Jesionkiewicz: W Polsce nic innowacyjnego nie powstanie. Albo zarabiasz, albo giniesz

16.10.2017 AUTOR: Daniel Kotliński

Ten wywiad miał się nie udać.

Z Adamem Jesionkiewiczem chciałem przeprowadzić rozmowę od dawna. Spektrum zainteresowań, którym wyraz daje od czasu do czasu na swoim Facebooku, z czasem intrygowało mnie coraz bardziej. Nie było jednak sposobności, kontekstu, by się umówić.

Ale w końcu odpowiedni moment przyszedł. Kilka tygodni ustalania dogodnego terminu i formy. W końcu – do rozmowy dochodzi, po czym okazuje się, że ponad połowa nagrania… zniknęła.

Przez kolejne dni robię transkrypcję tego, co zostało, a tymczasem Adam trafia do szpitala. Na Facebooku umieszcza informację, z której wynika, że robi sobie “wymuszone wakacje”. Boję się, że materiał nie wyjdzie; ale mój rozmówca się nie poddaje i angażuje się nie tylko w drobiazgową autoryzację, ale także rekonstrukcję utraconej części nagrania.

Adam, mimo ogromnego doświadczenia w obszarze innowacji, marketingu i biznesu jako takiego, pozostaje osobą niezwykle skromną, wciąż pełną pasji, którą można by obdzielić przynajmniej kilku ludzi. Od razu przechodzimy na ‘ty’, mimo, że jestem od niego niemal o połowę młodszy. Zresztą widać, że to dla niego naturalne – zanim zdążę rozłożyć sprzęt do nagrywania, w podobny sposób rozmawia z baristą… sekundę przed moim wejściem do FatWhite’a, w którym się umówiliśmy, widzę go, jak siedzi przy stoliku z książką.

Podświadomie spodziewałem się, że będzie pracował, wklejony w ekran smartfona i komputera. – Jestem tu już od godziny – wyjaśnia. – Lubię te wszystkie drobne momenty między spotkaniami czy kolejnymi obowiązkami, są jak dziury w czasoprzestrzeni, które mogę wypełnić spokojną lekturą – dodaje, i od początku wiem, że to będzie najciekawsza rozmowa, jaką przeprowadziłem w swoim zawodowym życiu.

Lata 90. Początek drogi

Daniel Kotliński, Marketing i Biznes: Zacznijmy nieco przewrotnie. Interesuje mnie, czym się zajmujesz, kiedy nie pracujesz – i nie czytasz akurat książki?

Adam Jesionkiewicz, Ifinity CEO – Newsweek The Most Innovative Startup, EU Leading Innovator by Google&FT, VR evangelist: Pytasz o hobby?

Mój problem polega na tym, że ja nie wiem, kiedy pracuje, a kiedy nie. Jakoś mi to się wszystko miesza. Bo czy teraz, kiedy sobie tu w tej kawiarni z tobą siedzę i przyjemnie gaworzę, to czy pracuję, czy nie? Ale jeżeli już nalegasz, to swoim hobby określiłbym astrofotografię.

To jest kosmiczna zajawka – dosłownie. Fotografuję obiekty głębokiego nieba, takie jak galaktyki, mgławice, itp. Jest to cholernie trudne zajęcie. Dzisiejszym mój poziom jest wynikiem blisko 15 lat intensywnej, obsesyjnej wręcz nauki. Do tego, jest to zajęcie, które wymaga dyspozycyjności, co samo w sobie jest wyzwaniem.

Takich zdjęć powstaje zaledwie kilka w ciągu roku. Żeby móc się zajmować tę dziedziną, zbudowałem sobie prawdziwe, zrobotyzowane obserwatorium astronomiczne, którym w pełni sterowałem przez internet. Zainwestowałem w to masę czasu i kasy.

Z czasem okazało się to prawdopodobnie najgłupszą inwestycją, jakiej w życiu dokonałem. Brak pogodnych nocy, brak czasu, zmęczenie innymi zajęciami oznaczały, że w ciągu roku wykonywałem 2-3 zdjęcia. Biorąc pod uwagę skalę inwestycji w sprzęt, koszt jednego zdjęcia przy takiej ilości sięgnął irracjonalnych poziomów.

Po kilku latach wszystko w cholerę sprzedałem i teraz uprawiam astrofotografię wyjazdową. Staram się raz, dwa razy do roku lecieć w najlepsze miejsca na Ziemi do obserwacji i fotografii nieba, gdzie nie ma najmniejszego zanieczyszczenia nieba światłem, a wysokość nad poziom morza jest na tyle duża, że przejrzystość atmosfery staje się pomijalnym parametrem.

zarabiasz
The Great Eruption in the constellation of CarinaAdam Jesionkiewicz

Do tego ekstremalnie niska wilgotność dodaje stabilności i mamy piorunujący efekt. Pod takim niebem nawet ludzie, których temat w ogóle nie interesuje, klękają a ich oczy wypełniają łzy i zaduma. To jest nocne niebo, gdzie od blasku gwiazd rzucasz cień na ziemi.

W ciągu kilkunastu dni jestem w stanie w takich warunkach zrobić 20 zdjęć, co odpowiada wieloletniej orce w Polsce. I, co zabrzmi śmiesznie, kosztuje ułamek tego, co przy inwestycji we własne obserwatorium.

Kilka miesięcy temu wróciłem z ostatniej takie podróży – z RPA. Byliśmy na dzikiej farmie, pośrodku niczego – dosłownie. 1500 metrów nad poziom morza. Najbliższa wioska kilkadziesiąt kilometrów dalej, a miasto z tysiąc. Zdjęcia się robią, a ty leżysz na leżaku wgapiony w kosmos i rozmyślasz. Piękne, wspaniałe, bardzo atawistyczne doświadczenie. Ewolucja ogień i gwiazdy wyryła w naszym DNA. Warto to w sobie odkodować.

W marcu znowu uciekam i już nie mogę się doczekać.

Wiem, że w latach 90. jako grafik uczestniczyłeś w narodzinach rynku reklamowego w Polsce. Opowiedz o tym!

Kochałem komputery, kochałem sztuki plastyczne, dużo rysowałem, więc bardzo szybko połączyłem swoje pasje i zostałem grafikiem komputerowym, choć mam wątpliwości, czy w 94. roku istniał taki zawód. Dużo było w tym DTP, zarabiało się świetnie, pewnie nawet absurdalnie dużo, ale ryzyko też było spore. Spieprzenie klisz, z których drukowano kampanię billboardową oznaczało kilka milionów do kosza. Ta praca akurat była mało kreatywna, ale szczerze ją lubiłem i dlatego mogłem być w niej całkiem niezły, a takich ludzi było wtedy w Polsce pewnie paru. Piękne romantyczne początki.

Jak się nauczyć DTP w czasach, gdy nie było internetu, literatury czy kursów?

Nie wiem dlaczego, ale ciągle mnie to wspomnienie bawi. Pokazuje ono, jak ważne jest wybieranie sobie kariery w branżach, które dopiero się rodzą, gdzie zasady nie są twardo ukonstytuowane, gdzie sam te zasady możesz współtworzyć. Ja zawsze jestem na tym froncie innowacji – to jakieś piętno. Tak było z DTP, potem grafiką, internetem, mobile, czy teraz Internetem Rzeczy. Ma to swoją cenę, ale też i masę zalet.

Wracając do początku, jak to się zaczęło. Pamiętam słoneczny dzień, gdzie jako 19-, czy 20-latek musiałem dorobić sobie parę złotych. Pewnie z ogłoszenia znalazłem się w pierwszej polskiej prasie kolorowej – Super Express. Wtedy jeszcze chyba nie był synonimem brukowca, choć nie jestem tego pewien. Dostałem wizytówkę z mega poważnym tytułem: Specjalista ds. Reklamy. Chryste, to było coś, naprawdę coś!

Czym zajmował się tak ważny człowiek w redakcji największego wydawnictwa w kraju?

Sprzedawał gówniane ogłoszenia drobne, które w tamtych czasach były jednym z głównych biznesów prasy drukowanej. Połowa to były ogłoszenia towarzyskie, drugiej połowy nie pamiętam.

Nie jestem przekonany, czy udało mi się jakieś ogłoszenie sprzedać. Pewnie karierę zakończyłem na etapie szkolenia. Już wtedy to zajęcie wydawało mi się totalnie niekompatybilne z moją rebeliancką naturą. Abstrahując od mojej korporacyjnej przydatności, wydarzyło się tam coś, co całkowicie odmieniło moje życie – zobaczyłem studio składu gazety, czyli DTP – nowe, błyszczące Apple Macintoshe, a na ich ekranach magiczną,  pierwszą wersję QuareXPressa.

Nawet jak teraz o tym myślę, to mam dreszcze. Wiedziałem, że kocham grafikę, wiedziałem że kocham komputery, to było jak objawienie. O żadnej innej ścieżce na swoje życie nie potrafiłem od tej chwili nawet myśleć. Postawione. Daję sobie kilka miesięcy i muszę się tam dostać.

Wyprowadziłem się z domu rodzinnego, z małej podwarszawskiej wioski, i cały swój czas wsadziłem w naukę. Dotarłem do ludzi, którzy pożyczyli mi instrukcję od softu. Niestety, mimo poświęcania dużej ilości czasu, to było za mało. Przypominam, że to były czasy, w których nie bardzo mogłem się uczyć na swoim pececie, bo wszystko było na Makach. Photoshop w wersji bodajże 1,5., a potem 2. też nie był dostępny na Windows. O zakupie Macintosha nie mogłem nawet marzyć.

Ostatecznie, moja natrętność, poświęcenie, doprowadziła mnie do pracownika pierwszego warszawskiego studia DTP, który zgodził się mnie uczyć. Dzień w dzień, weekend w weekend, non-stop, jeździłem do jego pracy i po godzinach uczył mnie wszystkiego, czego sam się wcześniej nauczył. Miałem do dyspozycji wypasione Maki, software i człowieka, który naprawdę sporo, jak na tamte czasy, potrafił. Nie wiem, ile wtedy sypiałem, ale niewiele. To była typowa dla mnie obsesja. Jak się czymś zajaram, to świat przestaje istnieć.

Nie pamiętam, ile to trwało, ale na pewno parę miesięcy. Może z pół roku. Pocztą pantoflową branża dowiedziała się, że jest jakiś idiota, który chce być grafikiem DTP i uczy się jak wściekły. To oznaczało jedno – dostałem propozycję pracy w innym nowopowstającym studiu DTP.

