krzysztof Gonciarz i firma Niebezpiecznik. Niestety zaledwie po upływie jednego dnia, oba profile dostały bana. Mało tego, mail, który informował o zablokowaniu w serwisie, przyszedł po angielsku, o czym zarówno Gonciarz, jak i Niebezpiecznik poinformowali w mainstreamowych social mediach.

Na odzew ludzi nie trzeba było czekać długo. Nie dość, że na Wolnych Słowian wylał się ogromny hejt, to jeszcze rozzłoszczeni użytkownicy zaspamowali serwis tagiem #Loli. Akcja ta doprowadziła do tego, że strona Wolni Słowianie została zablokowana.

Polfejs

Polfejs to przykład polskiego serwisu społecznościowego, który powstał na długo przed kontrowersjami związanymi z Donaldem Trumpem. Portal pojawił się w 2017 roku. Była to propozycja skierowana do prawicowych użytkowników. Niestety w tej formie serwis utrzymał się tylko przez rok. W sierpniu 2020 roku Polfejs reaktywował się, jednak z nowymi założeniami.

– Tworzą go częściowo te same osoby, ale zdecydowanie nie jesteśmy jakimś “prawicowym” czy też “lewicowym” portalem. Z poprzednim były same problemy, mowa nienawiści, obrażanie, kontrowersyjne treści. Teraz jesteśmy po prostu medium społecznościowym, neutralnym, dla każdego. Nie ma teraz żadnych problemów z użytkownikami, wcześniej się zdarzały – mówi w rozmowie z money.pl Bartosz Bakuła z Polonia Web Services.

Czy walka z gigantami ma sens? 

Serwisy, które powstają w alternatywie do Facebooka, Instagrama, czy Twittera deklarują, że będą darmowe, nie będą inwigilować swoich użytkowników, ani zasypywać ich toną reklam. To bardzo idealistyczne podejście. Jednak trzeba pamiętać, że biznes to biznes. Więc zakładając nawet scenariusz, w którym któreś z tych portali rozwija się tak, że jest w stanie stanąć w szranki z największymi w tej branży, jaką mamy pewność, że nie staną się tym samym, czym są obecnie największe BigTechy?

– Małe portale społecznościowe nigdy nie będą w stanie rozbudować swoje bazy użytkowników do poziomów np. Facebooka, który na początku 2021 roku ma zarejestrowanych przeszło 21 mln użytkowników z samej Polski. Penetracja gigantów na rynku jest tak mocna, że mimo wątpliwych sytuacji z wykorzystaniem danych osobowych, ludzie wciąż traktują je, jako źródło do kontaktu z rodziną, znajomymi czy firmami. Przenoszenie się osób do niszowych portali i wzrost wykładniczy ilości treści, również będzie powodować podobne zachowanie, moderacji postów jak u gigantów z branży social media. Szacunek do drugiej osoby oraz wiarygodność źródeł przytaczanych przez użytkowników powinien być nadrzędnym zadaniem administratorów – komentuje Adam Borodo.

– W teorii niszowe portale społecznościowe to przyszłość. Jednak jest wiele aspektów, które mogą obalić tę teorię. Tego typu afery, jak blokowanie konta Trumpa, to krótkotrwały, jednorazowy incydent. Oburzenie odbiorców oparte na ideologii, to naturalna reakcja. Odbiorcy nie chcą się sami wykluczać ze społeczności, więc i tak do niej wrócą. Uczestnictwo w niszowych portalach jest dla fanatyków lub pasjonatów tematu, bo te mają ograniczoną liczbę odbiorców. Utrzymanie tych profili będzie wymagało bardzo zaangażowanego i wymagającego odbiorcy. W dłuższym czasie moim zdaniem nie jest to opłacalne. Nie wszystkich interesuje utrata wiedzy na temat popularnych tematów i nie ma gwarancji, że do tego miejsca docierają wszystkie interesujące odbiorcę informacje. Portale niszowe będą musiały pozyskiwać odbiorców, więc i tak będą korzystać z komunikacji globalnej na istniejących portalach społecznościowych. Nawet jeśli nie skorzystają z typowej reklamy, to będą korzystać z influencer marketingu, który opiera się na globalnych portalach społecznościowych. Niszowe portale to bańka informacyjna, ograniczająca dostęp do wiedzy – dodaje Małgorzata Włodarczyk, marketer, mentor w zakresie marketingu kosmetycznego, manager i coach.

Wygląda na to, że małe serwisy społecznościowe nie mają realnej szansy na zmienianie rzeczywistości w kwestii inwigilacji i cenzury, jaką prowadzą giganci w branży social media. Z pewnością w przyszłości wciąż będą powstawały alternatywne portale, jednak tak jak będą się pojawiać jedne, inne będą znikały. Odpowiedzią na kontrowersje związane z BigTechami powinny być rzeczowe przepisy prawne, których ewidentnie nam brakuje.   

Podziel się

Zostaw komentarz

Najnowsze

Powered by: unstudio.pl