Kozierowska: Kobiety były zamykane w gettach marketingu i HR-u

22.12.2017 AUTOR: Marta Wujek

Była pierwszą osobą w Polsce, która postanowiła realnie wesprzeć kobiecą przedsiębiorczość. Dziennikarka, mentorka, działaczka społeczna. Oczywiście mowa o Oldze Kozierowskiej, założycielce organizacji Sukces Pisany Szminką. Pomaga kobietom uwierzyć w siebie, a Polakom opowiada o ich sukcesach, które są równie spektakularne, jak te męskie. Postanowiłam porozmawiać z Olgą i dowiedzieć się skąd bierze na to wszystko energię i siłę. Na rozmowę zostałam zaproszona do siedziby Sukcesu Pisanego Szminką.


Kim chciała Pni zostać w przyszłości, będąc dzieckiem?

Whitney Houston

Piosenkarką?

Tak, śpiewałam od kiedy pamiętam. Nawet mam do tej pory kasety ze swoimi starymi nagraniami, na których grałam na gitarze z plastikowymi strunami. Komponowałam własne piosenki. To było dla mnie trochę terapeutyczne, ponieważ w dzieciństwie przeżywałam trudne momenty. Śpiewanie było dla mnie muzykoterapią.

To było tylko dziecięce marzenie, czy coś więcej?

Rzeczywiście miałam głos, który był podziwiany i bardzo szybko zauważony, bo już w szkole podstawowej. Występowałam więc na wszelkiego rodzaju koncertach i konkursach. Nauczycielka od muzyki zachęciła moich rodziców, żeby posłali mnie do szkoły muzycznej. Tak też się stało, jednak nie miało to nic wspólnego ze śpiewaniem, ponieważ trafiłam na skrzypce.

Dlaczego nie wokal?

W muzycznej szkole podstawowej takich możliwości nie było a pod koniec liceum nie miałam w sobie ani odpowiedniego poczucia własnej wartości, sprawczości, ani siły, żeby do tego śpiewu wrócić. Kiedy był moment że można było tę decyzję podjąć, to zostałam na tym polu sama i nie zawalczyłam o to. Wtedy była jedna jedyna szkoła piosenki jazzowej w Katowicach. Mama powiedziała, że to nie dla mnie, że nigdzie nie pojadę i tak zostałam z tymi skrzypcami, które były moim marzeniem pozornym. Dlatego też dziś już na nich nie gram. Chyba, że kolędy na wigilii.

Żałuje Pani?

Nie, nie mogę tak powiedzieć. Żałuję jedynie tego, że byłam tak bardzo kategoryczna. Skoro nie mogłam śpiewać, to kiedy chodziłam na jakieś koncerty, było mi tak smutno, że w pewnym momencie wyjęłam to ze swojego życia. Teraz wróciłam do muzyki, jest  odskocznią. Wiem oczywiście, że to co dziś robię, prowadzenie Fundacji, jest z powołania, jest moją misją. Dziś naprawdę mam poczucie, że to jestem ja, cała ja.

Ma Pani 3 dzieci. Czy stosuje Pani w ich wychowywaniu elementy, które wzmacniają poczucie własnej wartości – jakie i dlaczego?

Tak. Robię to po pierwsze, dlatego że jestem świadomą mamą i mam sporo wiedzy. Po drugie ponieważ sama byłam dzieckiem, które tak naprawdę do tej pory boryka się momentami ze swoją podświadomością, która mówi: „wcale nie jesteś taka fajna”. Uważam, że jest to bardzo ważne. Pewne postawy i nawyki wynosimy z domu. Nawet nawyki komunikacji, które niestety bardzo często w przyszłości nie budują, a niszczą. Cały czas komunikujemy się pod tytułem:  Ty.

Ty?

„Ty zrób, Ty nie rób.” Takich komunikatów cały czas słuchamy w dzieciństwie. Jesteśmy przepytywani, a nie słuchani. W pewnym momencie, siłą rzeczy sami zaczynamy w ten sam sposób komunikować się z innymi ludźmi.

A konkretnie – co Pani robi?