Nawet pamiętam rok – 1994, dzień mojej pierwszej pracy. W ciągu kilku miesięcy zostałem przeciągnięty do 3 różnych firm, aż w końcu znalazłem się w otoczeniu Corporate Profiles DDB – w legendarnej willi na Zajączka – w czasie romantycznych narodzin polskiej branży reklamowej. Wszystkiego, czego się nauczyłem, czym się zainspirowałem, ludzi, których podziwiałem, doświadczyłem w DDB.

zarabiasz
Antares in the Cloud of Rho Ophiuchi Adam Jesionkiewicz

Pewnie nawet nie wiedzą, jak wiele im zawdzięczam. Nie było lepszego miejsca, gdzie mógłbym się w tym czasie znaleźć. Było mi tak dobrze, że byłem w stanie odmawiać propozycję zabrania mnie do USA, do kolebki tego, czym się zajmowałem, gdzie po prostu brakowało takich ludzi, podobnie, jak dzisiaj programistów. Nie wiem, czy to było rozsądne podejście, ale wtedy w to wierzyłem.

A romans z przedsiębiorczością? Jak się zaczął?

Poza DTP równocześnie projektowałem, wtedy właśnie pojawiło się własne studio projektowe w obrębie agencji Corporate Profiles DDB, gdzie mogłem zabierać robotę etatowym art directorom agencji, bo… wiesz, motywacja własnego biznesu jest trochę efektywniejsza, niż najemnej pracy. Robiliśmy dużo, dobrze i szybko – niekoniecznie tanio.

Gdzieś w 96-97. roku zaczęły pojawiać się tematy internetowe. Pamiętam, że projektowałem pierwszy portal telekomu (Centertel), brandu motoryzacyjnego (Nissan) i parę innych pionierskich, jak na tamte czasy rzeczy. Bardzo szybko wraz z kolegami ze studia i agencji zakochaliśmy się w internecie.

No i gdzieś tu zaczyna się twój pierwszy startup…

Tak, nasz pierwszy portal o grach komputerowych – Valhalla. To była prawdziwa petarda – fenomen. Rośliśmy bardzo szybko, co spowodowało, że założyciele DDB (Szymon Gutkowski, Paweł Kastory, Marcin Mroszczak) dorzucili się do naszego nowego biznesu i dołączyli do przygody. Powstały kolejne portale – Futbol.pl, PC.com.pl, pierwszy ecommerce InterSam, oraz nowa spółka, która wszystkie te marki wsadziła pod jeden parasol, czyli Ontel.

To były czasy niezwykłe, niepowtarzalne.

Szybko urośliśmy do jednej z największych polskich spółek internetowych. Nie pamiętam, ile nas tam było, ale ze współpracownikami pewnie pod 100 osób. Zatrudnialiśmy najlepszych ludzi z papierowych branż wydawniczych, więc nic dziwnego, że każdy z tych naszych projektów był absolutnym numer jeden swojej kategorii oraz największymi wortalami w ogóle. Wprost, czy inne znane magazyny, które pod koniec lat 90 zakładały swoje strony, mogły pomarzyć o takich zasięgach. Można więc powiedzieć, że byłem startupowcem, zanim to było modne (śmiech).

Były wzloty, były małe osiągnięcia, były spektakularne sukcesy, były upadki, i… była katastrofa. Wszystko to w ciągu kilku zaledwie lat.

2001 rok.

Zmiótł nas z powierzchni jak i 90% całej branży internetowej na świecie. To był trudny czas. Wyobraź sobie, że kiedy spotykałem się z różnymi ważnymi ludźmi i tłumaczyłem im, że to chwilowa czkawka i internet przetrwa, to starali się mnie przekonać, że internet to spekulacyjna bańka, osiągnął swoje maksimum i już nigdy do tak wielkiego poziomu nie wróci.

Wyobrażasz sobie? “Wielkiego poziomu” (śmiech).

Z dzisiejszej perspektywy brzmi to jak żart. Internet lat 90. to nie był nawet pierwiosnek tego, co miało dopiero nadejść. Jak na dwudziestoparolatków było to zbyt wiele. Zamiast obciąć koszty, przyciszyć działalność i po prostu przetrwać, wszyscy się rozeszliśmy w cztery strony świata.

Nie muszę dodawać, że każdy, kto przetrwał ten armageddon, nie pożałował. WP, Onet, O2, wspominając tylko parę z nich. Nam się “nie chciało”. Temperament nie pozwolił myśleć racjonalnie. “Miałeś chamie złoty róg” – chciałoby się powiedzieć.

Z tego okresu mam jeszcze jedno bardzo fajne wspomnienie. Piotr Zygo, którego bardzo lubiłem i ceniłem, dostał od zarządu DDB misję stworzenia pierwszej agencji interaktywnej w Polsce. Dostała oczywiście sieciową nazwę TribalDDB, po swoim bracie z USA.

Piotr, którego pewnie kojarzycie z późniejszych sukcesów w roli Prezesa Legii, czy paru banków i Multikina, zaprosił mnie do tworzenia tego pionierskiego wehikułu w roli Dyrektora Kreatywnego, czyli mówiąc po ludzku, do szeroko rozumianego projektowania. Problemem był brak czasu, bo jednocześnie byłem w zarządzie swojego Ontela i aktywnie działałem na tym polu. Ciągle też działało moje studio projektowe, do którego zatrudniłem fantastyczną dziewczynę, która świetnie zagospodarowała moją absencję.

Tribal się wtedy nie udał.

Trudno powiedzieć dlaczego.

Na pewno nie przez brak czasu i zaangażowania. Myślę, że to było za wcześnie. Trwało to pewnie mniej niż rok, choć szczerze – nie pamiętam. Gdybym mógł jednak cofnąć czas, to pewnie zagrałbym mocniej na tę kartę, bo potencjał był tam kosmiczny. Wyobraźcie sobie pozycję – jesteś jednym pewnie z 5 ekspertów

Digital w całym kraju, do tego otoczony ludźmi, którzy są bogami w branży reklamowej. Ech.

Warto jednak odnotować, że reboot TribalDDB wiele lat później zakończył się na tyle wielkim sukcesem, że dzisiaj cała agencja, która jest największym holdingiem reklamowym w Polsce, nosi jego nazwę.

Co było później?

Po rozkładzie organicznym Ontela w 2001 roku, wraz z kolegą, który prowadził Futbol.pl, założyliśmy własną agencję interaktywną – proCreative. Trzeba przyznać, że całkiem dobrze nam to szło. Bardzo szybko pozyskaliśmy świetnych klientów: GlaxoSmithKline, PricewaterhouseCoopers, Nissan, Nicorette, Gazeta.pl, Gutek Film, Henkel, Pomaton EMI, i wielu innych.

Robiliśmy dla nich kompleksową obsługę w Internecie, czyli od strony, po całe kampanie reklamowe, od strategii po kreację.

Ta działalność, pod różnymi markami, ciągnie się w zasadzie do dzisiaj. Lubię ją i dobrze się czuję na każdym poziomie. Kocham projektować, uwielbiam tworzyć strategie, uczyć się biznesów klientów. Jestem chyba pierwszym, pierwotnym Digital Native. (śmiech)

Jak tak sobie liczę na wszystkich palcach, to wychodzi mi, że w tym czasie zrealizowałem grubo ponad tysiąc projektów. Znam jeszcze tylko jednego grafika internetowego, który chwali się tysiącem projektów (śmiech) – Misz. Traktuje go przez to jak brata bliźniaka, niewiele brakowało, a mielibyśmy wspólne studio.

Nawet dzisiaj to wszystko brzmi spektakularnie.

Ale myśmy nie czuli tego w ten sposób.

Pamiętaj, że na początku wieku internet nie był postrzegany w taki sposób, jak dzisiaj. To była mimo wszystko niszowa i niepewna działalność. Wszyscy pamiętali, że przed chwilą pękła bańka i poważni eksperci głosili, że to definitywny koniec internetu. To przekładało się na niewielkie udziały działań cyfrowych w obrębie całych budżetów reklamowych. Nie sądzę, żeby wtedy ktoś nas traktował poważnie, czyli jako ludzi z kompetencjami, które za kilka lat miały stać się kluczowymi dla praktycznie każdej branży na świecie.

W tym okresie, dokładnie w 2003 roku, pod wpływem powrotu do astronomicznych zainteresowań, założyłem swój ukochany portal Astropolis.pl – który łączy ludzi zafascynowanych nocnym niebem w jedną z największych tego typu społeczności na świecie.

Serwis działa do dzisiaj i ciągle się rozwija, wnosząc spore wartości do popularyzowania nauki – szczególnie wśród młodych ludzi. Astronomia to bardzo interdyscyplinarna nauka. Rozwija na bardzo wielu obszarach. Za kilka miesięcy stuknie nam 15 lat. Prawie pełnoletność.

Możesz przywołać jakiś projekt realizowany w ramach proCreative, z którego jesteś szczególnie zadowolony?

W proCreative i potem w innych spółkach obsługiwaliśmy szwedzkiego bookmachera Unibet (notowany na londyńskiej giełdzie). Pomagaliśmy im zainstnieć na polskim rynku od samego początku. Odpowiadaliśmy za marketingowe działania w internecie.

Nie jest tajemnicą, że ta branża generuje naprawdę bardzo solidne marże i w pewnym momencie przez moją agencję przechodził cały budżet na kampanie internetowe. Zbudowaliśmy sieć własnych adserwerów, które podłączyliśmy do wszystkich serwisów sportowych – tych małych i tych dużych. Ilość odsłon, którą generowaliśmy, była kosmiczna. Potem dodatkowo zostałem zatrudniony w Unibet na stanowiskoDyrektora Kreatywnego i odpowiadałem za stworzenie teamu kreatywnego i programistycznego.

Równocześnie sponsorowaliśmy np. pierwszą ligę piłkarską, brandowaliśmy stadiony. Odszumialiśmy polski poker, który wcześniej kojarzony był z Wielkim Szu. Sport, masa imprez, pieniądze, gwiazdy. Kolejne piękne czasy i kolejne, które zakończyły się łzami.

Co się stało?

Platforma Obywatelska wygrała wybory w 2007 i w 2009 postanowiła zrobić sobie Aferę Hazardową. W ekspresowym tempie wypluła z siebie masakryczną ustawę antyhazardową, którą zrobiła ze mnie i z mojej agencji przestępców. Jestem bezpośrednią ofiarą tej ustawy. Musiałem się praktycznie z dnia na dzień wycofać ze wszystkich działań związanych z gamblingiem i pokerem internetowym. Cholera, gdybym wiedział, to bym wcześniej oszczędzał (śmiech).

Ale z reklamy jako takiej nie zrezygnowałeś.

Po upadku tematu gamblingowego, zabrałem mój zespół, wynająłem willę na warszawskiej Woli, i wróciliśmy do starych zajęć – dosłownie. Zrewitalizowałem agencję interaktywną oraz podjąłem jedną z głupszych decyzji, żeby przywrócić do życia Valhallę. Kosztowało mnie to praktycznie wszystkie oszczędności, które zarobiłem w ostatnich latach, a było tego 7 cyfr, i nic, absolutnie nic z tego nie wyszło. Stworzyliśmy świetny serwis, masę najlepszego w tej branży contentu. Nawet udało się odbudować oglądalność – do kilkuset tysięcy ludzi miesięcznie. Niestety, mimo zatrudnienia ludzi od sprzedaży, totalnie nie udało się wygenerować sensownych przychodów.

