Każdy kocha bycie founderem, niewielu kocha drogę by nim zostać

21.10.2019 AUTOR: Michał Bąk

Oglądałeś film Jiro śni o sushi? Nie? To koniecznie musisz go zobaczyć. Pięknie opisuje drogę, powolną i długodystansową i skromność. Jiro twierdzi, że nie stworzył idealnego sushi po dziś dzień, pomimo, że całe życie je wytwarza i osiągnął najwyższy możliwy poziom, klasa światowa. Przechodził zapewne przez wiele różnych, skrajnych emocji. Pewnie nie raz chciał rzucić swoje rzemiosło i pewnie po drodze nie raz myślał, że się do tego nie nadaje. Jego droga nie była prosta, była mozolna, nie opierała się wyłącznie o laury, zanim nakręcono o nim film, zanim setki blogerów i vlogerów kulinarnych chciało recenzować jego sushi restaurację i robić sobie z nim zdjęcie, Jiro musiał przejść kilka „dolin śmierci” (sytuacji zwątpienia i kilka chwil, które powodowały, że żałował, że nie zajął się czymś innym).

To samo tyczy się przedsiębiorczości. Media, czy my sami fetyszyzujemy jakie to bycie przedsiębiorcą jest klawe, bo przecież:

  • Pracuje w godzinach, które są dla mnie wygodne;
  • Mogę zarabiać więcej niż na etacie;
  • Mogę sobie podróżować i jestem niezależny;
  • Robię wyłącznie ciekawe, interesujące rzeczy.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ wraz z rozwojem naszego produktu, konferencji Founders Mind dużo czasu miałem aby zacząć myśleć o tym wszystkim. Każde z wyższych zagadnień można byłoby zbić:

  • Pracując w godzinach, które są dla mnie wygodne rozregulowałem sobie organizm, chodziłem spać o 6.00 wstawałem po 14.00;
  • Przez pierwsze lata robienia firmy nie wypłacałem sobie wynagrodzenia (przelewałem tylko jak potrzebowałem na jakieś wydatki, zazwyczaj tygodniówkami po kilkaset złotych per tydzień). Do dziś nie mam wypłaty jak w kluczowym momencie na etacie;
  • No jednak nie, próbuję poukładać firmę, aby była niezależna ode mnie (zależy mi na tym, nie po to aby sobie zwiedzać świat, tylko po to, aby ta firma działała gdy mi się coś stanie). Póki co nie uważam siebie za człowieka niezależnego (ale kredyciku, kończę spłacać skurczybczku więc hold my beer and watch);
  • Nie robię wyłącznie interesujących rzeczy, nadal robię w firmie masę prac, które są nieciekawe.

Nie piszę tego, aby kogoś zniechęcić, bo bycie przedsiębiorcą jest dla mnie niezwykle ciekawe, rozwijające i pełne także pozytywnych niespodzianek. Piszę to wyłącznie po to, aby podkreślić jaka jest droga, bo finalny efekt „jestem przedsiębiorcą” jest często spłycany, co najlepiej pokazuje ten mem, który dołączam do niniejszego posta.

Ale jak to nie chcesz zostać przedsiębiorcą?

Dokładnie tak kilka lat temu pytałem się ludzi gdy mówili mi, że nie chcą być przedsiębiorcami. Mam znajomych, którzy są szefami działów w dużych firmach, czasami korporacjach i ich wyzwania wcale się nie różnią od tego, co ja realizuję na co dzień. Mogę powiedzieć, że to taka przedsiębiorczość pod parasolem (i nie krytykuję tego, wręcz szanuję). Moi znajomi, którzy wybrali tę drogę robią takie rzeczy jak: budżetowanie, budowanie i zarządzanie zespołem, branie odpowiedzialność za innych w zespole. Brzmi znajomo? Tak to dokładnie to samo, co my robimy jako przedsiębiorcy. Dlatego też nie dziwię się, że część z nich, nie chce zakładać własnych biznesów, woli tę stabilność, bo i tak ponosi część tej odpowiedzialności.

Żałuję, że nie założyłem biznesu wcześniej

To zdanie niczym mantra powtarzane jest w dziesiątkach wywiadów. Moi znajomi- przedsiębiorcy powtarzają to samo w zakulisowych rozmowach „Czemu założyłem firmę tak późno”. To posłuchaj mojej historii, założyłem firmę w wieku lat 21, nie z pasji, umiejętności, ale jako uciekanie przed etatem i… żałuję, że zrobiłem to tak wcześnie. Byłem głupi i nieodpowiedzialny, uważam, że Michał Bąk lat 21 nie powinien brać odpowiedzialności za siebie, a co dopiero za innych. Moi znajomi-nieprzedsiębiorcy w tym czasie awansowali w korporacji, robili studia, bogacili się prywatnie, wyjeżdżali na wakacje a ja od 21 do 24 roku życia nie byłem na prawdziwych wakacjach, biegałem jak chomik w kołowrotku, nie mając nawet czasu zastanowić się co robię źle. Nie miałem mentora, czy jakiegoś przedsiębiorcy, który złapałby mnie za habit i potrząsnął, oszczędzając mi kilka lat życia i sporo zdrowia i hajs na kawalerkę (nie nie żalę się i nie to nie były błędy, które musiałem popełnić, aby się nauczyć, jak kilka osób sugeruje)

