Edukacja na miarę XXI wieku. Magiczny Dywan jest już w 20 krajach i nie jest to ostatnie słowo Funtronic

22.11.2017 AUTOR: Marta Wujek

Zaczynali w garażu, a dziś ich produkt jest w 20 krajach na całym świecie. Projekt zapoczątkowały trzy osoby, teraz zatrudniają 20 osób. Początkowo ich rozwiązanie miało być przeznaczone do zabawy, a obecnie rozszerzyli ofertę o edukację, naukę kodowania oraz rehabilitację. Mowa o warszawskiej firmie Funtronic, produkującej Magiczny Dywan. Jest to rozwiązane dedykowane najmłodszym, dzięki któremu dzieci mogą uczestniczyć w interaktywnej przestrzeni, ale nie siedząc przed komputerem. Postanowiłam zapytać Macieja Mazurkiewicza, Prezesa Zarządu firmy o to, co było najtrudniejsze w ich projekcie, w jaki sposób zdobyli pierwszych klientów i  jak udało im się przeprowadzić tak szeroką ekspansję.


Marta Wujek, Marketing i Biznes: Jak wyglądała pierwsza wersja Magicznego Dywanu?

Maciej Mazurkiewicz, Prezes Zarządu Funtronic: Był to typowy prototyp, tzw. elektroniczny pająk. Miał postać projektora, z którego wystawało mnóstwo kabelków, różnego rodzaju elementów i wisiał w garażu na suficie. Co ciekawe,  pierwszymi testerami były nasze dzieci i trzeba przyznać, że miał kto testować łącznie, jako zarząd, mamy jedenaścioro dzieci.

Jak długo prototyp wisiał w garażu?

Cały proces projektowania trwał niecałe 6 miesięcy. Wspomniany „pająk” na suficie wisiał dwa miesiące. Na horyzoncie pojawił się potencjalny dystrybutor, który chciał bardzo szybko go zobaczyć. Właśnie dlatego musieliśmy w ekspresowym tempie zakończyć etap jego budowania. Chcieliśmy  jak najszybciej zaprezentować kontrahentowi działające urządzenie. Pojawiła się szansa na sprzedaż, więc należało ją wykorzystać. Nie było na co czekać.

Jak ten dystrybutor na Was trafił?

Współpracowaliśmy z nim już przy okazji innego produktu. Wcześniej również tworzyliśmy pomoce edukacyjne, m.in. tablice interaktywne. W momencie, kiedy stworzyliśmy nowy projekt, zgłosiliśmy się do wspomnianego partnera i opowiedzieliśmy mu o naszym pomyśle. Prezes tej firmy jest wizjonerem i jak tylko zobaczył Magiczny Dywan powiedział: jeżeli będzie taka cena, taka liczba gier i w takim czasie będzie dostępny produkt, to ja go biorę na wyłączność. Tak doszło do naszej pierwszej transakcji.

Skąd pomysł na taki produkt?

Oczywiście od początku chodzi o dobro dzieci. Była to nasza główna motywacja i inspiracja. Dodatkowo jesteśmy zaangażowani w projekt edukacyjny non-profit, w ramach którego prowadzimy edukację w szkołach i przedszkolach. Połączyliśmy doświadczenie z naszą wiedzą na temat nowych technologii i ich wpływu na najmłodszych. Tak jak wspomniałem, mamy dużo dzieci i widzimy co wszechobecne ekrany z nimi robią i jakie są tego plusy oraz minusy.

Właśnie dlatego szukaliśmy rozwiązania, które będzie interaktywne, czyli wpisujące się we współczesną rzeczywistość najmłodszych. Z drugiej strony nie chcieliśmy, żeby był to kolejny ekran, przed którym dzieci będą tylko przesiadywać. Naszym celem było więc stworzenie urządzenia, które połączy nowe technologie z aktywnością fizyczną i będzie nie tylko bawić, ale także uczyć.

edukacja
Marketing i Biznes

Z jakimi trudnościami w tym projekcie musieliście walczyć? Co technicznie było najtrudniejsze?