W tym samym czasie zaczął rozkwitać rynek aplikacji mobilnych w USA. Przypomnę, w 2008 roku wystartował Appstore. Teoretycznie rozważałem już w 2009 produkcję pierwszej aplikacji, ale ponieważ trzeba było zarabiać pieniądze, to jakoś zignorowałem ten nagły przypływ intuicji. W temat aplikacji wszedłem dopiero 2 lata później.

Czym zadebiutowałeś?

Po prawie roku produkcji wydaliśmy pierwszą porządną aplikacją – oczywiście astronomiczną. The Milky Way w ciągu kilku dni zawędrował na pierwsze miejsca płatnych TOP10, a w ciągu następnych miesięcy nasza aplikacja trafiła na smartfony i tablety kilkuset tysięcy ludzi na całym świecie. Wydaliśmy ją w sumie w 13 językach.

To było coś. Jasny dowód, że jesteśmy u progu ogromnej rewolucji. Mobile okazał się dużo łatwiejszy w monetyzacji niż internetowy content, do którego ewidentnie nie mam szczęścia.

W 2011 roku prawie całkowicie zostawiliśmy internet i zajęliśmy się aplikacjami mobilnymi. Tak powstał software house Inventica. Robiliśmy wiele bezsensownych aplikacji, bo to był czas, w którym sieciowe agencje reklamowe dostawały do swoich adaptacji także aplikacje mobilne, a że nie bardzo wiedziały, co z tym zrobić, to zlecali je nam.

Sukces Milky Way bardzo ułatwił nam pozyskiwanie klientów. Nagrody się sypały, a za nimi klienci – także z mitycznej Doliny Krzemowej, gdzie musieliśmy ze wspólnikiem latać i pracować na miejscu. Nie powiem, żeby to było jakieś strasznie złe doświadczenie (śmiech).

Obsługiwaliśmy w zakresie UX/UI i oprogramowania iOS pewien amerykański startup zajmujący się biznesowym VoIPem, który dzisiaj na NASDAQ wyceniany jest na prawie 3 miliardy dolarów. Jego założyciele przylatywali też do nas, do Warszawy.

Śmialiśmy się, że goście, zaraz po IPO i przebiciu 1 miliarda dolarów siedzieli z nami w bemowskim kebabie wcinając falafela i niezbyt się wyróżniając od lokalnej klienteli. Jeden z nich wyceniany był wtedy na ponad miliard złotych. Tak się zastanawiam, ilu polskich miliarderów ma na tyle skromne ego, żeby chodzić sobie bez swojego śmigłowca do pobliskiego kebabu? Jest w tym coś zabawnego – nie sądzisz?

Śmiechy na bok! Kiedy w twoim życiu pojawił się temat beaconów i pomysł na Ifinity?

W czasie kiedy amerykański startup od VoIP pokątnie analizował możliwość przejęcia naszej Inventica i przeniesienia centrum R&D z Chin i Rosji do Polski – my zerwaliśmy kontrakt. Byliśmy akurat w USA, kiedy spadło na nas kilka dosyć zaskakujących informacji.

Po pierwsze projekt, nad którym pracowaliśmy w Warszawie, wygrał konkurs Fundacji Bloomberg Philantropies i miasto dostało dodatkowe milion euro na jego realizację, a po drugie, nowa spółka, Ifinity, która miała zajmować się budową technologii lokalizacji wewnątrz budynków, dostała “GO” od jednego z najlepszych polskich funduszy VC – SpeedUp – na dosyć niespotykanych warunkach.

W rundzie seed zebraliśmy milion euro, gdzie ostatnia transza wyceniała nas na kilkadziesiąt milionów złotych. Media zawrzały na całym świecie.

Z jednej strony na stole mieliśmy kilka wygranych przetargów z Warszawą (a wcześniej żaden startup w Smart Cities w Polsce nie istniał), świetną propozycję wsparcia inwestycyjnego od fantastycznych ludzi, bardzo prestiżowy Bloomberg, plus masa ciekawych zapytań biznesowych z całego świata i świetne publicity; a z drugiej szansa na zbudowanie centrum R&D dla jednego z cieplejszych amerykańskich startupów (poziom Box’a).

I weź tu człowieku decyduj…

Buntowniczy charakter przeważył.

Poświęciliśmy się Ifinity, bo tak nazywała się nowa spółka. Inventica zaoraliśmy.

W pewnym sensie jednak Inventica była inkubatorem dla Ifinity?

Przez rok pakowaliśmy w technologię Ifinity znaczną część dochodów firmy. Wiedzieliśmy, że świat potrzebuje takich rozwiązań, bo wcześniej, w czasie kilku przetargów, pojawiały się takie zapytania.

Na przykład pewna galeria handlowa potrzebowała nawigacji dla swoich klientów. Nie byliśmy tego w stanie zrealizować, bo w 2012 roku nie było na rynku żadnej gotowej technologii, która za racjonalne pieniądze byłaby w stanie dostarczyć takie funkcjonalności. Wtedy postanowiłem, że trzeba ją zrobić samemu. Wynajęliśmy elektronika i zaczęliśmy eksperymentować z różnymi technologiami. Wtedy powstały pierwsze prototypy.

Wystarczyło zaczekać, aż w Apple w 2013 roku ogłosi standard iBeacon, żeby wszystko eksplodowało. Coś się skończyło, a coś nowego zaczęło.

 zarabiasz
Statue of Liberty - NGC 3576Adam Jesionkiewicz

Czy w Ifinity produkujecie własny beacon, czy robicie tylko software?

My nie chcieliśmy być kojarzeni z hardware’em nigdy, bo zależało nam, aby postrzegano nas w kategoriach kompletnych rozwiązań technologicznych. To wynika z tego, co powinno być absolutnym standardem – technologia, a tym bardziej beacony, nie są produktem samym w sobie. Powtórzę – w kategorii biznesowej, beacon nie jest produktem – a został niestety sprowadzony do tego poziomu.

No i co w tym złego?

Sam w sobie, beacon nie rozwiązuje żadnego istotnego problemu. Robi to dopiero produkt, który powstaje z połączenia tej technologii z inną, czyli typowej dla IT integracji. Ale to tylko jeden z wielu “kłopotów”, jaki powstał w związku z hype’em na beacony.

Po tym, jak nasz projekt przeprowadzony z Miastem Warszawa w ramach konkursu Bloomberga zyskał rozgłos i media chciały o nas pisać, nasza rozpoznawalność  spowodowała u nas coś, co nazwałbym krótkowzrocznością. Zaczęliśmy sami rozmawiać z dużymi klientami z RPA, Dubaju czy Kataru, ale także w Polsce. Sądziliśmy, że nic nam nie może stanąć na przeszkodzie.

Wiesz czego się nauczyłem przez to? Że prowadząc młodą, niewielką firmę, nigdy nie powinieneś pracować z dużymi klientami bezpośrednio. Na ogół duże organizacje działają według pewnych zasad i często posiadają oficjalnego partnera IT. Zdecydowanie łatwiej i szybciej moglibyśmy realizować te projekty, jednocześnie włączając w rozmowy tego czy innego partnera technologicznego.

Po co?

Żeby zintegrować się z systemami, które już tam działają. Wiem, że z wielu firm nas “wypchnięto” za to, w jaki sposób podeszliśmy do robienia biznesu. Dlaczego? Duże firmy IT uważały, że powinniśmy z nimi rozmawiać w pierwszej kolejności, a nie próbować “przemycać” coś bokiem, bezpośrednio rozmawiając z prezesem.

Może to brzmi jak drobiazg, ale w pewnych przypadkach decyduje o być lub nie być startupu. A zawsze jest tak, że prezes prędzej czy później będzie chciał to skonsultować ze swoim dyrektorem od technologii, “czy to jest fajne”. Jeśli ta osoba została pominięta, to co powie? “Nie rób biznesu z dzieciakami”.

Jesteście startupem?

W rozmowie z tobą używam tego określenia umownie, natomiast oficjalnie zależy nam, żeby odciąć się od wszystkiego, z czym słowo “startup” się kojarzy. Od pewnego momentu każdy nasz PR-owy ruch miał za zadanie oddzielić nas od “bluzowego” sposobu na robienie biznesu.

To, że nas skojarzono ze startupem, bardziej nam zaszkodziło, niż pomogło. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj startup kojarzy się z “lifestyle”, a nasze DNA jest, w gruncie rzeczy, typowo biznesowe.

Aż trudno uwierzyć, biorąc pod uwagę obecną modę na “robienie startupu zamiast firmy”.

Swojego czasu dostaliśmy zlecenie na zainstalowanie beaconów w sieci Walmart w Meksyku. PR-owo można to ograć na wiele sposobów. Na przykład nagrać video i pokazać, że zainstalowałeś swoje urządzenia w sieci dyskontowego giganta – w 200 sklepach. I będą o tym trąbić wszystkie media jakkolwiek interesujące się tematem.

Ale żaden dziennikarz nie zapyta nas o… wartość faktury.

To ile sprzedaliście?

Około 200 beaconów, po 20 dolarów za sztukę. Jak byśmy chcieli to zrobić klasycznie, przygotowalibyśmy video-case study, które kosztowałoby kilkukrotnie więcej. Nikt tego nie weryfikuje – i ja wszędzie to widzę. Kolejne beaconowe firmy odtrąbiają sukces polegający na zainstalowaniu po jednym beaconie w tej czy innej sieciówce, dworcu czy lotnisku. To jest żart, nie biznes.

Problem pojawia się, kiedy cię to wciąga – uzależnia cię “dobra prasa”, ciągle mówisz o tych mikro-wdrożeniach, a w międzyczasie się okazuje, że miejsca, w których mógłbyś tą technologią zrobić gigantyczną robotę i rozwiązać faktyczne problemy, wciąż nie mają twojej oferty.

To trudniejsze i być może mniej medialne, a jeśli mówimy o sektorze usług związanych z bezpieczeństwem, czy ratowaniem życia (stocznie, kopalnie, służby ochrony i porządku publicznego, a nawet wojsko), wręcz wyłączone z publicznego obiegu informacyjnego.

Dlaczego więc nie koncentrujecie się na projektach podobnych do tych, które pilotażowo wdrożyliście w ramach współpracy ze stołecznym ratuszem – a który mógł przynieść tak istotną wartość osobom niewidomym?

Jestem dumny z tego projektu, bo po 20 latach pracy w reklamie czy tworzeniu bezsensownych aplikacji na zamówienie klientów, naprawdę chciałem zrobić coś wartościowego. Niestety – z tego nie uda się utrzymać firmy. Po pierwsze – kosztowne R&D. Na projekty związane z Warszawą wydaliśmy kilka milionów złotych; na badania i przygotowanie technologii. Z przetargów, które każdy może sprawdzić, nasze przychody nie przekroczyły 1 miliona złotych. A po drugie – bardzo czasochłonne procesy przetargowe i decyzyjne.

