StethoMe pozyskuje kolejne miliony, choć rok temu 12,5 tys. euro z InfoShare uratowało firmę!

30.03.2018 AUTOR: Daniel Kotliński

O StethoMe zrobiło się szczególnie głośno w Polsce, gdy firmie udało się zająć drugie miejsce w konkursie startupów podczas InfoShare 2017 – jednej z największych imprez tego typu w Europie. Szef firmy, Wojtek Radomski, tłumaczy w rozmowie na jakim etapie rozwoju znajduje się obecnie ich inteligentny stetoskop, czy imprezy branżowe to strata czasu oraz o ryzyku, jakim obciążone są prace nad innowacyjnymi rozwiązaniami.


Daniel Kotliński, Marketing i Biznes: Zacznijmy od początku – jak to się stało, że rozpoczęliście w ogóle prace nad swoim “domowym stetoskopem” i kto tworzy trzon firmy?

Wojtek Radomski, co-founder StethoMe: W tej chwili wspólników jest pięcioro, ale przez ostatnie 11 lat z pozostałymi dwoma wspólnikami, w trójkę, tworzyłem spółkę informatyczną – Programa.pl. Od niej to wszystko się zaczęło.

Lata temu miałem na studiach zajęcia, które nazywały się “informatyka w medycynie”. Uświadomiłem sobie wtedy, jak ogromny potencjał drzemie w tym połączeniu. W 2015 roku postanowiłem wrzucić na Facebooka ogłoszenie, w którym opisałem działalność naszej spółki, wspomniałem, że dysponujemy kapitałem oraz kontaktami w branży i ogłosiłem, że szukamy lekarzy, którzy chcieliby nam opowiedzieć o jakichś swoich problemach, które z kolei my moglibyśmy rozwiązać technologią.

Zgłosiło się do nas dwóch doktorów, co prawda nie medycyny, ale fizyki i akustyki z Uniwersytetu Adama Mickiewicza – Honorata i Jędrzej. Każde z nich jest rodzicem z dwójką dzieci, więc najbardziej palącą kwestią było dla nich zdrowie maluchów. Jak zaczyna się kaszel, to już iść do lekarza, czy jeszcze nie? Kiedy rzeczywiście warto podać antybiotyk? Kiedy ponownie należy odwiedzić przychodnię, jeśli dziecko, mimo przyjmowanych leków, wciąż choruje?

Poznaliśmy się i zaczęliśmy prowadzić rozmowy, które ostatecznie doprowadziły nas do pomysłu na inteligentny stetoskop i zawiązania nowej spółki.

Firma powstała w 2016 roku.

W 2015, ale na początku 2016 pozyskaliśmy inwestora i wtedy zaczęliśmy de facto działać.

Poszliście do inwestora z jakimś prototypem?

Jedyne, co mieliśmy, to prezentację w PowerPoincie i 5 wspólników gotowych podjąć pracę od zaraz. Początkowo staraliśmy się pozyskać finansowanie z Unii Europejskiej, to się w pierwszym podejściu nie udało, nawiązaliśmy więc kontakt ze SpeedUp VC, który, razem z naszą spółką Programa.pl, zainwestował w nas 1,5 miliona złotych. To nam pozwoliło na stworzenie pierwszych prototypów, a te z kolei okazały się wystarczającym dowodem na to, że nasz pomysł jest sensowny i otworzyły dostęp do gotówki z UE.

Prototyp StethoMeMonika Gadzała

Jak duże pieniądze udało się pozyskać?

Otrzymaliśmy prawie 9 milionów złotych z projektu Szybka Ścieżka. W grudniu 2017 roku pozyskaliśmy kolejną rundę, tym razem od polsko-izraelskiego funduszu TDJ Pitango Ventures – 2 miliony dolarów.

Jasno widać, jak ogromnych nakładów finansowych wymaga faza doprowadzenia produktu do wersji finalnej. Na co tak konkretnie te środki są potrzebne?