Wydaje mi się, że najtrudniejsze było opracowanie algorytmu wykrywania ruchu. Początkowo sprawdzaliśmy, czy jest coś takiego na rynku. Mówiąc kolokwialnie, nie chcieliśmy wywarzać drzwi, które były już otwarte. Wtedy na rynku  panowała tendencja, by wszystko robić na kinekcie, który był bardzo popularny. Próbowaliśmy tworzyć na nim nasze rozwiązanie, ale okazało się, że nie był wystarczająco czuły i precyzyjny – przynajmniej jak na nasze potrzeby. Właśnie dlatego ostatecznie sami musieliśmy stworzyć algorytm i tu było najwięcej problemów. Zresztą tu mogę dodać, że dostaliśmy za to sporą premię.

Premię?

Tak, gdy zaczęliśmy produkcję Magicznego Dywanu, zgłosił się do nas partner holenderski. Firma, która miała bardzo podobny pomysł do naszego, z tą różnicą, że oni chcieli za pomocą urządzenia pomagać osobom z demencją starczą. Podobna idea do naszej, ale skierowana do seniorów. Mieli pomysł, ale brakowało im hardware’a. Również próbowali na kinekcie, jednak to do końca nie działało. Wtedy zgłosili się do nas. Pojechaliśmy z naszym sprzętem do Holandii i okazało się, że nasze rozwiązanie jest dokładnie tym, czego potrzebują. Podpisaliśmy umowę i od tamtego momentu dostarczamy im naszą skrzyknę, do której oni dokładają własne oprogramowanie.

Jak na Was trafili?

Za pomocą Internetu. Szukali potencjalnego partnera w jednej z popularnych wyszukiwarek i tak trafili na naszą firmę.

Jak ocenia Pan kondycję polskiego rynku technologicznego ogólnie?

Myślę, że nasz rynek technologiczny trzeba rozdzielić na dwie płaszczyzny. O tym, że jesteśmy liderem w zakresie software, nikogo nie trzeba przekonywać. Mamy świetne firmy, które robią super gry, a nasi studenci wygrywają różne konkursy branżowe. Natomiast jeżeli chodzi o hardware, to jest to bardziej skomplikowana sprawa. Jest zdecydowanie trudniej.

Dlaczego?

Bo przy produkcji potrzebny jest efekt skali. Technicznie rzecz biorąc, nie ma żadnych kłopotów, żeby zaczynać w Polsce. Mamy bardzo dobre firmy podwykonawcze, które potrafią montować elektronikę, tworzyć płytki drukowane, posiadają maszyny do montażu powierzchniowego itd. Natomiast na końcu zawsze jednak jest kalkulacja. Znam wiele polskich firm, które mają własny know-how, ale wysyłają wszystko do Chin i tam montują.

No tak. Bo taniej.

Niby tak, ale nie zawsze.

Jako to?

Nasz przypadek pokazuje, że taka produkcja w Azji wcale nie musi być tańsza.  Warto też zaznaczyć, że decydując się na produkcję w Polsce mamy kontrolę nad całym procesem. Produkt we wczesnej fazie wymaga mnóstwa zmian. Jeżeli mamy produkt dojrzały, albo kupujemy franszyzę, to jest to łatwe. Wtedy można wysłać go do Chin, bo proces jest w miarę powtarzalny. W przypadku, gdy produkt ewoluuje i cały czas zmienia się, to takie rozwiązanie kompletnie nie działa.

Nasz produkt taki jest, więc jak wszystko podliczyliśmy okazało się, że koszty produkcji Magicznego Dywanu u nas i w Chinach są podobne. Więc dlaczego nie robić tego tutaj? Po pierwsze mamy, jak wspomniałem, kontrolę nad całym procesem. Po drugie dajemy pracę Polakom, co też jest dla nas ważne. No i po trzecie efekt skali jest pod naszą kontrolą.

To skąd problemy innych firm technologicznych zajmujących się hardware’m?

Produkcja hardware wymaga dużej, typowo inżynierskiej wiedzy. Studia, które przygotowują do pracy w większości przypadków skupiają się albo na teorii, albo na programowaniu. Przy czym to drugie jest dość łatwe. Oczywiście bez dyskredytowania żadnego zawodu, ale jeżeli ktoś ma predyspozycje to nie ma przeszkód, by został programistą. Wystarczy komputer i cierpliwość.

Tak samo można powiedzieć o elektronice… chcieć to móc.

