15 komików, 120 występów miesięcznie. Stand-up Polska robi biznes na rozbawianiu ludzi

14.07.2018 AUTOR: Marta Wujek

W latach 70. na Bronksie w Nowym Jorku narodziły się pierwsze bity hip-hopowe. Zupełnie nowa muzyka, w której można było wyrażać swoje myśli wprost, bardzo szybko stała się popularna, rozprzestrzeniając się po nowojorskich klubach. Natomiast już w połowie lat 80. płyty artystów tworzących ten rodzaj muzyki zaczęły sprzedawać się w milionowych nakładach.


Niedługo po tym, w ślad twórców zza wielkiej wody, poszli młodzi Polacy. Pod koniec lat 80. pojawia się u nas Liroy, który szokuje wulgaryzmami w swoim przekazie.

Zaraz po nim legendarny Kaliber 44. Molesta, Paktofonika, Peja, WWo itd.. Muzycy bardzo szybko zdobyli ogromną popularność, a co za tym idzie pieniądze. Według „Business Week” z 2014 roku Peja w 2003 roku zarobił 700 tys. złotych!

Można by pomyśleć, że w dzisiejszych czasach na takie spektakularne kariery nie ma już szans. Po pierwsze obecnie popularność mija bardzo szybko, bo Internet zalewa nas nowymi propozycjami każdego dnia. Po drugie nie ma póki co tak znaczących nowych nurtów.

Tymczasem oddalając się od muzyki, ale pozostając w świecie artystów, jesteśmy świadkami rozwoju zupełnie nowej formy scenicznej. Stand-up zawitał nad Wisłę w okolicy 2008 roku, a w jego rozwoju możemy odnaleźć pewną analogię do hip-hopu.

Do tej pory nie było ich w telewizji, a jeśli nawet to w wybranych godzinach na wybranych stacjach. Nie są jeszcze popularni jak klasyczne kabarety. Kto nie słyszał o kabarecie Ani Mru Mru czy Limo? A kto słyszał o Stand-upie (nikomu nie ujmując w tym porównaniu)?

Niemniej w całej Polsce odbywają się setki występów stand-upowych w teatrach, klubach i kawiarniach. Panowie ze Stand-up Polska grają w całej Polsce i Europie! Ich kanał na You Tubie ma ponad 150 tys. subskrypcji, a wybrane filmy ponad dwa miliony wyświetleń!

Kim są? Członkowie Stand-up Polska tworzą największą w Polsce agencję stand-upową. Jednocześnie są założycielami tego nurtu w naszym kraju, choć sami nie chcą się do tego przyznawać.

Dziś jest już wielu stand-uperów, chociażby jeden z najbardziej znanych – Abelard Giza. Jednak kiedy Stand-up Polska stawiał swoje pierwsze kroki w tym gatunku, Giza był jeszcze związany z tradycyjnym kabaretem.

Spotkałam się z Karolem Kopcem i Antonim Syrkiem-Dąbrowskim, komikami i współtwórcami Stand-up Polska oraz z Bartoszem Ogrodniczukiem jednym z ich Managerów. Choć z samymi komikami ciężko rozmawiać w typowo biznesowym tonie (w końcu to prawdziwi artyści), tak Bartosz uchylił rąbka tajemnicy.

Antoni Syrek-Dąbrowski

standup
fot. mat. pras.

Marta Wujek, Marketing i Biznes: dlaczego nie ma was w telewizji?

Antoni Syrek-Dąbrowski: Oczywiście przydaje się ona i bywaliśmy w niej. Zapewne tego nie widziałaś, bo wciskali nas gdzieś w ostatnich 5 minutach, które prowadził Krzysztof Ruciński w cyklu Tylko Dla Dorosłych. Niemniej w dobie Internetu nie potrzebujemy już tak bardzo telewizji.

Dużo lepiej radzimy sobie w Internecie, bo tam mamy grupę docelową zdecydowanie bliższą nam. Tam są ludzie, którzy są wychowani na trochę innym rodzaju rozrywki, tam żart stand-upowy lepiej działa i jest bardziej naturalny.

Telewizja odezwała się do nas dopiero gdy zaczęliśmy odnosić sukcesy w Internecie.