Budowanie na tym biznesu jest więc problematyczne, ale są też inne branże, które penetrujemy. Nie mogę o tym mówić wprost, ale są to obszary związane właśnie ze wspomnianym ratowaniem ludzkiego życia, służbami porządkowymi czy ochroną kluczowych obiektów.

Bardzo dobrze wygląda nasz potencjał w kopalniach, stoczniach i generalnie w ciężkim przemyśle. Okazuje się, że to co stworzyliśmy wcześniej do projektów o znacznie mniejszej wartości użytkowej (np. lokalizacja w galeriach handlowych), może być zaimplementowane “out-of-the-box” w zdecydowanie ważniejszych miejscach, gdzie rozwiązujemy konkretny problem, nierzadko bezcenny, bo jak wycenić ludzkie życie?

Jak wygląda współpraca z takim niekomercyjnym, w sensie – nie nastawionym na sukces finansowy – podmiotem?

Jak się spotykasz z organizacją odpowiadającą za bezpieczeństwo krytyczne infrastruktury czy budynków o środkowym stopniu “security”, to nie musisz udowadniać, że tego potrzebują – oni to wiedzą. To kolejny dowód na to, że często startupy rozpraszają się, szukając swojego market-fit, zapominając, że istnieją nisze które od dawna czekają na ich rozwiązania.

Sam tam nie możesz iść – ale czas, który marnujesz na robienie PR-u, powinieneś poświęcić na znalezienie odpowiednich partnerów. Ja poświęciłem dwa lata na networking, aby ich znaleźć, ale to się zawsze opłaca. W tej chwili organizujemy nową spółkę zależną, która będzie zajmować się tylko takimi ciężkimi tematami. O niej nigdzie nie przeczytasz. To nie jest sexy, więc scena startupowa też nie będzie tym zbytnio zainteresowana.

Gdzie jeszcze widzisz Ifinity?

Do tej pory nie ma produktu, który można by kupić “z półki”, a który dawałby wiedzę o tym, gdzie są ludzie na poziomie minus 1200 metrów – mówię oczywiście o górnikach. Jak następuje katastrofa, zawał, kopalnia nie wie gdzie są pracownicy. Znają mniej więcej obszar, ale nie istnieje działająca w takich warunkach precyzyjna lokalizacja.

Po tragedii w kopalni Rudna, gdzie zginęło 8 górników, służby ratunkowe ręcznie przekopały 800 metrów skały. Tamto wydarzenie było nie do przewidzenia, wystąpiło naturalnie, ale wiedza o tym, gdzie ktoś był w momencie zawału, mogłaby skrócić czas poszukiwań.

Inny przykład – kiedy strażak ginie w ogniu, to najczęściej z tego samego powodu, nie można szybko i precyzyjnie ustalić jego lokalizacji. Zawsze jest jakiś czas na uratowanie – który marnowany jest na poszukiwania prowadzone w zasadzie po omacku.

Technologia, która w tej chwili częściej umożliwia “uzyskanie 15% rabatu” po przepisaniu do aplikacji kodu… wiszącego na plakacie, może ratować ludzkie życie.

Akcja w muzeum w trakcie pożaru? Wyobraź sobie wnętrze zasnute dymem tak, że nie widzisz własnej dłoni, a musisz wynieść bezcenne dzieła sztuki. Z odpowiednią technologią, strażak może niemal natychmiast ruszyć do akcji, prowadzony jak po sznurku. To nie są plany. Do takich projektów już w tej chwili dostarczamy nasze unikatowe technologie lokalizacji.

Mam wrażenie, że do tej pory o beaconach słyszałem tylko w kontekście biznesowym, ewentualnie edukacyjnym czy nawigacji. To, co mówisz, daje zupełnie nową perspektywę.

To nie jest nowa perspektywa. To też nie zawsze są beacony. Pewnie powinienem powiedzieć, o ironio, że rzadko to są beacony. Technologii lokalizacyjnych mamy w tej chwili kilka – od BLE, po mikrofale (radar). Wartością jest system operacyjny, które te dane symultanicznie spina w jedną użyteczną informację zrozumiałą dla innych systemów.

Kopalnie eksperymentują z technologiami lokalizacji od kilkudziesięciu lat. Są tam jakieś systemy, ale skomplikowane i niezunifikowane. Skała jest bardzo niewdzięcznym materiałem jeśli chodzi o propagację fal radiowych. Nagle się okazuje, że technologie, które wytworzyliśmy, proste, wręcz minimalistyczne, świetnie się sprawdzają w takim otoczeniu.

Wszyscy inni próbują robić hi-tech i na przykład stosować WiFi. Robiliśmy testy z maszyną, która, po włączeniu oświetlenia ledowego z generatora, tak “sieje”, że WiFi nie działa w promieniu 100 metrów.

Analiza przepływu ludzi pod ziemią, ale także maszyn, predyktywne przewidywanie zużycia narzędzi i tak dalej – niesie wartość nie tylko w kontekście bezpieczeństwa, ale także optymalizacji kosztów i czystego biznesu. Średniej wielkości kopalnia posiada kilkaset kilometrów korytarzy – mindblow! Wyobraź sobie system lokalizacji na takiej powierzchni, 1200 metrów pod ziemią.

Tematy, o których tu mówię, mocno mnie angażują i częściowo są powodem, dla którego zniknęliśmy z mediowego radaru. To, że o tobie piszą, nic nie wnosi do twojego rozwoju.

Startupy są przecież sexy.

I to jest ich cholerny problem.

Pewnie, korporacje i duże instytucje chcą z tobą gadać, chcą, żebyś robił im prezentacje, organizował warsztaty. Myślisz, że cokolwiek z tego kończy się kontraktem? No nie. Co więcej, te firmy wiedzą o tym od początku, ale wiesz – to jest “fajne”, “innowacyjne”. Prezesi wielkiego przemysłu robią sobie z tobą zdjęcia, a na koniec dnia nikt nie ma ochoty robić z tobą biznesu.

Może to lekka przesada…?

Inaczej – ma ochotę, ale nie znajdziesz z nimi wspólnej przestrzeni dla swojego produktu. Startupy nie poświęcają wystarczająco dużo czasu na poszukiwanie prawdziwych problemów, które mogłyby rozwiązać. Dlatego tak mało widać tu historii sukcesu, choć oczywiście pojedyncze przypadki dostrzegam.

Wiem, generalizuję, ale… szczerze – nie mam w tym miejscu wyrzutów sumienia. Zamiast tracić czas na korporacyjny akcelerator – idź lepiej do kluczowego partnera tej organizacji i się z nim dogadaj. W przeciwnym wypadku zawsze będziesz traktowany jak dzieciak w nocnym klubie dla dorosłych. Startupy i ich młode technologie nie są wystarczająco dojrzałe, żeby wytworzyć istotną wartość w tak dużych podmiotach.

Miejmy trochę pokory. Znacie jakąś inną branżę, gdzie ktoś z 2 miesięczną firmą chce biec do prezesa wielomiliardowej spółki z pomysłem i poradą, jak odmienić jego biznes?

Nie sądzisz, że ta “moda na startupy” to po prostu okres na krzywej trendu, po którym przychodzi korekta? Pęka bańka?

Albo jest to immanentna cecha tej branży. Nie zawsze rozwiązywanie problemów w sposób cyfrowy jest najlepsze; my zwykliśmy mówić, że to, co czyni startup – startupem – ta jego nowotechnologiczność, to objawienie, coś, co musi być. Chodzimy i ewangelizujemy, że wszystko musi być cyfrowe – ale nikt nie zastanawia się, dlaczego.

A problem z prawdziwą technologią jest taki, że wprowadzając coś naprawdę innowacyjnego, musisz stworzyć sobie rynek, co wiąże się, długofalowo, z ekstremalnymi kosztami i koniecznością poświęcenia lat pracy. A często ludzie pracujący przy tego typu biznesach naiwnie wierzą, że szeroka dyfuzja zostanie osiągnięta szybciej, niż w rzeczywistości. Rynkowa adaptacja totalnie nowych rzeczy, to maraton na co najmniej 10 lat.

Sam pamiętam, jak 3 lata temu mówiłem, że beacony będą dziś wszędzie; no nie. Oczywiście nie mam wątpliwości, że w przyszłości nie będzie istnieć urządzenie, które nie identyfikuje się cyfrowo – pytanie, kiedy i czy masz na to kapitał.

Dlatego każda technologia musi znaleźć sobie nisze, które może od początku zmonopolizować i utrzymać się z ich monetyzacji. Niestety, w tej części świata, w której żyjemy, nie ma co liczyć na trzy rundy finansowania i 10 lat na stworzenie rynku – to się tu nie wydarzy.

Tu masz jedną rundę zalążkową (seed) w kwocie od 20 tysięcy do miliona dolarów i po jej wykorzystaniu musisz być rentowny; w innym wypadku, koniec. To definitywnie wyklucza prawdziwie innowacyjnego produkty. Być może dlatego ich tu ciągle nie widać?

Ja planowałem to trochę na dłużej, ale byłem w stanie przeformatować firmę i nie potrzebujemy kapitału inwestora, żeby dalej funkcjonować.

Zanim pieniądze się skończyły, a one mają to do siebie, że zawsze się kończą (śmiech), zredukowaliśmy wszystkie  koszty zbędne do funkcjonowania. Obcięliśmy też rozbudowane R&D, bo produkty, które wcześniej wytworzyliśmy, używamy dziś jako narzędzia i nie rozwijamy ich dla samego rozwijania. Każdy kolejny krok z produktem jest wykonywany dopiero w momencie implementacji – czyli musi na siebie zarobić. Nie ma w tym nic odkrywczego, tak działa każda, “staromodna firma”.

Utrzymuje się ze swoich klientów.

Dokładnie. Tego wiele startupów naprawdę wciąż nie rozumie. Dobry klient wart jest 10 razy więcej, niż najlepsze VC.

Opowiedz o programie Horyzont 2020.

15 partnerów z całej Europy, zajmujących się sztuczną inteligencją, e-learningiem, gamifikacją i tak dalej, oraz my, dostarczający technologię lokalizacyjną, w obrębie projektu edukacyjnego, realizujemy małą rewolucję w nauczaniu.

Projekt nazywa się Beaconing i został sfinansowany przez Komisję Europejską w ramach H2020. Budżet wielkości  7 milionów euro (podzielony pomiędzy wszystkich partycypujących w projekcie) pozwala nam na pracę nad ambitnym projektem, który na koniec stanowić będzie także wartość komercyjną. Jesteśmy na półmetku, po 18 miesiącach zamknęliśmy raport finansowy i merytoryczny, bardzo dobrze oceniony przez ekspertów, którzy nasz wkład ocenili jako jedną z głównych wartości innowacyjnych całego projektu

Co ciekawe, liderem projektu jest Coventry University, dla którego my jesteśmy konsorcjantem. W innym wypadku byłoby nam ciężko do takiego programu się dostać; za to placówki edukacyjne mają niemal stuprocentową skuteczność w zdobywaniu tego typu grantów. Kolejna wskazówka dla startupów – szukajcie partnerstw!