Nie do końca. Żeby budować elektronikę trzeba naprawdę dużo ćwiczyć, a to kosztuje. Trzeba mieć pieniądze na niezbędne elementy, trzeba być kreatywnym, żeby coś wymyślać i mieć do tego motywację. Jeżeli chodzi o zlecenia dla informatyków to jest ich cała masa. Mamy niszę na rynku w tej branży, więc niemal każdy informatyk w naszym kraju, jeśli chce to znajdzie pracę. Natomiast w przypadku elektroników mało jest zleceń na rynku typu: opracowanie konkretnej płytki czy rozwiązania. Absolwenci elektroniki, jeśli nie mają worka pieniędzy w kieszeni, to tak naprawdę nie mają gdzie się uczyć.

edukacja
Marketing i Biznes

Więc pewnie ciężko było zbudować zespół?

Bardzo długo szukaliśmy odpowiednich osób. Mamy młody zespół, w większości są to ludzie prosto po studiach, którzy rzeczywiście chcieli robić elektronikę. My im pomagamy, inwestujemy w nich, staramy się dawać im jak najwięcej projektów, żeby mogli ćwiczyć. Pozwalamy im zepsuć wiele elementów elektronicznych, bo na tym to polega. Mamy na to specjalny budżet rozwojowy i stać nas na to, aby nasi pracownicy ciągle się rozwijali.

Według naszego doświadczenia kluczem do sukcesu w każdej firmie są po pierwsze ludzie, po drugie ludzie i po trzecie… ludzie. Wszystkie strategie, biznesplany, tabelki są ważne, ale nie mają żadnego znaczenia w sukcesie firmy. Zespół jest największą wartością dodaną. My jesteśmy bardzo szczęśliwi, że mamy wspaniały zespół ludzi, którzy są bardzo odpowiedzialni i związani z misją firmy. To właśnie klucz do naszego sukcesu.

Wielu przedsiębiorców ma problem z pracownikami. Dlaczego?

Ludzie, którzy dziś kończą studia mają wiedzę teoretyczną, ale niestety zero praktycznej. My robimy bardzo prosty test, jak ktoś do nas przychodzi to pytamy go: czy umiesz lutować. Jeżeli mówi, że tak, stawiamy przed nim lutownicę, dwa kable i prosimy o zlutowanie. Jeśli przechodzi test, zapraszamy go do zespołu i dalej pracujemy nad jego rozwojem.

Ile osób zatrudniacie w tym momencie?

20 osób.

A poza zdobyciem zespołu, co jest najtrudniejsze w budowaniu startupu hardware’owego?

Myślę, że wpływ na to mają dwa elementy. Po pierwsze kontrola przepływów finansowych, a po drugie zapewnienie stabilnego grona dostawców elementów. To jest bardzo trudne, ponieważ część elementów czy podzespołów niestety można kupić tylko w Chinach.

Bo u nas się ich nie produkuje?

Dokładnie tak. Nawet jeśli kupujemy w polskiej firmie, to ona i tak ściąga produkty z Chin. Dodatkowo pojawia się problem powtarzalności. Wiele razy zdarzało się nam, że dostawaliśmy partię tego samego elementu elektronicznego, z tymi samymi oznaczeniami, która miała zupełnie inne parametry. Bez względu na to, czy ściągamy to od dostawcy z Polski, czy bezpośrednio z Chin to proces reklamacji, czy zamówienia kolejnej partii wiąże się z ogromnym opóźnieniem czasowym. Właśnie dlatego, tak jak powiedziałem na początku, musimy mieć spory zapas gotówki i spory magazyn części, tak by być zabezpieczonym na najbliższe 3-4 miesiące produkcji.

edukacja
Marketing i Biznes

W jaki sposób zbadaliście rynek pod kątem zapotrzebowania na Wasz produkt?

Nie ukrywam, że nieco zaryzykowaliśmy. Hipoteza jako taka wynikała z naszego doświadczenia ojcowskiego. Założyliśmy, że w szkołach, do których chodzą nasze dzieci, zarówno rodzice, jak i nauczyciele mogą być zainteresowani produktem, który nie będzie ekranem. To była ryzykowna decyzja, jednak z perspektywy czasu możemy przyznać, że słuszna.

Założyliście, że to się uda i co dalej?

W momencie, gdy stworzyliśmy prototyp i miał on już swoje pierwsze testy wykonane przez nasze dzieciaki, poszliśmy z nim do zaprzyjaźnionych szkół i przedszkoli. Powiesiliśmy u nich urządzenie i testowaliśmy. Patrzyliśmy jak zachowują się dzieci. To właśnie one i ich reakcje były najważniejsze. Obserwowaliśmy, jak dzieci się bawią, co robią, jak reagują na polecenia Magicznego Dywanu itd. Sposób świecenia i mechanizm wykrywania ruchu modyfikowaliśmy właśnie pod nie.