Staram się nie oceniać ale okazywać uwagę i zaangażowanie. Nagradzać za wysiłek a nie tylko rezultat. Skupiać się na 6 a nie na 1. Choć to łatwe nie jest… ostatnio też bawię się z dziećmi w obrazowanie emocji. Dzieci, a zwłaszcza te małe, nie potrafią zakomunikować nam tego, co tak naprawdę czują, bo nie potrafią nazwać uczuć, nie rozumieją ich. W grze wykorzystuję techniki Poits of You, to metoda, którą zgłębiłam całkiem niedawno. Metoda pracy z obrazami, pokazującymi inną perspektywę.

Nie robię też rzeczy za moje dzieci, nie rozwiązuje za nich ich problemów. Bo to zabiera dzieciom poczucie sprawczości, a doprowadza do oddania kontroli za swoje szczęście innym. To jest ogromny błąd rodziców pokolenia X czy Baby Boomers, czyli: „nie mam dla ciebie czasu, to kupię ci to czego chcesz, pojadę do szkoły i okrzyczę nauczycielkę, bo dała ci 3, a nie 5 a ja płace za szkołę więc wymagam, rozmówię się z Piotrusiem, bo się z nim pokłóciłeś, wybiorę Ci studia bo nie wiesz co dla ciebie dobre… ” itd.. Efekty tego widzimy już na rynku pracy,  mamy coraz więcej młodych ludzi, którzy nie pracują, nigdy nie podjęli nawet próby, by tę pracę pozyskać i siedzą w domu na garnku rodziców i uwaga… są bardzo z tego zadowoleni!

kobieca przedsiębiorczość
fot. mat. pras.

A młode kobiety nadal mają problem z poczuciem własnej wartości? Czy coś się zmieniło?

Z jednej strony zmienia się, bo świadomość jest większa. Mamy teraz psychologów, którzy pojawiają się w telewizji śniadaniowej i mówią nam jak żyć, jest też mnóstwo mądrych książek. No więc powinno się to zmienić. Co prawda nie dysponuję wielkimi badaniami, natomiast kiedy patrzę i słucham kobiet, które przychodzą do nas na różnego rodzaju szkolenia, to nie widzę żeby coś się diametralnie zmieniło, nadal pokutuje przekonanie: nie jestem wystarczająco dobra, ładna, zdolna, wyedukowana….

Dlaczego tak jest?

Na poczucie własnej wartości wpływa nie tylko to jak jesteśmy wychowani przez rodziców i to jakie komunikaty słyszymy o sobie, ale także nasze doświadczenia. Czasem wystarczy jedna niefajna nauczycielka w szkole, która będzie nas tłamsić i wzmacniać w nas poczucie, że się do czegoś nie nadajemy. Szczególnie jest to przeszkodą,  w momencie, gdy obszar ten dotyczy tego, co chciałybyśmy robić, o czym marzymy i potem przez lata nie sięgamy po to, bo przeszkadza nam negatywne przekonanie. Wynikowa myśli, a nie faktów.

Jest Pani bardzo zajętą osobą. Jak wygląda Pani typowy dzień?

Obecnie celebruję posiadanie aplikacji UBER (śmiech).

Dlaczego?

Wcześniej sama woziłam starszego syna do szkoły. Więc poranek był zdecydowanie bardziej nerwowy, szczególnie jak pojawiały się korki. Teraz dzięki temu, że jest UBER mam poczucie bezpieczeństwa, bo widzę na aplikacji gdzie on jest, o której dojeżdża do szkoły. mam kontrolę ale nie muszę pędzić, stać w korkach. Mam zupełnie inny poranek i to rzeczywiście wpływa na rytm reszty dnia.

Ostatnio również, nawet tutaj w biurze, ćwiczymy tzw. pauzy i to też bardzo dobrze wpływa na głowę. Moje życie jeszcze do niedawna wyglądało tak, jak życie przeciętnej Polki, która posiada dzieci i pracuje. Czyli cały czas deadliny, odhaczanie zadań i ciągły bieg. Ogromna ilość obowiązków, nerwów i stresu. Początkowo kiedy szukałam rozwiązania tej sytuacji, to myślałam, że trzeba coś wykreślić ze swojego planu dnia, czegoś trzeba się pozbyć. Natomiast okazało się, że nie w tym rzecz, nie o to chodzi żeby wykreślać. Dzieci nie wykreślę, męża, domu też nie, pracy też nie, jakiś miłych rzeczy, które lubię również nie, bo dlaczego znowu mam rezygnować z siebie.

To jakie jest rozwiązanie?