Jak duże jest Ifinity?

Zależy, jesteśmy bardzo elastyczni. Od kilku osób do 20 maksymalnie. Wraca “myślenie kontraktowe” – nie zatrudniasz 60 czy 100 osób i tworzysz produkt za pieniądze funduszu, tylko oursource’ujesz. Większość produkcji software i hardware dzisiaj outsourcuje na zewnątrz, w szczególności aplikacje klienckie.  Nie chcę się tym zajmować – nie stać mnie dzisiaj na takie podejście.

Dlaczego? Mówisz o front-endzie?

Tak, tak. Core naszego biznesu to jest silnik; z frontem nie chcemy mieć nic wspólnego. To kosztuje mnóstwo zasobów i odciąga od tego, w czym jesteśmy pionierami. Chcemy dostarczać dane lokalizacyjno-kontekstowe, a nie “warstwę wyświetlaną”.

Czy praca nad tymi technologiami lokalizacyjnymi to obecnie twoje główne zajęcie?

Powiedziałbym, że 70 procent. Zajmują mnie także kwestie związane z Astropolis.pl – dostarczam zaawansowany sprzęt do obserwatoriów astronomicznych oraz dla astrofotografów amatorów, działam jako konsultant, czasami projektuję (aplikacje i interfejsy), opowiadam o technologiach na różnych imprezach, a jak zostanie mi jeszcze trochę czasu to prowadzę kilka projektów contentowych, w tym VRKingSingularity.pl, co jeszcze…

Sprzedajesz oczyszczacze powietrza!

No tak! Nie wiem, czy powinienem o tym mówić, bo zbyt duży PR w tym obszarze pobudza konkurencję. (śmiech) Ale ona się już chyba pobudziła.

Opowiedz o tym.

Akcję wejścia na ten nowy rynek przeprowadziłem w styczniu tego roku. Wykorzystałem know-how, które miałem z akcji specjalnych z moją społecznością astronomiczną, gdzie dostarczałem ludziom sprzęt w dobrych cenach. Mówię tutaj o imporcie na przykład 200 kamer astronomicznych, naprawdę drogich, ale na przykład z 40-procentowym rabatem. Widzę często po kupujących, że w takiej sytuacji kupują impulsywnie – bo po prostu nadarza się okazja.

Chciałem się przekonać, czy można przenieść ten model grupowych zakupów na coś innego. Szukałem pomysłu od jakiegoś czasu, żeby sprawdzić, czy “social media sprzedają” (śmiech).

Pomysł przyszedł sam, kiedy na początku roku media wpadły w szał jeśli chodzi o temat smogu. Zrobiłem reaserch, a kiedy znalazłem odpowiedni produkt (model produkowany przez Xiaomi – niedostępny w Polsce), wrzuciłem post na Facebooka.

zarabiasz
The Wall NGC7000Adam Jesionkiewicz

Przy takich akcjach społecznych, każdy detal ma znaczenie. Zamiast od razu robić “sales pitch”, umieściłem informację, że rozglądam się za konkretnym rozwiązaniem tego problemu i udostępniłem amatorski, google’owski formularz, żeby zebrać dziesięć, a później sto, osób. Chodziło o to, aby zachować charakter “zrywu społecznego”.

Przy formularzu była deklaracja, że zamówienie nie uda się, jeśli nie uzbieramy stu osób zainteresowanych zakupem – i prośba o to, aby go udostępnić. No i poszedł viral.

Miałem wstępnie umówione warunki na dostawę tych kilkudziesięciu sztuk, które mogliśmy kupić niemal od ręki. Nasz dostawca, kiedy po dwóch dniach od odpalenia formularza zobaczył, o jakiej ilości rozmawiamy… spuścił nas na drzewo.

Przy 500 sztukach powiedział nam, że chyba postradaliśmy zmysły; że nie ma co liczyć, aby ktoś nam tyle sprzedał. A to dlatego, że w Chinach był rekordowy smog i Xiaomi regalmentował sprzęt do swoich lokalnych dealerów.

Zatrudniliśmy ludzi na miejscu, wynajęliśmy magazyny i zaczęliśmy skupować towar z rynku. To było naprawdę stresujące. Akcja godna sensacyjnej książki.

To się po prostu wymknęło spod kontroli.

W szczytowym momencie robiliśmy 150 tysięcy przychodu na godzinę. Daj ludziom to, czego potrzebują w danym momencie, za dobrą cenę – i to wystarczy. (śmiech)

Akcję zatrzymałem ostatecznie po kilku dniach przy około 1000 zamówień, bo naprawdę przestraszyłem się, że będzie problem, żeby je wszystkie zrealizować. Ja jestem człowiekiem starej daty i dla mnie reputacja jest święta – i nigdy nie pozwoliłbym sobie na to, żeby “nie dowieźć”.

Pojawiło się oczywiście mnóstwo mniej lub bardziej spodziewanych problemów, myśmy w zasadzie już na walizkach siedzieli, żeby lecieć i samodzielnie to nadzorować. Kłopot z transportem wywindował mocno koszty (musieliśmy przerzucić kontener do samolotu), ale ostatecznie, przekroczyliśmy zadeklarowany moment dostawy zaledwie o tydzień, i tak utrzymując bardzo sensowną marżę.

To był naprawdę spory sukces, po drodze pojawili się partnerzy, którzy pomogli nam między innymi z kwestiami logistycznymi – zawiązaliśmy spółkę LifePlanet, zarejestrowaliśmy ją zdalnie, nie widząc się nawzajem, i działamy, sprzedając już w trybie ciągłym. Teraz zaczyna się “sezon na smog”, więc notujemy zwyżki, i zastanawiam się, co z tym dalej. Jest tu spory potencjał, ale tego typu biznesy wymagają dużo uwagi. LifePlanet teraz zarządza moja żona, negocjuje dostawy sprzętu – bo to właśnie z tym mamy największy kłopot, popyt jest aż za duży. LifePlanet ma potencjał stać się bardzo solidnym, generującym dobre zyski, staromodnym biznesem. W zasadzie zarabiał dużo, zanim w ogóle powstał. Nie wymagał nawet 1 zł inwestycji. To jest zjawisko obok którego nie można przejść obojętnie.

Po całej tej wiosennej zawierusze smogowej, posiedziałem trochę nad danymi i przeanalizowałem dynamikę, i chociaż w przypadku virala trudno określić jego granicę, to moje szacunki pokazywały, że przy tamtej akcji mogliśmy sprzedać nawet 30 tysięcy urządzeń.

Może zacznijcie je sami produkować?

Oczywiście, myślimy o tym. Póki co jednak nie spotkaliśmy na tyle zaangażowanego partnera, który byłby w stanie dźwignąć skalę i jakość, na której nam zależy.  Na razie chcemy wprowadzić na rynek sensory smogu; ludzie, którzy posiadają oczyszczacze, często uruchamiają je w trybie auto, przez co te pracują na najniższych obrotach. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jaki syf wisi w mieszkaniach, a ludzie są tego zupełnie nieświadomi. Myślę, że tutaj też spokojnie w tysiącach będziemy liczyć zamówienia.

Elon Musk

Jak mało kto – dzięki połączeniu perspektywy biznesowej i kosmicznej – rozumiesz rozmach, z jakim działa Elon Musk. Niedawno ogłosił rozpalające wyobraźnię plany kolonizacji Marsa, podając nawet konkretną datę startu takiej misji – 2024. Co ty o tym myślisz? Z jednej strony jego autorytet i “record track” pozwala sądzić, że nie gada kompletnych głupot, a z drugiej – wielu internetowych specjalistów zwraca uwagę, że póki co pokazał kilka renderów i czym tu się właściwie emocjonować…

Wszystko, co przedziera się do mainstreamu – jakaś idea osiąga stan, w którym wszyscy o niej mówią – generuje całą masę “ekspertów”,  funkcjonujących na zasadzie zaprzeczenia. Oczywiście, że Elon porusza się częściowo na pewnym poziomie ogólności, czego zazwyczaj internetowi dyskutanci nie dostrzegają.

Ale nie o to w tym chodzi.

Można powiedzieć, że firmy Elona zapładniają nowe branże. Dzisiaj największe koncerny motoryzacyjne ogłaszają miliardowe budżety na stworzenie własnych aut elektrycznych – to by się nie wydarzyło, gdyby nie Tesla. A przynajmniej nie teraz – potrzebny jest bodziec, wizjoner.

To samo dzieje się z misjami kosmicznymi. Wcześniej nikt na serio nie myślał o tym, żeby sektor prywatny brał w nich udział. Pamiętam zresztą rozmowy na moim forum astronomicznym, Astropolis, gdzie ludzie będący naprawdę specjalistami z dziedziny kosmonautyki zażarcie argumentowali, że podbój kosmosu może odbywać się tylko ponad korporacjami, na poziomie państw. I nagle jeden gość daje początek prawdziwemu, komercyjnemu rynkowi na tego typu usługi.

I w ten sposób porusza branże – Musk nie jest już jedynym, który chce to robić, choćby Jeff Bezos i jego Blue Origin i parę innych, mniej medialnych inicjatyw.

No dobrze, ale do meritum – co, jeżeli SpaceX się przeliczy? I nie uda im się tego dowieźć?

To nie ma znaczenia. Wartość wniesiona jest znacznie cenniejsza, niż osobisty sukces Muska. On jest tego świadomy – uwolnienie patentów w Tesli czy Solar City dokładnie to potwierdza. Wie, że nie da się tego zrobić w pojedynkę, to jest zbyt duży obszar. Na zasadzie paradygmatu konkurencyjności pobudza inne firmy.

Jego porażki bywają spektakularne – autonomicznie prowadzone Tesle zabijają pierwszych ludzi, rakiety SpaceX w blasku eksplozji rozwalają kosmicznie drogie zabawki dużych chłopców (np. satelity Marka Zuckerberga), i co? I nic… Żadnych konsekwencji, które wieszczyli od dawna pesymiści.

Prawdę mówiąc, sam w pierwszym odruchu odnosiłbym się do jego renderów sceptycznie. Rzecz w tym, że on to jednak… robi. Pamiętam, jak zapowiadał, że będzie latał na Międzynarodową Stację Kosmiczną jak pociąg towarowy. Wszyscy pukali się w głowę.

Myślę, że tamta deklaracja była dla niego trudniejsza, niż deklaracja, że poleci na Marsa. Najtrudniej wykonać ten pierwszy krok, ekonomicznego poderwania się z Ziemi i ucieczka z orbity.