Widziałam wasze Roasty u Kuby Wojewódzkiego i to co się działo po ich emisji. Chyba nie takiego efektu się spodziewaliście…

Dopóki robiliśmy to w klubie i puszczaliśmy na naszym kanale Youtubowym to było cicho. Natomiast kiedy zrobiliśmy to w TVN, to nagle wszyscy się spięli i super poważnie to potraktowali. Tak jakby ludzie zapomnieli, że istnieje coś takiego jak poczucie humoru. Wiadomo, że roasty nie są dla wszystkich. 

To zaszkodziło roastowi, z którym również byliście pierwsi w Polsce?

Myślę, że te występy w TVN pokazały nam, że czas to zakończyć. 

Wróćmy do stand-upu. Jak to się stało, że się nim zainteresowaliście?

Internet. Oglądaliśmy YouTube. Jako pierwsi stand-up zaczęli robić w Warszawie Czarek Jurkiewicz i Karol Kopiec. Potem dołączył do nich Maciej Adamczyk.

Ja zacząłem interesować się tym w 2009 roku, a oni już działali od 2008 roku. Bardzo podobały mi się stand-upy amerykańskie. Oglądałem i myślałem, że fajnie byłoby rozwinąć tę kulturę u nas. Początkowo w ogóle nie myślałem o tym żeby występować na scenie, a potem spróbowałem swoich sił i zostałem.

Jak wyglądały początki? Widownia się dziwiła, czy może od razu was kupiła?

Na początku opieraliśmy się o naszych znajomych, którzy byli bardzo kochani i tu muszę bardzo im za to podziękować. Przychodzili, klaskali i śmiali się – często z bardzo złych żartów. Potem zaczęli przychodzić inni ludzie. Widać było, że szukają takiej rozrywki.

Ludzie słyszeli, że gdzieś w świecie istnieje coś takiego jak stand-up. Tak więc przychodzili z ciekawości, żeby zobaczyć jak to wygląda w Polsce, potem pisali że jest źle. (śmiech) Jednak nie podcięło nam to skrzydeł i parliśmy do przodu.

Z czasem było coraz więcej tych osób na widowni, pojawiliśmy się w HBO i Comedy Central. Zrobiliśmy roast Huberta Urbańskiego, co było dla nas mega strzałem promocyjnym. Można powiedzieć, że wypłynęliśmy na tej roastowej fali.

To pomogło nam zwiększyć publiczność. Łatwo to się teraz opowiada, jednak to są lata, lata ciężkiej pracy. Czasami były występy na które przychodziło 30, 20, 15 osób. Jadąc na występ modliliśmy się, żeby przyszedł ktokolwiek, żeby się nam chociaż za bilet zwróciło.

Czujecie się ojcami standu-pu w Polsce?

Ludzie sobie przyszywają takie nazwy. Co to ma za znaczenie? Robimy stand-up i na tym się skupiamy. Jak nie będzie śmiesznie, to kogo będzie interesowało co tam kiedyś było? Ludzie chcą przyjść i się dobrze bawić, to jest najważniejsze, a nie kto kiedy, gdzie i co zaczął. Nie czujemy się żadnymi ojcami po prostu robimy stand-up.

standup
fot. mat. pras.

Stand-up wyprze kabaret?

Mam nadzieje, że to się stanie. Natomiast nie mam na myśli wyparcia samej formy kabaretowej, a przaśnego, wieśniackiego, głupiego żartu. Mam nadzieję, że świeżość i pilnowanie jakości komedii wyprze lenistwo i przaśność, którą wprowadziły kabarety w Polsce. Ale podkreślam tu nie chodzi o formę kabaretu, tylko o styl myślenia.

Co robiłeś zanim zająłeś się stand-upem?

Nigdy nie przypuszczałem, że będę żył ze sceny. Wcześniej byłem nauczycielem angielskiego i się głównie obijałem. Tłumaczyłem teksty, pisałem artykuły, takie różne głupoty robiłem – nic ciekawego.

Oglądałem filmiki stand-uperów od lat. Któregoś wieczora siedziałem ze znajomymi na Placu Bankowym, piliśmy piwko. Przyjaciel zapytał mnie o to, co mnie najbardziej jara w życiu. Odpowiedziałem, ze chyba stand-up.