Okazało się, że to jest stan umysłu. Jeżeli w głowie jest inny rytm, to po prostu nie biegniemy, a idziemy spacerem. Wystarczy kilka prostych ćwiczeń. Na przykład w środku dnia wprowadzenie 10 – 15 minutowej pauzy. Ja nie mówię o medytacji! Mówię o tym, żeby usiąść na tyłku, postawić równo nogi, przymknąć oczy i posłuchać muzyki, która nas zrelaksuje, skupić się na swoim oddechu. Po prostu uspokoić umysł. Na początku jest trudno ale za 3 czy 4 razem umysł aż pragnie tej pauzy. Można też zastosować proste ćwiczenie tak zwanej uważności, komunikowania się ze swoim ciałem. Co jakiś czas przekierować uwagę na np. swoje palce u stóp, poczuć je. To nic innego jak uziemienie się – jestem tu i teraz.

Bo my nie jesteśmy tu i teraz, my ciągle jesteśmy 30 kroków do przodu głową albo 30 kroków do tyłu i życie ucieka między palcami… po prostu ucieka! Żyjemy, ale nie jesteśmy. Dlatego powiedziałam sobie dość, bo ja nie chcę tak żyć przez kolejne 30 lat. Chcę  naprawdę być. Skupić się na tym, że stroik na stole jest zielony, na tym jaki ma zapach, na tym że ty masz oczy umalowane w srebrno-czarnym kolorze, że jestem tu z tobą, a nie gdzieś tam.

I to wystarczy? Zatrzymać się kilka razy w ciągu dnia i rozejrzeć się dookoła?

To naprawdę czyni cuda. Wtedy zaczynamy funkcjonować inaczej. Nie latasz z wywieszonym językiem. Zastanawiasz się dwa razy zanim coś zrobisz, umiesz łatwiej oddzielić rzeczy pilne od ważnych. Bo pilne to jest interes innych ludzi, a ważne to jest to, co jest istotne dla ciebie i przybliża cię do Twojego celu.

No ale doba ma tylko 24 godziny…

Oczywiście jeżeli wsadzisz w swój plan dnia za dużo, to się po prostu nie uda i będziesz codziennie sfrustrowana. Więc jednocześnie chodzi też o to, żeby samemu się nie dokręcić.

A korzysta Pani z jakiś aplikacji do organizacji czasu?

Nie. Próbowałam ale to jest dla mnie kolejny obowiązek. Jedyne z czego korzystam to kalendarz Google. Sprawdzałam różne aplikacje, które mają ćwiczyć Mindfulness ale aplikacja i Mindfulness dla mnie osobiście, subiektywnie nie idą w parze.

Co jest dzisiaj dla Pani najważniejszym projektem, na co poświęca Pani najwięcej czasu?

Myślę, że najważniejszym naszym społecznym projektem jest Sukces To Ja, czyli największy program aktywizacji zawodowej kobiet, który obecnie prowadzimy. Jest to dla mnie jednocześnie bardzo wzruszający projekt. No i drugi, który prowadzimy już od 9 lat, czyli Konkurs Businesswoman Roku i to jest nasza gwiazda w portfolio, mogłabym rzec. Oprócz tego zaczynamy teraz projekt dla młodych, dla kobiet i mężczyzn na 1-5 roku studiów. W jego ramach będziemy pomagać im odnaleźć się lepiej, dopasować się do rynku pracy.

kobieca przedsiębiorczość
fot. mat. pras.

Kiedy powstał pomysł na Sukces Pisany Szminką i co było inspiracją? Impuls czy stopniowe działanie?

Ja nie jestem ryzykantem. Nie idę Huzia na Józia, bo gdzieś coś mi zaświtało. Dojrzewałam do tego projektu. Przede wszystkim dojrzewałam do tego, żeby zobaczyć co jest moją misją życiową, bo to wcale nie jest takie oczywiste. Po drugie doświadczałam różnych sytuacji, jako młoda kobieta, o blond włosach w pracująca w korporacjach. To były lata pomiędzy 1998 a 2009, wtedy nie było aż takiej świadomości, wiedzy w zakresie równouprawnienia, zarządzania różnorodnością, a nawet takich praw jakie dziś mają kobiety.

Jakie ma pani doświadczenia z okresu, kiedy pracowała Pani w korporacji?