Zrobiliśmy to może trochę odwrotnie niż pokazują podręczniki, bo dopiero po testach z dziećmi konsultowaliśmy nasze rozwiązanie z nauczycielami. Dopiero po tym, jak mieliśmy pewność, że produkt działa i podoba się dzieciom wiedzieliśmy, że trzeba teraz do niego dołożyć odpowiednie treści i tu już potrzebowaliśmy fachowców od treści edukacyjnych.

A pomysł na rehabilitację?

W pół roku od premiery pojawił się wątek rehabilitacji. Tu już nauczyciele sami nam podpowiedzieli, że nowe technologie są pewnego rodzaju barierą dla dzieci z dysfunkcjami. Wtedy stworzyliśmy osobny rodzaj treści, właśnie dla takich dzieci.

Okazało się, że to świetnie się sprawdza. Pojechaliśmy kiedyś na zaproszenie do jednej ze szkół, która wyposażyła się w nasz Magiczny Dywan z myślą o chorych dzieciach. W pierwszej klasie integracyjnej było dziecko, które nie mówiło, ponieważ było wewnętrznie zablokowane. Po tygodniu ćwiczeń na naszym Dywanie to dziecko zaczęło mówić! Nasze urządzenie oddziałuje na wszystkie zmysły jednocześnie, to pozwoliło na przełamanie blokady u tego dziecka.  Mieliśmy okazję spotkać się z rodzicami tego malucha. To było bardzo budujące, kiedy widzieliśmy łzy w oczach rodziców. I nie ukrywam, że sami też płakaliśmy.

Czyli ogromny sukces nie tylko biznesowy, ale również w sensie misji?

Zdecydowanie tak. To jest naprawdę wspaniałe uczucie, kiedy widzi się, że praca, która jest pasją, sprawia innym radość i pomaga im w życiu codziennym.

Żadnych innych testów nie robiliście?

Nie. W naszym przypadku trochę wynikało to z faktu, że sukces bardzo szybko się pojawił. W związku z tym, musieliśmy się skupić na natychmiastowym zwiększeniu możliwości produkcyjnych niż na dalszym testowaniu

W jaki sposób można testować hipotezę przy młodym biznesie opierającym się na konkretnym sprzęcie, na który trzeba zapewne przeznaczyć spore nakłady?

Najlepiej przyjść do nas albo innych firm z branży. Bardzo chętnie spotykamy się z młodymi startupami. Chętnie radzimy, pokazujemy nasze zaplecze, a nawet oferujemy współpracę. Jeżeli mają pomysł, my możemy pomóc, bo mamy gotową infrastrukturę do testów i produkcji. Więc dla mniejszych firm lepiej jest szukać tych większych, które wezmą je pod swoje skrzydła. A rodzajów form współpracy jest bardzo dużo. Nie ukrywajmy, że możliwości finansowe i produkcyjne to największy problem małych firm.

edukacja
Marketing i Biznes

Młode startupy powinny wypuszczać gotowy produkt, czy jeszcze w fazie testów?

Jeżeli chodzi o rynek polski można to robić krok po kroku pod warunkiem, że produkt jest już zamknięty i działający. U nas było podobnie, ponieważ najpierw wypuściliśmy Magiczny Dywan, który miał na celu zabawę, a dopiero potem dokładaliśmy konkretne treści związane z edukacją i rehabilitacją.

Ostatnio nawet wypuściliśmy pakiet „Funkodowanie”, który pozwala na naukę programowania bez używania komputera, co przy obecnej reformie edukacji cieszy się bardzo dużą popularnością wśród polskich szkół. I właśnie na tego typu uzupełnianie treści można sobie jak najbardziej pozwolić. Natomiast odradzałbym ryzykowanie niepewnych konstrukcji sprzętowych, bo to się odbija czkawką. Jeżeli produkt nie do końca działa sprawnie technicznie, to te urządzenia i tak wrócą do serwisu i wtedy będzie jeszcze gorzej. Po pierwsze zostaje zła opinia, a po drugie serwis jest bardzo kosztowny.

Jak zabrać się za budowanie strategii ekspansji?

Przede wszystkim musimy być pewni, że produkt jest w 100 proc. gotowy. To znaczy musi działać i musi być stabilny. Najlepiej, jeśli przez jakiś czas testowany jest u klientów, czyli wiemy jaki jest procent ewentualnych uszkodzeń. Poza tym trzeba przygotować pełną dokumentację w przynajmniej jednym języku obcym, najlepiej angielskim.