Pod wpływem SpaceX także NASA zmienia swoją narrację i także skłania się ku realizacji nowych misji na Księżyc i Marsa – w tym załogowych. Ktoś, kto mówi, że to nie ma wartości albo jest nieosiągalne w sensownej perspektywie, jest dla mnie oderwany od rzeczywistości, nie zdaje sobie sobie sprawy, na jakim etapie te wszystkie inicjatywy już są.

Geniusz Muska polega na synergii wszystkich jego inicjatyw. Obstawił sobie wszystkie kluczowe obszary: transport, energia i eksploracja kosmosu. Wynalazki z każdej tej dziedziny wzajemnie się przenikają.

Wiedza, dzięki której układa solarne dachówki na waszych dachach przez SolarCity jest wykorzystywana w misjach kosmicznych – tak samo, jak doświadczenia z bateriami z Tesli. Know-how w dziedzinie materiałów kompozytowych ze SpaceX daje nowe rewolucyjne możliwości przy budowie choćby samochodów. Do tego OpenAI, HyperLoop i kilka innych projektów.

Misja na Marsa nie byłyby w jego zasięgu gdyby nie doświadczenia rozumiane jako suma wiedzy ze wszystkich jego firmowych zasobów. Każdy, kto wątpi w jego zapowiedzi nie bierze tej kwestii pod uwagę, a ona jest tu naprawdę kluczowa. Skala wyzwania jest po prostu zbyt duża jak na jedną specjalizację technologiczną.

Mówiąc krótko – jeżeli Musk zrealizuje 10 procent swoich planów, to i tak jeszcze do niedawna byłoby to kompletnym science-fiction. Dzięki naciskowi na obniżanie kosztów eksploatacyjnych, jego rozwiązania przyczyniają się do szybkiego rozwoju całej kosmicznej branży.

 

Technologia

Nie masz takiego wrażenia, że jako ludzkość popadliśmy w kult technologii? Coraz więcej tematów, jak chociażby eksploracja kosmosu w dużej skali, przedłużanie życia, rozwój sztucznej inteligencji – coraz częściej rozpatrywanych jest nie w kategorii “czy”, tylko – “kiedy”. Czy istnieją jakieś granice, wyznaczone prawami natury, które są nieprzekraczalne?

Zależy, na jakim poziomie dyskutujemy – nauki czy marzeń. Jeśli nauki, to możemy wypowiadać się tylko na podstawie tego, co dziś wiemy, a na dziś osiągnięcie nieśmiertelności czy, powiedzmy, znalezienie życia w kosmosie, jest niemożliwe.

Ale mówiąc o marzeniach, wizji, prawdopodobieństwie – perspektywa się zmienia. Użyłbym tu określenia “hackowanie” – jeśli przekroczenie jakiejś granicy wprost wydaje się nie do zrobienia, to być może uda się to zrobić w jakiś inny sposób. Podróż z prędkością światła jest wykluczona z fizycznego punktu widzenia, ale może da się skrócić czasoprzestrzeń? I zrobić to inaczej.

Co to jest osobliwość?

Fizyczna czy technologiczna?

Technologiczna.

Jeżeli wychodzimy od teorii wykładniczego wzrostu przyspieszenia technologicznego, i do tej pory zmiany paradygmatu następowały w okresach co tysiąc lat, potem co sto, co dziesięć – jak smartfony, którym zajęło to 6-7 lat – to kolejna technologia zrobi to w 3 lata. Potem w rok, w dzień, w sekundę – aż dojdziemy do momentu nieskończonego tempa. Stąd językowa analogia do osobliwości (ang. singularity) w czarnej dziurze – gdzie czas i przestrzeń, pod wpływem ściśnięcia ogromnej masy w punkcie, zaginają się w sposób nieskończony. I tak jak z horyzontem zdarzeń – nie możemy za niego zajrzeć, tak w przypadku osobliwości technologicznej, nie jesteśmy w stanie konkretnie przewidzieć, jak będzie wyglądał wtedy nasz świat.

Oczywiście jest to bardzo abstrakcyjna definicja – działa na wyobraźnię. Według mnie, nie musimy czekać na Singularity, żeby zauważyć, że “Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”.

Zamierzasz wsiąść do pociągu “sztuczna inteligencja”?

Pewnie na razie nie, bo to wymaga specyficznych kompetencji. Póki co ten temat jest mocno spłycany; w tej chwili sztuczna inteligencja to dopisywanie do nazwy firmy skrótu “AI”… są firmy, które niby w inteligentny sposób automatyzują sprzedaż, a tak naprawdę w biurze siedzi 20 osób i ręcznie przeczesuje internet w poszukiwaniu leadów… Albo przykład apki do rozpoznawania zdjęć – “silnik” tej “sztucznej inteligencji” stanowiło 800 osób siedzących w wynajętym call center na Filipinach. (śmiech)

Dziś to jest buzzword i patrząc na krzywą trendu zapewne jesteśmy w okolicach przesadzonego hype’u, ale nie mam wątpliwości, że za jakiś czas ten szum oddzieli się od faktycznych rewolucji i to one będą zmieniać nasze życie.

Mógłbyś zapytać więc, czy chciałbym to robić.

Pewnie, że bym chciał! Ale to, póki co, przekracza moje możliwości. Tym bardziej, że osią rozwoju tej technologii są ośrodki uniwersyteckie i “grzebanie” w tym temacie wymaga, aby być w naukowym epicentrum, najlepiej na Stanfordzie. Często ludzie, którzy pracują w Google, Facebook, czy OpenAI, mogą połowę czasu przeznaczać na pracę akademicką, przepływ wiedzy i pieniędzy między tymi światami jest zupełnie naturalny.

U nas albo jesteś w nauce, albo w biznesie, nie ma nic pośrodku. To niestety kolejny prawdopodobny powód, dlaczego tu, w Polsce i w tej części Europy, w zasadzie nic innowacyjnego nie powstaje. Ta polaryzacja jest wręcz irracjonalna.

U nas w kraju nauka nie może się przytulać do biznesu, bo to źle wygląda.

Jak popatrzysz na Dolinę Krzemową czy Izrael, dostrzeżesz, że sukces tych ośrodków jest wypadkową współpracy środowiska akademickiego, biznesu i administracji, czyli państwa. Silicon Valley bez zamówień publicznych w latach 50. i 60.,  pochodzących np. od przemysłu militarnego, nie byłoby dziś tym, czym jest. W zasadzie to nawet komputerów byśmy nie mieli, bo przecież wszystko to, co robiło w tym obszarze np. MIT, było finansowane przez amerykańską armię.

A u nas “zamówienia publiczne” plus biznes i nauka równa się – korupcja. Uczestnicząc w różnych panelach dyskusyjnych, czy debatach “trójkąta” (biznes, nauka, administracja), odnoszę wrażenie, że ciągle nie jesteśmy gotowi na taką fuzję kompetencyjną. Oczywiście doszliśmy już do etapu, w którym naukowcy zaczynają rozumieć, że komercjalizacja wyników badań może być tak samo istotna, jak badania same w sobie.

Nawet administracja publiczna przestaje widzieć w przedsiębiorcach tylko typowych cynicznych handlarzy nastawionych jedynie na złodziejski zysk. Fajnie. Ale dopóki nie zaczniemy łączyć sił i budować wspólnych projektów, to kwestia zaufania pozostanie jedynie fatamorganą. Z drugiej strony zmiana społecznej mentalności to nie jest zadanie na 1 pokolenie. Trzeba być cierpliwym.

Podobny problem mamy w relacjach ze spółkami Skarbu Państwa. Tu też z natury pojawia się słowo – korupcja. To źle, bo rola tych organizacji w rozwoju innowacji technologicznych jest wybitnie ważna. Dzisiaj każdy musi sobie tę drogę wydeptywać samodzielnie, choć nie zawsze jest to możliwe.

Tak naprawdę, w 99% przypadków nie jest to możliwe w ogóle. Problem nie wynika z braku pomysłów, czy technologii, które można wspólnie przetestować. Problemem jest strach decyzyjny. W jednym z projektów dla dużej firmy ubezpieczeniowej przez blisko 10 miesięcy pracowaliśmy tylko nad papierami, które stanowiły potencjalny “dupochron” w razie pojawienia się trzyliterowej agencji, która zada pytanie: “Jakim prawem pracujecie z malutką, 2-letnią firemką?”.

Jeśli myślimy o przyspieszeniu rozwoju całego sektora technologicznego, to sądzę, że spółki Skarbu Państwa powinny być zobligowane do wydawania jakiegoś małego procentu budżetu z przetargów na rozwiązania firm innowacyjnych. W ten sposób moglibyśmy zmniejszać dystans. To dzieje się właśnie we wspomnianym Izraelu.

Startupy nie potrzebują pieniędzy – startupy potrzebują kontraktów. One dają nie tylko cash flow, ale pozwalają rozwijać produkt w zgodzie z potrzebą rynku. System, w którym przetarg wygrywałby najlepszy – a nie, tak jak teraz, najtańszy – z pewnością przyczyniłby się do powstania świetnych nowych firm. Zrobienie czegoś dla wielkiej kopalni otwiera nam rynek na cały świat.

To dlatego nie robicie już projektu dla Warszawy?

Myśmy byli odpowiedzialni za wdrożenie 4 projektów pilotażowych, po których przyszedł czas na kolejne wdrożenie – znacznie większe od poprzednich. Do przetargu postanowiliśmy pójść z Comarchem. Pomyślałem, że połączenie kompetencji startupowych, czyli innowacyjnego, niestandardowego myślenia, a z drugiej strony – ogromnego doświadczenia firmy o ustabilizowanej pozycji na rynku, będącej gwarancją jakości, będzie świetnym rozwiązaniem. Projekt, który był wart kilka milionów, chcieliśmy zrobić tylko po to, żeby się spiął, a i tak wygrała firma, która zaproponowała rozwiązanie warte “przysłowiowe 500 tysięcy”. Śmieszne pieniądze w kontekście tego projektu.

Wiem, że ta decyzja wywołała poruszenie, były odwołania od tej decyzji – nie nasze, innych startujących w przetargu firm – ale kiedy chodzi o software, trudno udowodnić, że coś ma “rażąco niską cenę”. Nie chcę być złym prorokiem, dlatego życzę im jak najlepiej, ale będzie im naprawdę trudno się zmieścić w tym budżecie.

Wygląda więc na to, że temat miasta Warszawa jest dla nas zamknięty. Swoje w Warszawie zrobiliśmy, czuję się co najmniej ojcem chrzestnym Virtualnej Warszawy –  włożyłem w nią wiele pracy i serca. Jestem z tego dumny i mimo przegrania ostatniego przetargu liczę, że kiedyś uda się nasze pilotaże przeskalować w istotne narzędzie dla osób niewidomych, ułatwiające im codzienne życie.

Teraz możemy skoncentrować się na innych, nie mniej angażujących, projektach.

Możesz o jakimś opowiedzieć?