Wtedy stwierdziłem, że może otworzę klub komediowy. Na szczęście ten pomysł nie wypalił, bo polski rynek w 2010 roku w ogóle nie był na to gotowy i teraz pewnie byłbym w wielkich długach.

Skąd wiedziałeś co robić, bo dziś poza tym, że jesteś komikiem, musisz być też menagerem?

Uczyliśmy się tego z kolegami na bieżąco. Jak masz potrzebę i wiesz co chcesz zrobić, to uczysz się tego krok po kroku. Kiedy zaczynaliśmy nie mieliśmy żadnego biznesplanu na najbliższe lata, robiliśmy to intuicyjnie.

Byliśmy grupką chłopaków, która chciała robić stand-up i po prostu zaczęła to robić. Potem okazało się, że coraz więcej biletów się sprzedaje, więc zaczęliśmy to rozwijać, pojawiać się w telewizjach itd.. To wszystko rosło wraz ze wzrostem naszej świadomości tego co robimy.

Tak naprawdę nadal nie mamy stricte biznesowego pojęcia. Jednak weszliśmy już na taki poziom, że jest nam to potrzebne, dlatego potrzebujemy osób, które nas wspierają.

Jak twoi bliscy zareagowali na twój pomysł, że zostaniesz komikiem?

Tragicznie. Tata namawiał mnie, żebym pracował w jego sklepie, mama łapała się za głowę. Co prawda nigdy wprost tego nie wyrazili, nie było awantur. Mogę powiedzieć, że bali się w ciszy o moją przyszłość.

Natomiast uwierzyli w to jak wszystko zaczęło nabierać wiatru w żagle. Dziś są bardzo dumni z tego co osiągnąłem z chłopakami i że zrobiliśmy to od zera, bez niczyjej pomocy. 

Porównując stand-up do hip-hopu, jak myślisz na jakim etapie jest polski stand-up?

Jesteśmy na wczesnym etapie. Nie jestem historykiem hip-hiopu i nie znam się na nim, więc nie jestem w stanie znaleźć dokładnej linii w czasie łączącej hip-hop z dzisiejszym stand-upem. Jednak wydaje mi się, że jesteśmy na wczesnym etapie.

Już przebiliśmy się do świadomości, ludzie dowiedzieli się, że coś takiego istnieje. Są setki występów w Polsce, pełne sale. Do ludzi dotarło, że ten cały boom jest większy niż myśleli. Natomiast dużo pracy jeszcze przed nami.

Bartosz Ogrodniczuk

Jesteś menagerem w Stand-up Polska. Jak się pracuje w firmie artystycznej?

Bartosz Ogrodniczuk, menager Stand-up Polska: Stand-up jest bardzo ciekawą branżą. Wcześniej pracowałem w dużych korporacjach, w których pracowały tysiące ludzi i które miały światowy zasięg. Nagle przeszedłem do Stand-up Polska, który jest małą firmą, to było dla mnie w pewien sposób zderzenie z nową rzeczywistością.

W takiej firmie muszę zajmować się wszystkim: finansami, rozliczeniami, marketingiem. W korporacji byłem odpowiedzialny głównie za sprzedaż i to w bardzo wąskim wycinku, tak tutaj jestem odpowiedzialny za wszystko.

Stand-up jest kontynuacją, ewolucją kabaretu, czy czymś zupełnie innym?

To jest zupełnie coś innego. Nawet patrząc prawnie – my nie podlegamy pod ZAIKS, a kabarety tak.

Dlaczego?

Bo kabarety grają zawsze to samo, czyli odtwarzają określony materiał. U nas komicy mają swoje stałe materiały, ale one nigdy nie są takie same, bo w dużej mierze opierają się o interakcję z publicznością. Natomiast w kabaretach jest sztywny scenariusz, kabareciarze wiedzą nawet kiedy zrobić pauzę na brawa. U nas tych ram nie ma, komik musi działać na bieżąco.

Prędzej powiedziałbym, że bliżej nam do monologu satyrycznego niż do typowego kabaretu. Aczkolwiek nie jest to coś co wyewoluowało z monologu satyrycznego, a bardziej coś co przyszło ze Stanów i Anglii.