Rozmawiamy o wyrobie medycznym, w postaci urządzenia i algorytmów, i o ile podobne rozwiązania – to znaczy hardware – istnieją na świecie, to oprogramowanie które tworzymy, jest absolutnie unikalne. To oczywiście implikuje niepewność – nie można założyć ze stuprocentową pewnością, że takie algorytmy w formie, w jakiej je planujemy, rzeczywiście mogą powstać. Lwią część środków przeznaczamy  więc na ogólne prace badawczo-rozwojowe. Dużo pieniędzy idzie także na pozyskiwanie danych, na podstawie których tworzone są algorytmy oraz na zespół ludzi, którzy nad tym pracują – a są to najwyższej klasy programiści od uczenia maszynowego.

Zespół jest z Polski?

Tak, to około 20 osób – 15 osób pracujących na pełen etat. Współpracujemy również z szeregiem lekarzy specjalistów, którzy testują nasze rozwiązanie, nagrywają dźwięki płuc i serca, są naszymi konsultantami.

Na czym polega wyjątkowość algorytmów, o których Pan mówi?

Dzisiaj sprawa wygląda następująco: kiedy jesteśmy z dzieckiem u lekarza, ten przykłada mu do klatki piersiowej klasyczny stetoskop, a dźwięk z płuc i serca wędruje do uszu doktora i to on ocenia, co tam, słychać. Przede wszystkim stwierdza, czy w płucach występują niepokojące sygnały – jest to więc badanie w pełni subiektywne. Ocena jest więc sumą tego, jak dobry ma słuch, jakie ma doświadczenie w tego typu diagnostyce, a nawet tego, gdzie zdobywał wykształcenie.

Badania przeprowadzone w USA na grupie 600 lekarzy pokazały, że skuteczność lekarza rodzinnego w zakresie wykrywania dźwięków charakterystycznych dla zapalenia płuc wynosi zaledwie 25%. To dla nas to było szokujące! Powtórzyliśmy więc takie badania w Polsce na grupie 200 lekarzy i… Wyniki były lepsze, ale nadal niepokojące. Tutaj więc zasadza się cała innowacyjność – w domowym zaciszu przykładamy urządzenie do klatki piersiowej dziecka, rejestrowany jest dźwięk, ten wysyłany jest przez Bluetooth do smartfona, a stamtąd do chmury, gdzie analizują go algorytmy sztucznej inteligencji.

Dźwięk nie jest więc oceniany subiektywnie, tylko robią to certyfikowane, zweryfikowane, poddane badaniom klinicznym, algorytmy AI, które oceniają, czy w płucach lub sercu występują jakiekolwiek nieprawidłowości. Jeśli zostaną wykryte, rodzic jest alarmowany, że z dzieckiem dzieje się coś złego i powinien udać się z nim do lekarza.

Czyli nie chcecie zastępować roli lekarza.

Nie, absolutnie. My tylko i wyłącznie dostarczamy lekarzowi narzędzie, które pozwala lepiej określić, co się dzieje w płucach i sercu. Więcej informacji to lepsza diagnoza. W modelu, który chcemy wprowadzić, istotną rolę odgrywa telemedycyna – na podstawie przesłanych z urządzenia do lekarza informacji można zorganizować połączenie i zasięgnąć konsultacji.

Brzmi to dosyć futurystycznie. Stworzenie urządzenia to jedno, ale zmienić procesy, czy też wprowadzić nową infrastrukturę informatyczną do przychodni i szpitali, to zupełnie coś innego.

Większość największych prywatnych podmiotów medycznych posiada już rozwiązania telemedyczne – umożliwiają kontakt z lekarzem bez wychodzenia z domu. Umożliwiła to zmiana ustawy, która pozwoliła na świadczenie usług medycznych drogą elektroniczną. Teraz z kolei trwają prace nad umożliwieniem lekarzom wystawiania e-recept, więc ewidentnie wszystko zmierza w kierunku cyfryzacji.