Ifinity IL, nasza partnerska spółka w Izraelu, prowadzona przez dwóch lokalnych ekspertów branży IT ze świetnymi kontaktami, pracuje nad bardzo obiecującymi kontraktami. W tej chwili instalujemy naszą technologię w jednym z rządowych budynków o ogromnym znaczeniu.

W Polsce mamy 2 projekty na “tapecie” związane ze strażą pożarną i ochroną budynków. Niestety, nic więcej o nich nie będę mógł powiedzieć, ale praktycznie wszystkie wykorzystują nasze dane lokalizacyjne generowane w czasie rzeczywistym do czegoś bardzo ważnego (ochrona i ratowanie mienia i życia). Poza tym, część z nas jest w 100% oddelegowana do pracy nad wspomnianym projektem H2020 – Beaconing z Coventry University i innymi partnerami z całej Europy. To bardzo angażujący projekt i potrwa jeszcze prawie 20 miesięcy. Po więcej szczegółów zapraszam na stronę projektu: http://beaconing.eu/insights/the-who/

Jedna ważna uwaga – czytając te opisy ktoś może pomyśleć, że jesteśmy wielką, poukładaną firmą. Nie, bynajmniej. Ciągle walczymy o powietrze, co chwila się podtapiając. Szukamy miejsca dla siebie i aktualne projekty są wynikiem poszukiwania tej drogi. Trudno jest nam być firmą ”produktową”, ale całkiem nieźle radzimy sobie w “projektach”.

To oczywiście przekłada się na model biznesowy, bo nie da się nas tanio skalować. Dlatego musimy wybierać branże, gdzie marża będzie relatywnie największa.

Poproszę o poradę dla początkujących startupowców.

Nie powinienem nikomu udzielać rad. Mogę tylko powiedzieć, co na tę chwilę mi się ”wydaje”. Przede wszystkim – nie róbcie PR-u na początku drogi! Ale to porada, której nikt nie potraktuje serio.

Powiem inaczej – przeczytajcie dwie książki. Jedną, o bezsensownym solucjonizmie, w którego sidła pewnie już wpadliście: “To Save Everything, Click Here” – Evgeny Morozov; i drugą, która niedawno ukazała się po polsku z tak kretyńskim tytułem, że nawet go nie powtórzę, polecam w oryginale: “Disrupted: My Misadventure in the Start-Up Bubble” – Dan Lyons.

Ta pierwsza obnaża bezsens obsesyjnego pędu do rozwiązywania problemów, które w rzeczywistości nie istnieją lub ich rozwiązanie jest większym problemem, niż ten pierwotny, zaś ta druga – dekomponuje mit startupowy, odczarowuje seksowną wizję tego, czym jest startup. Po ich lekturze zadaj sobie dwa, ale bardzo ważne pytania: czy chcesz robić startup zamiast firmy? Oraz, czy twój pomysł jest naprawdę ważny i komukolwiek w czymś wartościowym pomoże?

Tak naprawdę jest jeszcze trzecie: czy na pewno musi to być internet, mobile, AR, VR?

Nie dziw się później, że twój “tępy” sąsiad jeździ nową Panamerą, a wakacje spędza na Mauritiusie. Tobie została hulajnoga, Koszelówka, i przekonywanie siebie, że to jest cool, sexy startupowanie.

W rzeczywistości to on dostarcza coś potrzebnego, za co wielu ludzi płaci mu z radością, a ty palisz czas i pieniądze na mit. Patrząc z perspektywy składni logicznej, mogą pojawić się wątpliwości, kto tu jest tak naprawdę bystry. Nie?

Ale może ten mit jest jednak potrzebny po to, żeby przyciągnąć pieniądze? Klientów czy inwestorów. A potem, na zasadzie dyfuzji, pozytywnie zyskują także mniej medialne inicjatywy, które jednak rozwiązują realne problemy?

Ten mit, o którym mówisz, działa w USA. To ma tam sens! Napompuj wycenę startupu, bo to wpływa bezpośrednio na wycenę przy IPO, a potem zaplanowaną akwizycję. Każdy fundusz, który ładuje ogromne pieniądze w kolejnych rundach, przy wejściu na giełdę, ma szansę “skeszować” ten mit.

A u nas? Wykreujesz wartość swojego startupu, irracjonalnie, i gdzie jest moment konsumpcji tej wartości? Jeśli nie masz “z tyłu” twardego biznesu, to na rynku przepadniesz, a o giełdzie nawet nie będę mówił. U nas startupy nie wchodzą na giełdę. Naśladujemy amerykański rynek, co u nas zupełnie nie ma przełożenia.

Może zabrzmi to brutalnie, ale krajowym startupowcom radziłbym, żeby robili rzeczy użyteczne i potrzebne tu i teraz. Tak jak mówiłem, w Polsce nie możesz liczyć na cztery, pięć i więcej rund, które umożliwiłby ci stworzenie na przykład rynku na jakąś super innowacyjną usługę (niekoniecznie technologicznie, ale ideowo) i przetrwać na nim 10 lat bez konieczności natychmiastowego generowania zysku.

Produkt, który chcesz tu wytworzyć, musi mieć rynek. To dramatycznie zawęża pole do popisu – sztuczna inteligencja nad Wisłą nie powstanie.

Błędne koło.

Wszystko jest pewnym mitem. Istnieją trzy główne interpretacje rzeczywistości: obiektywna, subiektywna – co kojarzy większość ludzi, ale często zapomina się o tej trzeciej: intersubiektywnej. Rzeczy mają wartość, bo kolektywnie w nie wierzymy (istnieją tylko w głowie).

Dzięki temu funkcjonują nasze największe cywilizacyjne odkrycia, jak pieniądz czy państwo, ale i biznes generalnie. Tak się umawiamy i w to wierzymy. Ta intersubiektywność odróżnia nas ewolucyjnie od zwierząt. Mit startupu jest świetnym jej przykładem.

Problem polega na tym, że żyjemy w takim miejscu na świecie, gdzie nie wierzy się w mit startupu i nie potrafimy “umówić się”, że to ma wartość. Odwrotnie sytuacja ma się w Dolinie Krzemowej.

Pozbądźmy się tej naleciałości technologicznej – żeby wszystko, absolutnie wszystko cyfryzować. Nie róbmy ze wszystkiego Kickstartera czy Wikipedii, nie twórzmy apek które rozwiązują każdy możliwy problem, a w rzeczywistości komplikują życie. Jeżeli absolutnie wszystko będzie “zinternetyzowane”, doprowadzimy do algorytmizacji i unifikacji wszystkich dziedzin życia, nie będzie pola na błędy.

Cyfryzacja, zamiast różnorodności, przynosi nam monolit społeczno-kulturowy. Jakiejkolwiek branży by nie dotknęła tworzy jeden, jedyny wariant – monopol. Co więcej, obiecana demokratyzacja decyzji okazuje się być w rzeczywistości jarmarcznym badziewiem. Wola ludu nie oznacza najmądrzejszych eksperckich decyzji. Demokratyczna polityka dobitnie nam to uświadamia.

Może ten technosceptycyzm wynika u ciebie z pewnej przekory; pojawia się pod wpływem literatury, którą czytasz.

Na pewno ma to wpływ, ale to normalne; dlatego czytam książki z tak różnych dziedzin, pokazujące świat z przeróżnych perspektyw. Jednego roku jestem techno-optymistą, a drugiego popadam w techno-depresję.

Z drugiej strony to chyba nie jest tylko mój problem. Świat się zmienia. Dzisiaj “moja ignorancja” jest tak samo dobra, jak wiedza noblisty. Akceptujemy “płaską Ziemię”, wierzymy w zabójcze szczepionki… przeraża mnie to. Kwestionujemy fundamenty, które stworzyły wszystko to, dzięki czemu ludzie żyjący w XX i XXI wieku to najzdrowsi, najdłużej i najspokojniej żyjący ludzie w historii tej planety. W starożytnym Egipcie żyliśmy dwadzieścia kilka lat. Nie pamiętamy tego, a jak nie będziemy czytać, to nie będziemy mieć o tym bladego pojęcia.

Pointa do rozwoju technologicznego?

Jestem w punkcie, w którym to jest dla mnie naprawdę trudny temat. Nie jestem w stanie jednoznacznie się do tej kwestii odnieść; czy likwidacja, pośrednio i bezpośrednio, 25-30% wszystkich istniejących zawodów tylko i wyłącznie poprzez wprowadzenie autonomicznych aut, będzie rzeczywiście dobra?

Luddyści, palący maszyny w fabrykach, prędzej czy później znaleźli inną pracę. W przypadku powszechnej robotyzacji to już nie jest takie oczywiste – mówimy o zmianie cywilizacyjnej. Jaki będzie ten okres przejściowy? Jak wyjaśnić ludziom, że kiedyś ich zawód na 99 procent przestanie istnieć – że coś, w czym byli dobrzy, w czym się realizowali, zniknie?

Do tej apokaliptycznej wizji wcale nie trzeba czekać na AGI (Artificial General Intelligence), która może być faktycznie większym wyzwaniem, niż nam się dzisiaj wydaje. Do rewolucji wystarczą nam działające już dzisiaj algorytmy genetyczne, kognitywne, czyli paradygmat uczenia maszynowego połączonego z sieciami neuronowymi.

Nikt nie oczekuje świadomości i emocji od swojej lodówki, ale zrozumienia jego potrzeb i komunikacji w naturalnym języku – a to da się już zrobić dzisiaj. Tak samo z samochodami autonomicznymi, czy innymi robotami.

To wąska Sztuczna Inteligencja (ANI – Artificial Narrow Intelligence) w połączeniu z genetyką i nanotechnologią zmienią nasz świat. Najpierw na gorsze, a później na lepsze. Niech nas nie zwiedzie dysputa o “prawdziwym AI” – ANI już rozpycha się na świecie w bardzo różnych dziedzinach – zawstydzając nawet doświadczonych lekarzy, diagnozując raka o całą skalę efektywniej od nich. To już nie jest początek – to faza wzrostu.

Ale praca jest sensem naszego życia; mniej lub bardziej.

W pewnym, umownym sensie tak, ale z punktu widzenia rozwoju gatunku – jest tylko “wypadkiem przy pracy”. Miliony lat ewolucji przystosowały nas do życia w zupełnie innych warunkach. Biologicznie, my wcale nie jesteśmy przystosowani do otoczenia, w którym żyjemy i się realizujemy.

Można nawet zaryzykować tezę, że nasze DNA jest całkowicie niekompatybilne z dzisiejszym stylem życia. W tym więc sensie, AI uwolni ludzi, pozwoli nam wrócić do korzeni, kiedy “chodziliśmy po sawannie, polowaliśmy i zbieraliśmy orzechy”. Ale mentalności całego pokolenia nagle nie zmienisz – na całym świecie będą setki milionów, czy nawet miliardy ludzi, którzy nie będą mogli znaleźć na siebie pomysłu – będą sfrustrowani i agresywni (jak w dystopijnych wizjach z filmów S-F).