Komicy, którzy zakładali Stand-up Polska czyli Antoni Syrek-Dabrowski, Czarek Jurkiewicz uczyli się tej sztuki w Stanach. Czarek przykładowo kończył szkołę improwizacji w Chicago, więc są to ludzie, którzy przywieźli swój warsztat ze Stanów.

Widzimy tendencję, że osoby które występowały do tej pory w typowych kabaretach przechodzą na stand-upu. Przykładowo Kabaret Łowcy Kropka B, Mariusz Kałamaga dziś robi stand-up, czy Abelard Giza, który również przyszedł z kabaretu. Komicy widzą, że forma kabaretów się już wypaliła.

A roast?

Roast jest formą stand-upu, jednak roasty w Polsce się nie przyjęły. Jest bardzo wąska grupa odbiorców, którzy zrozumieli, że jest to forma antybenefisu, że komicy żartują i to nie jest na poważnie.

Mimo to roast był krokiem milowym dla stand-upu, zwłaszcza ten Kuby Wojewódzkiego, który był emitowany w ogólnodostępnej telewizji.

No tak szersza publika dowiedziała się o was. Myślisz, że teraz będzie z górki?

Są coraz większe przymiarki do tego, żeby stand-up wyszedł na salony, bo era kabaretów w naszej ocenie się kończy. Forma kabaretów się przejadła. Jednak ze stand-upem problem jest taki, że telewizja jeszcze nie jest gotowa na jego czystą formę. Więc stara się cenzurować występy, ugrzecznić je i w efekcie, to w telewizji po prostu wygląda źle.

Stand-up Polska to od początku był pomysł biznesowy?

Nie jestem co prawda od samego początku w Stand-up Polska, natomiast z tego co wiem, wyglądało to tak, że pojedynczy komicy byli zapraszani do różnych lokali na występy. Po jakimś czasie okazało się, że tego jest coraz więcej i trzeba się w jakiś sposób zorganizować i powstała grupa, która zaczęła się rozrastać.

W dniu dzisiejszym mamy 15 komików, którzy występują na terenie całej Europy. Ostatnio dwóch naszych komików wróciło z Norwegii, w październiku jedziemy do Niemiec i Holandii itd.. Tak więc z małej firmy barowej powstało całkiem niezłe przedsiębiorstwo.

Obecnie jak duży jest to rynek?

W porównaniu do kabaretów, mimo tendencji o których przed chwilą mówiłem, stand-up wciąż jest małym rynkiem. Na Facebooku osób zainteresowanych stand-upem jest około miliona, a kabaretem blisko 9 milionów. Natomiast jeśli chodzi o google analytics, to wyświetleń jest mniej więcej 9 do 1 na rzecz kabaretów.

Z czego to wynika?

Stand-up nie jest jeszcze tak bardzo znany i przede wszystkim nie jesteśmy w telewizji, jak to jest w przypadku kabaretów. Co prawda zaczynamy się pojawiać, ostatnio głównie w Comedy Central, jednak jest to kanał do którego nie każdy ma dostęp. Jednak TVP i Polsat mają olbrzymią liczbę odbiorców i ciężko z nimi konkurować pojawiając się na You Tube, mimo iż You Tube globalnie ma większe zasięgi niż telewizja.

Ile występów rocznie robicie?

Ciężko to określić, myślę, że mamy około 120 występów miesięcznie. Dwa miesiące w roku mamy wyjęte na wielką trasę, podczas której jedziemy przez całą Polskę. To jest marzec i październik, wtedy mamy bardzo dużo występów.

W trakcie takiej trasy licząc łącznie te dwa miesiące występujemy przed około 40 tys. osób. Natomiast jeśli chodzi o lipiec, sierpień i czerwiec, to są to miesiące martwe w naszej branży. Wtedy ograniczamy się do klubów, festiwali czy imprez plenerowych. Dążymy do tego żeby komicy średnio mieli po 10 -15 występów w miesiącu.

Ile zarabiają komicy?