W Polsce są to rozwiązania bardzo młode, funkcjonujące na dużą skalę od 2015 czy 2016 roku, ale w Stanach Zjednoczonych to jest codzienność – w każdej większej firmie pakiet opieki medycznej zakłada możliwość kontaktu z lekarzem przez internet.

Więc to, co chcemy zrobić my, to wykorzystać istniejące kanały komunikacji i wzbogacić takie e-konsultacje o szczegółowe wyniki przeprowadzanych w domu badań.

Czyli będzie można wysłać lekarzowi plik dźwiękowy?

Dokładnie, dodatkowo z oceną przeprowadzoną przez nasze algorytmy.

Na jakim etapie prac jesteście aktualnie? Jak wygląda perspektywa wejścia na rynek komercyjny?

Jesteśmy na etapie zaawansowanych prototypów. Posiadamy dwa wyroby medyczne – sam stetoskop oraz algorytmy do analizy dźwięków.

Urządzenie jest na etapie certyfikacji, posiadamy mini serie produkcyjne do testowania ich w szpitalu przez lekarzy, zatrudniliśmy także osobę odpowiedzialną wykonywanie pilotażowych wdrożeń w przychodniach w całej Unii Europejskiej. Testy pozwolą na wzbogacenie algorytmów o niezbędne dane, a te z kolei podniosą skuteczność analizy.

Same algorytmy są na etapie skuteczności statystycznego lekarza pulmonologa. Te 25% skuteczności w wykrywaniu niepokojących dźwięków w płucach dotyczyło lekarzy rodzinnych, specjaliści zaś są znacznie skuteczniejsi i w tej chwili rozwiązania algorytmiczne dorównują im w ocenie zmian płucnych.

Jesteśmy świadomi jednak, że rozwiązanie musi być lepsze od człowieka i właśnie nad tym obecnie pracujemy – do końca tego roku będziemy posiadać certyfikację samego urządzenia, zaś do końca następnego roku rozpoczniemy testy kliniczne celem certyfikacji algorytmów.

Można więc wstępnie określić datę wejścia produktu na rynek?

Póki co celujemy w koniec 2019 roku, aczkolwiek pamiętajmy, że to wyrób medyczny, który musi być poddany wyczerpującemu procesowi certyfikacyjnemu. Musimy mieć stuprocentową pewność, że tworzone rozwiązania są bezpieczne i skuteczne. Proces może się więc nieco przedłużyć.

Regularnie pojawiacie się ze swoim produktem na imprezach i konkursach startupowych. Spotykam się jednak z opinią, że takie eventy to strata czasu i ci, którzy rzeczywiście robią biznes, nie mają czasu bywać na nich.

Częściowo się z tą opinią zgadzam, ale tylko częściowo. Jeśli my jedziemy na taki event, to robimy to w bardzo konkretnym celu – nie jedziemy sobie popatrzeć i pogadać, tylko po to, by wrócić z jakąś wartością. Dlatego też imprezy, na których bywamy, dobieramy skrupulatnie, w taki sposób, by coś nam dały.

Byliśmy na evencie w Holandii, gdzie głównym partnerem wydarzenia był Philips – to poskutkowało 3-miesięczną akceleracją w inkubatorze tego koncernu. Na imprezie w Monachium z kolei organizatorem był Roche – jedna z największych korporacji medycznych na świecie. Obecność tam pozwoliła nam nawiązać z koncernem bardzo dobre relacje i rozpocząć rozmowy o programach pilotażowych naszego urządzenia. Wyjazd do Pragi na World Startup Championship czy gdańskie InfoShare miał w założeniu dać nam rozgłos medialny, który to przekłada się na nowe kontakty z inwestorami i ułatwia możliwość pozyskania finansowania.