Różne. Po pierwsze widziałam jak mało było kobiet na wysokich, kluczowych stanowiskach. Kobiety były w gettach marketingu i HR-u. Poza tym nie miały poczucia prawdziwego wpływu. Były jakieś decyzje podejmowane i te decyzje się im komunikowało. Taki trochę kwiatek do kożucha. Poza tym nie mówiło się o sukcesie kobiet na głos, nie pokazywano go w mediach, nie opisywano w kluczowych magazynach, nie nagradzano w biznesowych konkursach.

Więc można powiedzieć, że to było takim pierwszym impulsem?

Tak, to był ten pierwszy impuls. Wtedy wiedziałam już, że muszę dostać się z tym, co chcę przekazać do mediów. Żeby głośno opowiadać o sukcesie kobiet, żeby ten sukces został zauważony i żeby nie było tak, że jak już napiszą w biznesowym, poczytnym miesięczniku, o sukcesie kobiety, to z tytułem „Sukces Na Obcasach” tak jakby był to jakiś dziwny sukces. Jak coś takiego widzę, to od razu chce mi się napisać felieton o „Sukcesie w mokasynach” bo chyba tylko butami się on różni.

Czyli była pani wkurzona?

Nie, nie byłam wkurzona, byłam zmotywowana. Wiedziałam, że jest taka potrzeba.

Od czego się zaczęło?

Od radia PiN, potem stworzyłam stronę internetową, zaczęłam organizować konferencje, spotkania itd. Powstał konkurs Bizneswoman Roku. Ostatnim krokiem był program w telewizji. Wtedy bardzo zależało mi na tym, żeby to nie była telewizja kobieca, tylko właśnie TVN24 i tak też się stało.

Czy jest coś co zmieniło się w Pani postrzeganiu problemu przedsiębiorczości kobiet od momentu założenia fundacji?

Jak zaczynałam, to wydawało mi się, że należy głośno mówić o kobiecym sukcesie i wzmacniać jego zaistnienie twardymi szkoleniami. A tu okazało się, że największym wyzwaniem kobiet była ich samoocena i stawianie sobie granic w głowie. Więc zaczęliśmy organizować szkolenia miękkie, wspierać je, motywować. Dziś, nawet jeśli uczymy panie zakładać własny biznes, to w każdym aspekcie jest pigułka psyche, bo najpierw trzeba się odważyć żeby go założyć, następnie oswoić pieniądz i potraktować go jako zasób, a na koniec poradzić sobie z różnymi wyzwaniami, wytrwać.

Oswoić pieniądz?

Tak, bo traktujemy pieniądze tak, jakby to było coś złego. Sprzedaż kojarzy nam się z wciskaniem, z nakłanianiem i kotem w worku. Niejednokrotnie mówię swoim podopiecznym „dziewczyno, ty tworzysz ten produkt, wkładasz w niego swoje serce. Robisz to własnymi rękoma. Dlaczego masz poczucie, że sprzedajesz kota w worku”. Pieniądz to nic innego jak zasób i wbrew temu, co mówi stare przysłowie – daje szczęście. Bo daje nam poczucie bezpieczeństwa, dach nad głową, możliwości rozwoju, wyboru, daje wolność. Dlatego wartościujmy odpowiednio swoją pracę, szacujmy odpowiednio ceny swoich produktów i usług, szczególnie w momencie, gdy zaczynają korzystać z nich znajomi. Dla nich też powinnyśmy mieć jednolitą politykę cenową.

Dlaczego?

Znam wiele kobiecych firm oferujących usługi coachingowe, gastronomiczne lub kosmetyczne, które mają wyzwania z płynnością finansową, bo właścicielka nie umie odmówić znajomym darmowych usług. Słyszy: „no jak to? chcesz mi policzyć za kawkę!?” „Zrób mi coaching, bo potrzebuje pomocy, a to przecież tylko Twój czas” „Mam tyle zapłacić za zabieg, no chyba dobrej koleżance tyle nie policzysz?”

Paradoks polega na tym, że żądając zapłaty od znajomych za nasz czas, wiedzę, doświadczenie, mamy poczucie winy. Zamiast po prostu podejść do tego na sucho. Np. zaoferować 15% rabat dla wszystkich znajomych i się tego twardo trzymać. Nikomu nie dawać większego.

Podobne wyzwania mamy w kwestii oczekiwań finansowych kiedy idziemy na rozmowę o pracę. Żądamy za mało, a potem jak dowiadujemy się, że na podobnym stanowisku ktoś zarabia o wiele więcej, jesteśmy sfrustrowane. Więc warto się dobrze do rozmowy o pieniądzach przygotować. Z ciekawostek, jak pokazują badania, dla nas sukcesem po rozmowie kwalifikacyjnej jest uzyskanie pracy, dla mężczyzn dobrej płacy.

kobieca przedsiębiorczość
fot. mat. pras.

