Internet rzeczy w pigułce

20.01.2017 AUTOR: Zuzanna Zalewska

Połączenia sieciowe są już na porządku dziennym. Internet w telewizorze? Nie ma sprawy. Szczoteczka dla Twojego dziecka wyposażona w Bluetooth? Żaden problem! A to jedynie czubek góry lodowej. Mało kto zdaje sobie sprawę, jak bardzo złożony i niejasny system powiązań powstał wskutek tych rozwiązań. Koncepcja, która zbiera je wszystkie, również nie jest zbyt ściśle określona. Internet rzeczy, nazywany coraz śmielej ewolucją rzeczywistości, bezpowrotnie wkradł się w nasze życie.

O co w tym wszystkim chodzi? Nazwa może nieco zbijać z tropu – „Internet of Things” (IoT), czyli polski „Internet rzeczy”, tak naprawdę nie skupia się na rzeczach, a na danych. Termin ten możemy wyjaśnić jako koncepcję, według której fizyczne przedmioty są połączone w sieciach, mają stały dostęp do Internetu i mogą samodzielnie lub w grupach gromadzić i przetwarzać dane lub je wzajemnie przekazywać. Jeszcze prościej: możemy włączyć piekarnik za pomocą smartfona, gdy jesteśmy jeszcze w kolejce po mrożoną pizzę. Nazwy „Internet of Things” pierwszy raz użył przedsiębiorca i twórca start-upów Kevin Ashton w 1999 roku; aktualnie to jeden z najważniejszych terminów dla technologii. Należy przy tym pamiętać, że IoT to nie tylko wygoda dla jednostkowego konsumenta – usprawnia też (czy raczej: przede wszystkim!) działanie służb publicznych czy funkcjonowanie przedsiębiorstw.

Istotne dla przedsiębiorców jest uświadomienie sobie, że istnienie wirtualnej rzeczywistości realizowanej przez IoT rzutuje na faktyczną wartość oferowanych produktów. Coraz częściej konsument skupia się nie na przedmiocie, a na świadczonych przez niego dodatkowych usługach. Szczególnie, że z racji popularności takie rozwiązania stały się bardziej przystępne cenowo dla średniozamożnych użytkowników. Chcemy żyć szybciej i łatwiej – a inteligentne otoczenie nam to umożliwia. Lodówka, która sama sugeruje kolację, przy uwzględnieniu tego, co mamy w lodówce, jak się odżywiamy i ile mamy czasu? Budzik, który wysyła powiadomienie do ekspresu do kawy, byśmy mogli pospać pięć minut dłużej? Tak!

Porzućmy jednak smart home i wróćmy do szerszego wykorzystania Internetu rzeczy. Beacons, czyli minikomputery, mogą wysyłać różnego rodzaju komunikaty, choćby reklamowe. Ich działanie opiera się na lokalizowaniu przedmiotów z odległości choćby paru centymetrów, czym górują nad poczciwym GPS. W ten sposób, po wejściu do sklepu, moglibyśmy na przykład dostać powitalnego SMS-a. Albo sprawdzić dostępność produktu w innym punkcie sprzedaży. Ba, zrobilibyśmy całe zakupy bez podchodzenia do kasy – wystarczyłaby odpowiednia aplikacja i dostęp do sieci.

Coraz szybciej wychodzimy poza ramy wygody jednostki. Powstają projekty inteligentnych budynków, a nawet miast. W Korei Południowej już pracuje się nad smart city, Songdo, które wybudowano na sztucznej wyspie usypanej z piasku. „Miasto przyszłości”, jak jest nazywane, ma mieć sensory wszędzie, gdzie tylko się da – na ulicach, w domach, szkołach, urzędach, a nawet szpitalach. Koszt tej inwestycji sięga 40 mld dolarów. Innym pomysłem jest wszczepienie technologii w tkankę istniejącego miasta. Polski start-up IFINITY za pomocą beaconsów chce stworzyć sieć, która obejmie całą strukturę miejską i będzie informować np. o wolnych miejscach parkingowych czy opóźnieniach transportu publicznego. Taka sieć może też pomóc zorientować się w przestrzeni budynku – kiedy na przykład jesteśmy w szpitalu lub na kampusie uczelni i nie wiemy, jak trafić w konkretny sektor.

internet rzeczy

fot. indianmoney.com

Internet rzeczy może usprawnić nie tylko nasze życie prywatne, ale też zawodowe. Według badań jesteśmy gotowi na to, by nasze miejsca pracy były bardziej „smart”. Wielu pracowników chciałoby pracować zdalnie. Nie jest to jednak takie proste – każda aplikacja wymagałaby osobnej licencji i zabezpieczenia, a to kosztowne.

Internet rzeczy ma jednak swoje zagrożenia i niedogodności. Dla przeciętnego użytkownika problemem może być potencjalne zakłócenie prywatności. Trudne pod tym względem są tzw. wearables, czyli inteligentne urządzenia, które nosimy, na przykład smartwatche albo Google Glass. Nie zawsze połączenia są zaszyfrowane, przez co łatwo można nas inwigilować. Przy ustawieniu odpowiednich parametrów hakerzy bez problemu mogą robić nam zdjęcia i nas nagrywać. To samo jednak tyczy się każdego przenośnego urządzenia wyposażonego w aparat i dostęp do Internetu. Problem z naruszeniem prywatności nie dotyczy przy tym tylko jednostki – użytkownicy niezabezpieczonych urządzeń mogą być prostą drogą do ukrytych danych firmy, która korzysta z inteligentnych technologii. Zagrożone są też inteligentne miasta, które z natury rzeczy są łatwym celem dla cyberprzestępców czy też cyberterrorystów.

Innym wyzwaniem mogą być, paradoksalnie, dane. Gdzie je przechowywać? Jak je filtrować? To wszystko jest trudne do rozwiązania, szczególnie, kiedy uświadomimy sobie, jak szybko IoT się rozwija i o jakich liczbach mówimy – według szacunków Cisco do 2018 roku IoT ma wytwarzać rocznie ponad 400 Zettabajtów danych. Ta ogromna liczba wciąż jest problemem, lecz nawet tak trudna kwestia nie jest w stanie powstrzymać rozwoju inteligentnego otoczenia.

Źródło: forbes.pl, gomobi.pl, hbrp.pl, crowdonomia.pl, avlab.pl, di.com.pl, getifinity.com

Czytaj również:

3 kroki w stronę contentu

Content marketing dla początkujących

Historia sukcesu firmy Amazon.com – cierpliwość to podstawa

 

Do góry!

Polecane artykuły

04.12.2019

Pakiety Kurierskie dla ...

Głodny wiedzy? Zapraszamy do sklepu z kursami i ebookami

Sprawdzam