Syndrom oszusta

 A po latach, gdy już osiągasz sukces to Twój mózg funduje Ci emocjonalny bang i próbuje Ci wmówić, że droga, którą przeszedłeś nic nie znaczy, że to potrafi pierwszy lepszy gamoń więc to nie jest nic niezwykłego. I nie nakarmisz go informacją, że tylko 28% firm przetrwa 5 lat i hello Ty jesteś tej niespełna 1/3 firm, którym się udało.

Za trudno? To trudno

Droga na górę usłana jest porażkami, praktycznie codziennie doznajemy mikroporażek „nie mogłem dziś zacząć wcześniej treningu – odpuściłem go” „Przegrałem batalię o kluczowego pracownika – ktoś go podkupił”  „Przegrałem rywalizację o klienta ale przegrałem z samym sobą, bo zbyt późno złożyłem ofertę i klient już wybrał” Mikroporażki, porażki i katastrofy. Niemiłe informacje, sytuacje, które nas przybijają, zabijają nasz entuzjazm. Tak wygląda duża część biznesu, zanim go wyprowadzimy z „doliny śmierci”. Ostatnio jedna ze znajomych osób powiedziała mi, że tymi „przygnębiającymi” wpisami podcinam skrzydła osobom, które są niezdecydowane i powoduje, że te niepewne jednostki może po przeczytaniu czegoś takiego nigdy nie założą firmy. No chyba lepiej żeby się zniechęciły moim wpisem i nie założyły biznesu niż rozpoczęły działalność po naoglądaniu się tych wszystkich kolorowych uśmiechniętych twarzy z kolejną statuetką, kolejnym sukcesem. Jeżeli mój wpis, nie o sukcesach, a o porażkach i znoju jest dla Ciebie za ciężki i wywołuje skurcz żołądka, to emocje, które towarzyszą w prowadzeniu biznesu (mówię o porażkach, nie o sytuacji gdy wszystko idzie pięknie ładnie) rozszarpią Cię emocjonalnie. Michał, to skoro tak trudno to dlaczego prowadzisz nadal biznes. Teraz to ja wyprostowałem większość moich zmartwień, dużo mniej się stresuje, a moje wpisy są świadectwem dawniejszych lat. Dziele się przemyśleniami, a nie jestem wyrocznią z Omaha, która mówi Ci jak masz żyć.

Poznaj drogę Jacka Ma

Wiem, że biografie miliarderów są niczym czytanie o science fiction – za wiele się z nich nie nauczysz, ale nie do końca. Każdy zanim stał się tym miliarderem, wielkim wygranym przeszedł jakąś drogę. Drogę, której nie rzucili nieliczni. Jednym z bardzo ciekawych postaci był Jack Ma. Ten chiński przedsiębiorca, zanim stał się jednym z najbogatszych ludzi na świecie, był człowiekiem porażką. Na ponad 20 kandydatów do pracy w lokalnym KFC tylko on nie otrzymał angażu. Ale kariera zawodowa to nie jedyne miejsce gdzie otrzymywał odmowę. 10 razy aplikował na studia w Harvardzie i tyle też razy otrzymywał odmowę. Jak piękny musisz mieć mindset, aby kroczyć od porażki do porażki nie tracąc entuzjazmu i wierząc w lepsze zakończenie historii?  Historii podobnych do Jacka są setki, przykładowo Micheal Jordan w jednym z wywiadów powiedział, że gdyby zliczyć sumę wygranych i przegranych meczy to mimo iż był wielokrotnie nagradzanym koszykarzem i zdobywcą mistrzostwa NBA, okazałoby się, że bilans nie jest dodatni.

Warto więc zastanowić się czy to czym się zauroczyliśmy to był ten finał drogi, czy może sam proces pokonywania. Miłość jest trudna i niestety jeżeli chcemy być founderami, musimy się pogodzić, że po drodze zjemy beczkę soli, albo i dwie 😉

Do góry!

Polecane artykuły

07.11.2019

Kontrolki – rzeczy, które musisz mierzyć ...

Głodny wiedzy? Zapraszamy do sklepu z kursami i ebookami

Sprawdzam