To zależy. Ci najmniej rozpoznawalni zarabiają kilkaset złotych miesięcznie i często pracują regularnie w innym zawodzie, Ci najbardziej popularni żyją z komedii. To wszystko kwestia rozpoznawalności komika, ile razy w miesiącu występuje i gdzie. Pamiętajmy też, że komik potrzebuje mieć czas na napisanie nowego materiału, więc nigdy nie są to stałe, comiesięczne kwoty.

Zarabiacie na czymś jeszcze oprócz występów?

Tak, jak najbardziej staramy się dywersyfikować nasze przychody. Oczywiście główną osią naszych zarobków są występy. Pojawiamy się zarówno na imprezach biletowanych, jak i na firmowych.

Dodatkowo mamy sklep, w którym można kupić płyty z nagraniami naszych występów czy książki. Jednocześnie cały czas szukamy kolejnych źródeł przychodu. Bardzo intensywnie rozmawiamy ze sponsorami. Mamy ponad 150 tys. subskrybentów na YT. Ponad 40 milionów wyświetleń naszych filmów, więc są to atrakcyjne liczby dla potencjalnych reklamodawców.  

Antoni Syrek-Dabrowski swojego warsztatu uczył się w Stanach. Jak to wygląda na Polskim rynku, są jakieś szkoły dla stand-upowców?

Istnieją warsztaty stand-upowe, które my również prowadzimy, ostatnio zorganizowaliśmy takie w Poznaniu.

Macie 15 komików, a poza nimi ile osób jeszcze pracuje w Stand-up Polska?

Jeszcze jest trzech menagerów.

Jak wygląda wasz grafik, pewnie jest zapisany na rok do przodu?

Wakacje mamy już zamknięte. Obecnie pracujemy nad wrześniem. To jest ciągła sinusoida. Październik będziemy pewnie domykali we wrześniu. W między czasie będziemy pracowali już nad listopadem i grudniem. Tak więc zazwyczaj to jest mniej więcej trzy miesiące do przodu.

Czyli nie narzekacie na ilość zleceń?

Oczywiście cały czas dążymy do tego, żeby było tego coraz więcej, ale nie jest źle.

Karol Kopiec

standup
fot. mat. pras.

Jak to się stało, że związałeś się ze sceną?

Karol Kopiec: Moje początki ze stand-upem, to jest miej więcej 2008 rok. W okolicach wakacji z Czarkem Jurkiewiczem spisaliśmy się na forum internetowym o stand-upie. Postanowiliśmy spotkać się, bo stwierdziliśmy że trzeba zacząć działać, a nie tylko gadać na forum. Po kilku spotkaniach zorganizowaliśmy sobie występ w nieistniejącym już klubie Na Kłopoty Bednarska.

To był 10 październik 2008, dokładnie pamiętam, bo to był największy stres mojego życia. To była sobota, sala pełna ludzi. W sumie występowały 3 – 4 osoby. Weszliśmy na scenę i… od tego momentu nie wiem co się działo.

Jedyne co pamiętam to to, że pot lał się ze mnie strumieniami. Mówiłem coś z pamięci, całość trwała 10 minut, a mi się wydawało że kilka sekund. Ludzie potem, pytali się mnie czy brałem jakieś narkotyki (śmiech). Poważnie! Byłem tak zestresowany, że słaniałem się na nogach!

Po pierwsze nigdy wcześniej nie występowałem na scenie, nie miałem żadnego doświadczenia. Co prawda trenowałem wcześniej improwizację, ale nie byłem jeszcze kompletnie obyty ze sceną. To było straszne.

Jakie były reakcje widowni na nową formę?

Oni dostali młotkiem w głowę! Wyszedł na scenę jakiś koleś, totalnie ich zszokował i sobie poszedł, a oni wrócili do kolacji i picia piwa.

Potem wyszliśmy z tej knajpy z Czarkiem i mimo tych trudnych chwil, czuliśmy w środku, że musimy to powtórzyć. Ten wieczór spowodował całą tę lawinę stand-upową. Znałem reżysera, który działał w teatrze na Pradze i dogadałem się z nim, że udostępni nam przestrzeń. Tak więc kolejny występ odbył się już w teatrze. Przyszło blisko 60 osób, wszyscy za darmo i w głównej mierze znajomi.