Nie jeździmy na każdy event, bo gdybyśmy chcieli to robić, to potrzebowalibyśmy zatrudnić co najmniej 5 dodatkowych osób (śmiech). Spływa do nas tyle zaproszeń, że musimy bardzo skrupulatnie wybierać te najlepsze. Zawsze jadąc na taką imprezę, jesteśmy przygotowani w 150 procentach! Po to, żeby coś z niej wynieść.

W kontekście tych wielomilionowych nakładów finansowych, które potrzebne są, by rozwijać produkt, wygrana w konkursie dla startupów na zeszłorocznej edycji InfoShare opiewająca na kwotę 12,5 tysiąca euro nie wydaje się duża. Jaki był cel odwiedzenia tej imprezy?

Myśmy byli wtedy na etapie poszukiwania inwestora. InfoShare jest jedną z największych tego typu imprez w Europie, więc celem było wygranie konkursu, nie dla pieniędzy, ale dla rozgłosu wśród funduszy. Po evencie odezwało się do nas kilku inwestorów z propozycjami, z jednym z nich doszło do konkretnych negocjacji. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na współpracę z innym podmiotem, z którym rozmawialiśmy już wcześniej, ale to tylko potwierdziło, że cel został zrealizowany.

Wygrana pieniężna w kontekście wszystkich środków, które do tej pory pozyskaliśmy, istotnie może wydawać się mała, aczkolwiek w naszym przypadku, na ten czas, była bardzo ważna. Znajdowaliśmy się na przełomie rund inwestycyjnych – skończyły nam się pieniądze z jednej, nie mieliśmy jeszcze środków finansowych z drugiej, więc ta nagroda pozwoliła nam na zachowanie płynności w spółce i zaoszczędziła nam wiele problemów, które mogły się wtedy pojawić. Wbrew pozorom więc, warto było o te 12,5 tysiąca euro zawalczyć!

Nie macie takiego wrażenia, zwłaszcza w kontekście hardware’owych startupów, że zdobywanie publicity zanim produkt znajdzie się na rynku, może być ryzykowne? Na pewno słyszał Pan o tej słynnej wyciskarce do soków z Doliny Krzemowej, która pozyskała setki milionów dolarów na rozwój, po czym okazała się kompletnym niewypałem.

Nasze założenia są takie, że należy komunikować regularnie, na jakim etapie jesteśmy, ponieważ funkcjonujemy na rynku już kilka lat, pisze się o nas, więc cisza po pozyskaniu tych milionów mogłaby zadziałać na naszą niekorzyść. Widzę te komentarze: “przecież takie urządzenie można stworzyć w pół roku!” (śmiech). Dlatego zależy nam na transparentności także, a może zwłaszcza, w okresie developmentu. Przykład tej wyciskarki nie jest dobrą analogią – to jest wyjątek, pewna patologia, która dla osób ze środowiska od samego początku wydawała się podejrzana. Nikt do końca nie rozumiał, z czego wynikał poziom ewaluacji i rundy finansowania, od początku więc coś mi tam nie pasowało.

Ale oczywiście nie zapominamy o statystykach, które mówią o tym, że wypala 1 na 10 startupów lub wręcz 1 na 100. To również nas to dotyczy – pracujemy w świecie wysokich innowacji, tworzymy unikalne na skalę globalną rozwiązanie i wiąże się to z oczywistym ryzykiem. I choć wszyscy jesteśmy go świadomi, mamy mocne podstawy by wierzyć, że osiągniemy sukces.


Ten wywiad powstawał w ramach współpracy medialnej z tegoroczną edycją InfoShare. Zarezerwuj bilet dla siebie i dołącz do całej branży, która będzie tam w dniach 22-23 maja!

Do góry!

Polecane artykuły

18.12.2018

Przed nami 5. edycja Pipeline Summit

Zapisz się do naszego newslettera

Wyślij mi newsletter (Możesz się wypisać w każdej chwili).

email marketing powered by FreshMail
 

Subscribe to our newsletter

Send me your newsletter (you can unsubscribe at any time).

email marketing powered by FreshMail
 

Subscribe to our newsletter

email marketing powered by FreshMail