Dodatkowo, produkt musi mieć wszelkiego rodzaju badania i certyfikaty, które są potrzebne na danym rynku. Co najmniej znak CE i certyfikat ISO dla firmy. I dopiero jak spełniamy te warunki, możemy myśleć o jakiejkolwiek ekspansji. Kwestie bezpieczeństwa u nas są bardzo ważne, ale poza granicami naszego kraju są jeszcze ważniejsze.

Czyli trzeba być zabezpieczonym?

Kiedy wychodziliśmy poza granice, każdy nas pytał o to czy Magiczny Dywan jest bezpieczny, czy on nie spadnie. Właśnie dlatego m.in. sami produkujemy wieszaki do naszych urządzeń. Są one u nas badane i certyfikowane, dzięki czemu mamy pewność, że….

Jesteśmy pewni swojego urządzenia i jego bezpieczeństwa. Co dalej?

Następnie warto skupić się na konkretnych krajach. W zależności od produktu patrzymy na liczbę mieszkańców, zamożność oraz wielkość rynku, w którym chcemy działać. W naszym przypadku to jest edukacja i rehabilitacja – czyli rynki zawsze pojemne w każdym kraju. Proces jest długotrwały i kosztowny, więc lepiej jest skupić się na kilku wybranych państwach.

Jakie popełniliście błędy przy Waszej ekspansji?

Przede wszystkim na początku szliśmy zbyt szeroko. Nie skoncentrowaliśmy się na wybranych krajach, chcieliśmy być wszędzie. Myślę, że wynikało to z tego, że byliśmy młodzi i niedoświadczeni oraz  – tak naprawdę – robiliśmy wszystko trochę na wyczucie.

Co jeszcze jest ważne?

Tak naprawdę wszystko zależy od znalezienia partnera lokalnego – to jest klucz do sukcesu. Bo nam, z Polski, nie zawsze łatwo jest poznać specyfikę danego kraju. Taki partner pomoże w dopasowaniu językowym i zwróci uwagę na różnego rodzaju obostrzenia, które obowiązują w danym kraju, w naszym przypadku m.in. często wynikające z programu edukacji.

edukacja
Marketing i Biznes

Jak szukać takiego partnera?

Warto korzystać z pomocy naszych ambasad i Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tam są konsultanci handlowi, którzy chętnie pomagają. Warto również pisać do ambasady danego kraju. Przedstawić własną osobę, firmę i produkt oraz poprosić o wsparcie. Zagraniczne ambasady często są w stanie doradzić odnośnie listy potencjalnych klientów w danym kraju i pomóc zorganizować spotkanie. To bardzo pomaga, bo nie jesteśmy wtedy – jako firma – anonimowi, z ulicy.

A Wy jak weszliście na pierwsze rynki zagraniczne?

Najpierw szukaliśmy kontaktów w największych krajach jak Niemcy, Francja, Hiszpania i Włochy. Również prosiliśmy ambasady o pomoc. Dostawaliśmy listę firm, dzwoniliśmy i pisaliśmy do nich i tak pozyskaliśmy partnera w Hiszpanii. We Włoszech było zupełnie inaczej. Poprzez nasze działania w przestrzeni internetowej włoski partner sam nas znalazł. Był on dystrybutorem różnych produktów interaktywnych przeznaczonych do sal zabaw. Przyleciał do nas zobaczyć nasze urządzenie i podpisaliśmy umowę na dystrybucję. Tak więc bywało różnie.

W ilu krajach jesteście obecnie?

W 20.

A gdzie było najtrudniej wejść?

Myślę, że najtrudniej było dostosować się do naszych zachodnich sąsiadów, czyli Niemiec.

Dlaczego?

Tam rynek jest bardzo hermetyczny i wymagający. Niemcy wymagają absolutnej precyzji, wysokiej jakości i… wysokich cen produktów! Jak coś jest tanie, to na pewno nie będzie kupowane. I tu też zrobiliśmy błąd, bo na początku wystartowaliśmy ze zbyt niską ceną i nie wiedzieliśmy, dlaczego się nie sprzedaje. Później zostaliśmy uświadomieni, że to nie może być takie tanie, ponieważ droższy produkt wzbudza zaufanie u niemieckiego klienta.