Kobiety nie chcą zarabiać więcej?

Chcemy ale boimy się to zakomunikować. Kiedy pracowałam w korporacji, to brałam udział w wielu rekrutacjach i za każdym razem, gdy pytaliśmy o pieniądze, kobiety czuły się nieswojo, odpowiadały wymijająco, tak jakby był to temat wstydliwy. Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby kobieta, ubiegająca się o to samo stanowisko, co mężczyzna, zażądała więcej, na ogół było to 30-40% mniej. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że byłam w korporacji 8 lat temu. Taka prawda, już trochę czasu minęło, ale nadal szkolę kobiety, rozmawiam z tymi na świeczniku i  śmiem twierdzić, że nadal nie umiemy na zimno mówić o pieniądzu.

Boimy się? O co chodzi?

Mówi się, że jest kilka powodów, tego, że żądamy mniej. (tu już z badań) Pierwszy powód jest taki, że boimy się, że nas nie zatrudnią, jak zażądamy więcej, to wynika ze stereotypu funkcjonującego na rynku. Drugi powód jest taki, że idziemy nie po dobrą płacę a po pracę, więc pieniądz nie jest kluczowych czynnikiem motywacji. Trzeci powód, wynika nieco z drugiego. Jak pieniądz nie jest tak ważny, to i mniejsza jest determinacja, by zdobyć wiedzę na temat tego, ile na danym stanowisku, w danej branży można zarobić. Kolejny powód to emocje, lęk albo potencjalna radość związana z zachwytem nad miejscem przyszłej pracy. I tu zaczynamy negocjować same ze sobą. Ostatecznie prosząc o mniej niż chciałyśmy uzyskać wychodząc z domu.

Co jest najtrudniejsze w prowadzeniu fundacji?

Najtrudniejsze jest to, że pomagając innym ma się poczucie obowiązku bycia zawsze silnym zawsze na miejscu, zawsze w gotowości, zawsze zmotywowanym. Oczywiście kiedy się działa na rzecz innych, widzi się jak się zmieniają, zyskują lepsze życie, zakładają firmy, znajdują pracę, rozwijają się, to nie ma większego piękna, szczęścia i motywacji. I ta motywacja pcha nas, nawet wtedy, gdy to my powinniśmy podładować baterie. Dziś wiem, że żeby pomagać tysiącom kobiet, to naprawdę trzeba mieć dużo siły, zdrowia i energii. I te baterie trzeba ładować regularnie.

W ramach projektu #StaćMnieNaSukces przeprowadziliście badanie, które wykazało, że kobiety wciąż walczą ze stereotypami i nie rozwijają się przez brak pewności siebie.

Nasze ostatnie badania i kampania Stać Mnie Na Sukces przede wszystkim pokazuje to, że „Polka winną istotą jest”. Tylko kilka proc. kobiet nie ma poczucia winy, kiedy robi coś dla siebie. I nie mówimy tu o wielkich rzeczach, typu tygodniowy wyjazd na Bali, tylko o drobnostkach pt. godzina czy nawet kilkanaście minut dla siebie. Kobiety nawet jak są chore mają wyrzuty sumienia „bo co ja będę tak na kanapie leżała i nic nie robiła? A kto obsłuży dzieci, kto poda jedzenie, a może powinnam być w pracy, przecież nie jestem aż tak chora?.” Wiele rzeczy robimy z poczucia winy i obowiązku, zbyt wiele.

Czy uważa Pani, że taki problem, jak ‘brak pewności siebie u kobiet’ można rozwiązać systemowo – działaniami NGOsów, czy też bez społecznej edukacji takie akcje na nic się zdadzą? Gdzie powinniśmy zacząć?

Od podstaw: od przestrzegania praw człowieka, edukacji społecznej, edukacji szkolnej, seksualnej, łamania stereotypów, kreowania postaw w mediach i oczywiście wsparcia systemowego.

Jaka kobieta w świecie biznesu, technologii Panią najbardziej inspiruje?

Jest wiele takich kobiet, które działają w nowych technologiach. Takich, które prowadzą własny biznes, tworzą startupy oraz takich, które działają na rzecz innych. Ostatnio przyglądam się także influencerkom, co jest niezwykle ciekawym zajęciem.