Mówisz o tym w taki sposób, jakby to “przesunięcie paradygmatu” miało dokonać się z dnia na dzień.

Ale tak właśnie będzie! Pamiętaj o logarytmicznym charakterze postępu technologicznego. Jest taka dobrze obrazująca to analogia: jeżeli będziesz podwajał ilość ziarenek ryżu na każdym kolejnym polu szachownicy, to chociaż na początku będą to śmieszne ilości, ostatnie z nich musiałbyś zakryć taką ilością, której nie wyhodowano nigdy w całej historii świata.

I my właśnie wchodzimy w drugi rząd tej szachownicy; na blogu Singularity piszę  nagłówki mówiące o takich technologiach i sytuacjach ich wykorzystania, które dosłownie 2-3 lata temu wirowały w sferze marzeń!

Zdaję sobie sprawę, że dzisiaj wielu ludzi zaczyna kwestionować to zjawisko. Uważają, że oklepane Prawo Moore’a dotyczące układów scalonych właśnie się wyczerpało. To karykaturalna krótkowzroczność. Moore i jego zjawisko to zaledwie kilkadziesiąt lat.

Ja mówię o postępie, który trwa miliardy lat, od pierwszych narodzin atomów i materii, chemii, DNA, biologii, która wytworzyła sieci neuronowe, a potem one opracowały nowe medium dla ewolucji – technologię. Całą tę historię charakteryzuje typowe tempo wykładnicze i z tej perspektywy dzisiejsze ograniczenia spowalniające Moore’a są tylko drobnym przeskokiem paradygmatu technologicznego, jak wcześniej komputery lampowe, czy tranzystorowe.

Ludzki mózg ma nieporównywalnie większą gęstość upakowania informacji niż jakiekolwiek współczesne komputery. Różnica potencjału obliczeniowego takiej sieci neuronowej jest o kilka magnitudo większa od twojego peceta. Jeżeli prymitywna ewolucja, mająca do dyspozycji tylko prosty budulec biologiczny, mogła sama dojść do takiego poziomu, to o sukces inteligentnej kreacji technologicznej jestem spokojny. Nie będziemy czekać miliardów lat, jak to miało miejsce z mózgiem. Mamy jeszcze bardzo wiele do wyciśnięcia z komputerów – niewyobrażalnie wiele.

A do tego trzy kluczowe dziś technologie – nanotechnologia, genetyka i robotyka – akcelerują się nawzajem, absurdalnie przyspieszając.

Ale musimy wziąć jeszcze pod uwagę okres propagacji technologii, jej przeniknięcia z elitarnych laboratoriów na rynek…

Jeżeli posłuchać Raya Kurzweila (wynalazca, szef AI Google), to mamy przed sobą niewiele ponad 10 lat do opracowania pełnej AI – czyli takiej, która dalej już będzie się sama rozwijać, a my przestaniemy rozumieć, o co jej chodzi. On opiera swoje predykcje na konkretnych danych – i tę datę przesuwa cały czas, w naszą stronę.

Te technologie, które już mamy na stole, które już działają i są w trakcie komercjalizacji, jak wspomniane wcześniej przeze mnie autonomiczne auta i machine learning, powoli zastępują człowieka w sferze kognitywnej, tak, jak do tej pory robiły to roboty w sferze automatyzacji czynności powtarzalnych. Ta “wąska sztuczna inteligencja” już się dzieje.

Jak zauważyłeś, lubię patrzeć na znacznie szerszy kontekst czasowy. To jest bardzo ciekawa metryka postępu cywilizacyjnego. Kiedyś szeroka adaptacja jakiegoś wynalazku zajmowała znacznie więcej czasu – nawet tysiące lat, jak choćby pismo. Potem inne kluczowe odkrycia pojawiały się coraz szybciej, przyspieszane przez te poprzednie (nakładające się).

100 lat druku, kilkadziesiąt lat elektryczności, kilkanaście lat telefonów komórkowych, i już tylko 7 lat smartfonów. Nie ma żadnych wątpliwości, że kolejna rewolucyjna w skali cywilizacyjnej technologia wykona swój marsz adaptacyjny w ciągu maksymalnie kilku lat – i już pewnie ruszyła. To zjawisko też ma charakter wykładniczy – bardzo wyraźny i oczywisty.

Ten wykładniczy rozwój technologii przyczyni się chyba do równie wykładniczego przyrostu problemów każdej możliwej natury; finansowych, społecznych, etycznych.

To dyskusyjna kwestia – patrząc na to, jak technologia z medycyną na czele, zwiększyła naszą oczekiwaną długość życia, czy zmniejszyła śmiertelność dzieci w 1 roku życia, a przede wszystkim w ciągu zaledwie 50 lat zmniejszyła procent ludzi żyjących poniżej progu ubóstwa z prawie 50% do 10%. To chyba pozytywne zmiany społeczne, finansowe, czy etyczne, prawda?

To jest fakt, obiektywny, ale my do niego lubimy dokleić ten wymiar intersubiektywny. Wierzymy w coś, co jest dokładnie przeciwne. Kiedy zapytamy siebie, to praktycznie każdy odpowie, że jest gorzej, chemia nas zabija, dziadkowie żyli dłużej i zdrowiej, etc. To oczywista bzdura, bo wiemy, że zaledwie jeszcze w XIX wieku już bym się żegnał z życiem (mam 43 lata).

Posiłkując się moją wcześniejszą definicją rzeczywistości, odpowiem na to pytanie następująco – w obiektywnej rzeczywistości, technologia fundamentalnie poprawia życie, jego długość i jakość. W intersubiektywnej rzeczywistości, czyli tej, która żyje tylko w naszych głowach, technologia stanowi problem na wielu gruntach.

Nagle może się okazać, że to nie problem ubóstwa jest krytyczny, ale rozwarstwienia. Człowiek, który nie jest w stanie zdobyć pożywienia, bez dostępu do wody pitnej, ma niewielkie zapędy o charakterze rewolucyjnym. Natomiast człowiek, mający mieszkanie, tani samochód, smartfona z dostępem do internetu, ale sfrustrowany bogactwem swojego sąsiada, jest w stanie sięgnąć po przysłowiowy sierp i poruszyć tłumy sobie podobnych do rewolucji. I tacy ludzi stanowią problem. Nie ci, którzy umierają z głodu, ale Ci, którzy nie mogą się pogodzić, że inni mają więcej, czasami absurdalnie więcej, co też jest problemem samym w sobie.

W czasach, w których dodatkowo Ci ludzie zaczną tracić pracę, będzie trzeba ich jakoś systemowo udobruchać.  Na poziomie struktur europejskich już teraz różne organizacje zastanawiają się, jak do tego podejść. Stąd chociażby eksperymenty z bezwarunkowym dochodem podstawowym (UBI). Nie wiem, czy to na dłuższą metę pomoże przezwyciężyć kryzys. Pewne jest jednak to, że wybór mamy binarny: albo UBI, albo wojna. No może jeszcze jest trzecie wyjście – i jedno i drugie.

Czy mamy, jako ludzkość, jakąkolwiek kontrolę nad tym, w którą stronę postępuje rozwój technologiczny?

Według mojej wiedzy i mojego przekonania – nie, żadnego. Tu trzeba odwołać się do tego, jak działa ludzki mózg. A jest to typowo probabilistyczna maszyna – działa czysto obliczeniowo, biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie zapisane w pamięci oraz chaos, czyli losowanie.

To coś, co nazywamy świadomością, a czasem intuicją, co pozwala nam posiadać subiektywne odczucie podejmowania decyzji “w zgodzie z naszym przeczuciem”, jest de facto wynikiem obliczeń lub zgadywaniem. Kiedy podejmujesz jakąś decyzję, to zastanów się, dlaczego akurat taką podjąłeś i czy na pewno jest ona czymś, co można określić wolną wolą.

Badania niestety wskazują, że nic takiego nie istnieje i mózg nas oszukuje wykorzystując do tego prosty trick – do świadomości dociera “decyzja” z opóźnieniem. To milisekundowe opóźnienie pozwala nam ulec złudzeniu. Każdy z nas doświadczył zapewne drobnych zaburzeń tego procesu – nazywamy je deja-vu. To chwilowa aberracja właśnie w czasie tego opóźnienia mózg – świadomość. Mamy wtedy poczucie, że wręcz przewidzieliśmy coś, co dopiero się wydarzy.

Jeżeli więc jednostka działała probabilistycznie, a nie świadomie, czy deterministycznie, to w dużej skali, całych społeczeństw, proces ten zachodzi tym bardziej. I nie mamy nad tym żadnej kontroli; nazwałbym to chaosem ewolucyjnym. Procesy myślowe w twoim mózgu działają podobnie do rozwoju DNA – nie możemy na nie wpływać. Technologia powstała dlatego, że to “białkowe życie” dochodzi do swoich granic – i technologia jest właśnie sposobem na dalsze rozprzestrzenianie informacji. Zostaje ona przeniesiona z komórek DNA czy sieci neuronowych dalej; na zupełnie inną przestrzeń.

Nie mamy wpływu na swoje decyzje – żadnego. I potwierdzają to badania – skanując twój mózg, możemy przewidzieć, jaką decyzję podejmiesz, zanim dotrze ona do twojej świadomości.

Przerażające.

Nie, dlaczego? Tak po prostu jest. Między momentem, w którym twój mózg podejmuje decyzję, a momentem, w którym to sobie uświadamia, mija jakiś okres czasu. I istnieje pewne schorzenie neurologiczne, które ten czas zaburza w sposób ciągły, o kolejne milisekundy. Tacy ludzie mają przekonanie o niemal boskich mocach – że niby przewidują, że ktoś ma nagle wejść do pomieszczenia czy to, że zaraz pęknie szklanka.

Co się stanie z religią, w momencie, w którym zrozumiemy absolutnie wszystko?

Myślę, że nie zniknie; my nie porzucamy religii jako zjawiska, a jedynie ją zmieniamy. Od politeizmu i dostrzegania w faraonie boskiej postaci po kult internetu, technologii i nauki – w tę niebezpieczną stronę zmierzamy teraz i trudno przewidywać, co nas czeka dalej. AI też ma wiele cech, które mogą jej pomóc stać się naczelną religią tej planety. Jeżeli wierzyć w szansę pojawienia się Super Inteligencji, to przypisywanie boskości takiemu bytowi może nie być do końca pozbawione logiki. Z perspektywy zwykłego człowieka może to być jedyne rozsądne określenie.

 

Do góry!

Polecane artykuły

23.04.2019

Monitor cen – przepis na sukces ...

Zapisz się do naszego newslettera

Wyślij mi newsletter (Możesz się wypisać w każdej chwili).

email marketing powered by FreshMail
 

Subscribe to our newsletter

Send me your newsletter (you can unsubscribe at any time).

email marketing powered by FreshMail
 

Subscribe to our newsletter

email marketing powered by FreshMail
 

Głodny wiedzy? Zapraszamy do sklepu z kursami i ebookami

Sprawdzam