To powinno akurat cieszyć…

No tak, to bardzo cieszy (śmiech). Jednak na początku nie było nam do śmiechu.

edukacja
Marketing i Biznes

A jak prowadzicie marketing zagraniczny?

Marketing bardzo dużo kosztuje. Gdybyśmy chcieli sami się tym zajmować, musielibyśmy mieć osobny budżet przeznaczony na to w każdym kraju. Raczej staramy się inwestować w Polsce w przestrzeń internetową, bo to promieniuje na cały świat.  Biorąc pod uwagę ogromną diasporę Polaków rozsianą po całym świecie, to wychodzi nam to na dobre. Mamy bardzo dużo kontaktów od Polaków, którzy mieszkają poza granicami naszego kraju, a którzy chcą wziąć nasz produkt w dystrybucję.

No ale jakiś marketing zagraniczny musi być.

Umowy, które podpisujemy z partnerami zagranicznymi zakładają bardzo atrakcyjne ceny hurtowe dla partnera. Jeżeli oczywiście on decyduje się wziąć na siebie koszty marketingu w danym kraju. Płacimy poniekąd za marketing, ale w ten sposób, że zmieszamy swoją marżę.

Jakie macie dalsze plany?

W tej chwili planujemy wyjść poza Europę. Już zdobyliśmy pierwszy przyczółek w Stanach Zjednoczonych, które są bardzo trudnym rynkiem. Mamy tam już pierwsze urządzenia. Poza tym ostatnio, wbrew naszym planom, zachęca nas Afryka. Mamy już dwóch partnerów stamtąd, z którymi prowadzimy rozmowy i zobaczymy co z tego wyjdzie. Zainteresowanie jest duże i bardzo nas to cieszy.

A dlaczego rynek w Stanach jest trudny?

Po pierwsze jest daleko. Po drugie ma swoją specyfikę wymagań, certyfikatów bezpieczeństwa. I po trzecie, wymaga specjalnej logistyki z naszej strony.

To znaczy?

Elektronika ma to do siebie, że się psuje. W związku z tym musimy mieć tam bardzo silnego partnera albo wręcz swój własny ośrodek serwisowy. Musimy mieć możliwość wsparcia naszych urządzeń za oceanem.

A jak trafiliście do Stanów?

Za tym również stoi historia wyciskająca łzy z oczu. Napisała do nas mama Jane, dwunastoletniej, amerykańskiej dziewczynki. Jane cierpi na porażenie mózgowe. Nie chodzi, nie słyszy, nawet nie jest w stanie sama się ubrać. Jej mama zabrała ją do Rzymu na terapię to centrum leczenia dzieci z porażeniem mózgowym, w którym są dwa nasze urządzenia. Okazało się, że ta dziewczyna fantastycznie reaguje na Magiczny Dywan w procesie terapii.

Jej mama, zachwycona efektami leczenia, zamówiła urządzenie do siebie do domu. A informacja o Magicznym Dywanie zaczęła się rozchodzić w szkole Jane oraz wśród rodziców, którzy mają dzieci z podobnymi dysfunkcjami. Nasz przedstawiciel już u nich był. Teraz musimy się przygotować od strony logistycznej i poszukać partnera, który będzie nas wspierać technicznie i handlowo. Pierwszy krok został już zrobiony i mamy nadzieję, że za kilka miesięcy będziemy mogli już więcej opowiedzieć o naszym „American Dream”.

Biznes z misją? Od początku było takie założenie?

Oczywiście! Od samego początku chcieliśmy wykorzystywać nowe technologie do edukacji dzieci. Jednocześnie staraliśmy się tłumaczyć nauczycielom i rodzicom jak należy korzystać z nowinek, aby nie zrobić dzieciom krzywdy. Wiadomo, że unieruchomione dziecko przed małym ekranikiem, nie będzie rozwijać się tak jak powinno. Stąd też, od początku stawiamy na aktywność fizyczną, zabawę i współpracę w grupie. Natomiast kwestia rehabilitacji zrodziła się trochę przypadkowo, jednak jak pokazało wiele ludzkich historii, którym pomogło nasze urządzenie, będziemy dalej rozwijać się w tym kierunku. Naprawdę wielką przyjemnością jest tworzyć biznes, w którym nie tylko rozwijamy się zawodowo, ale przede wszystkim pomagamy ludziom wokół nas.

Do góry!

Polecane artykuły

21.09.2020

Jak reklamować w internecie swój sklep internetowy w dobie ...