Podziwiam determinację i wytrwałość Bianki Siwińskiej (Fundacja Pewspektywy, kampania Dziewczyny na Politechniki) oraz Jowity Michalskiej twórczyni Digital University, biznesowe, międzynarodowe sukcesy Barbary Sołtysińskiej twórczyni IndaHash czy Marii Belki, której startup zadebiutował ostatnio z niezwykłą pompą na Giełdzie.

Takich przykładów jest mnóstwo. Widzimy je w zgłoszeniach do konkursu Bizneswoman Roku, czy to w kategorii Start up czy też kobieta w Nowych Technologiach. Przykładowo w zeszłej edycji nagrody zdobyły naukowczynie, które nie dość, że działają w sferze nauki, to jeszcze potrafią przełożyć to na biznes. Te młode kobiety nie mają już bariery, że coś jest nie dla nich.

Jak możemy podnosić poczucie własnej wartości?

To jest pewien proces. A zaczyna się od oswojenia a następnie zrozumienia swoich emocji. Odbudowania kontaktu ze sobą, swoim wnętrzem. Myślę, że to tak ważny i szeroki temat, że nie odważę się radzić nikomu w kilku zdaniach jak pracować nad poczuciem własnej wartości.

Czy Olga Kozierowska miewa dni, w których nie chce się jej wstać z łóżka i ma dość wszystkiego? I co wtedy robi?

Odpuszczam sobie. To też jest kwestia świadomości, bo kiedyś próbowałam się sztucznie auto-motywować to powodowało to złość na samą siebie. Teraz rzadziej miewam takie momenty. Natomiast kiedy przychodzą, robię sobie przerwę i to wystarczy. Nie myślę. Czasami oglądam moje ukochane komediowe seriale, które znam na pamięć, więc nic mnie w nich nie zaskoczy. I to mnie relaksuje, czyli po prostu wyłączam głowę. To bardzo dobrze robi dla mózgu i pozwala mu odpocząć.

Czy może Pani opowiedzieć o jakiejś historii, w której Pani pomoc przyczyniła się do odmiany losu jakiejś konkretnej kobiety?

Jest jeden taki przypadek, który szczególnie zapamiętałam. Bo historia zaczynała się od totalnej negacji, a kończyła się niejako olśnieniem.

Po jednym z moich 90 minutowych wystąpień w ramach cyklu Power Show, napisała do mnie pewna dziewczyna. Przyznała, że przyszła na to spotkanie, bo koleżanka zakupiła dla niej bilet w ramach prezentu urodzinowego, koleżanka właściwie przyciągnęła ją za uszy. Więc ona była nastawiona na NIE. Kiedy mnie zobaczyła, przykleiła mi mnóstwo etykietek, na końcu stwierdzając, że ja nic, ale to nic nie mogę wiedzieć o prawdziwych problemach ludzi.

Co było jej problemem?

Była przy tuszy. Natomiast podczas wystąpienia, gdy opowiadałam o swoich doświadczeniach, kryzysach, słabościach, odbudowywaniu poczucia własnej wartości, to ten jej mur wobec mnie rozpadał się i rozpadał, a na końcu, zaczęła płakać, ze wzruszenia, bo dotknęłam takich tematów, które były jej, a to było dla niej wręcz oczyszczające. No i co najważniejsze zmotywowałam ją do działania, choć na początku nie bezpośrednio. Dopiero później wymieniłyśmy kilka listów. I tak rozpoczęła się jej droga ku zaakceptowaniu siebie, a następnie pozbycia się problemu. Dziś biega niemalże zawodowo i daje jej to mnóstwo satysfakcji. Zmieniła nastawienie, skupiła się na sobie. A potem już wszystko zaczęło się układać. Zyskała pracę, znalazła chłopaka.

Więc nawet dla jednej dziewczyny, warto jest robić to, co robię. Zmieniać choć kawalątek świata na lepsze.

Do góry!

Polecane artykuły

Zapisz się do naszego newslettera

Wyślij mi newsletter (Możesz się wypisać w każdej chwili).

email marketing powered by FreshMail
 

Subscribe to our newsletter

Send me your newsletter (you can unsubscribe at any time).

email marketing powered by FreshMail
 

Subscribe to our newsletter

email marketing powered by FreshMail