Wtedy dołączył do nas już Maciej Adamczyk. Następnie, mniej więcej po roku, zaczęły się spotkania w Basenie Artystycznym. Mieliśmy już założoną paczkę do której dołączył Antoni Syrek-Dąbrowski. To były początki. Zaczęło się od pubu Na Kłopoty Bednarska. Natomiast w Basenie Artystycznym zebrał się już team/grupa, która zaczęła działać wspólnie, to były początki Stand-up Polska można powiedzieć.

Od tamtego momentu występowaliśmy wspólnie, wspierając się nawzajem. Graliśmy między innymi w legendarnym klubie Sen Pszczoły, który niestety spłonął. Dzień wcześniej, przed tą tragedią, organizowany był tam dzień otwartych żartów (każdy może przyjść i spróbować własnych sił), do dziś śmiejemy się, że podczas tego wieczoru było tyle suchych żartów, że lokal musiał spłonąć.

Żeby było śmieszniej, wcześniej graliśmy też na otwarciu Snu Pszczoły, bo lokal nas wynajął. Pamiętam, że wtedy zarobiliśmy pierwsze fajne pieniądze. Tak więc graliśmy na otwarciu lokalu i nasze żarty ostatecznie lokal spaliły. (śmiech)

No dobrze ale skąd wzięło się u ciebie samo zainteresowanie stand-upem? Marzyłeś o scenie?

Byłem zainteresowany rozśmieszaniem ludzi. W 2000 roku oglądałem w Stanach, bo tam skończyłem szkołę średnią (byłem przez rok na wymianie), program w którym komicy improwizowali. To był dla mnie szok, bo nie znałem tego, w Polsce tego jeszcze nie było w żadnej postaci. Po powrocie, w 2001 roku, poszedłem na studia Ekonomiczne.

Ekonomia?

To były typowe naciski ze strony moich bliskich, dobry zawód mówili, bez sensu tracić rok… Teraz z perspektywy czasu uważam, że bardzo sensownie jest stracić ten rok po szkole średniej, żeby przez ten czas zastanowić się nad tym, co się chce robić.

Po ekonomii trafiłem na rok do korporacji. Strasznie się tam dusiłem. Wtedy na HBO obejrzałem Grzegorza Halamę. Stwierdziłem, po co ja się tak męczę w tej korporacji, skoro można gadać takie głupoty ze sceny i żyć z tego, mało tego być w HBO!

Poszedłem więc na warsztaty teatralne, które trwały siedem dni w Warszawie i tam zrozumiałem, że chcę robić takie dziwne rzeczy. Potem trafiłem na warsztaty z improwizacji fabularnej w Instytucie Teatralnym i okazało się, że robiliśmy tam dokładnie to, co widziałem w telewizji w Stanach.

Strasznie mi się to podobało, bo mogłem się tam wygłupiać i byś spontaniczny. Przychodziłem tam co tydzień przez kolejny rok.

W pewnym momencie zrezygnowałem z pracy w korporacji i poszedłem do agencji nieruchomości na agenta. Kompletnie mi tam nie szło, ale miałem poczucie, że coś robię zamiast siedzieć w domu. W rozmowie z jednym klientem powiedziałem, że jestem agentem, ale chciałbym robić coś zupełnie innego.

Zamiast opowiadać mu o domu, który usiłowałem sprzedać, mówiłem facetowi o tym, że chciałbym stać na scenie i opowiadać żarty. Wtedy okazało się, że ten gość ma swój klub! Okazało się, że to był właściciel wspomnianego klubu Na Kłopoty Bednarska, od którego wszystko się zaczęło.

Powiedział, że zorganizuje wieczór i będę mógł wystąpić. Oczywiście nie miałem żadnego programu ale zgodziłem się. No i stało się, postanowiłem zwolnić się z pracy i nie mając niczego, zacząć zajmować się stand-upem, czyli czymś co na tamten moment nie wróżyło dobrze (śmiech).

Myślałeś wtedy o stand-upie w sposób biznesowy? Czy raczej chciałeś odpocząć, pobawić się, zastanowić co dalej?

Nigdy nie myślałem o tym, żeby zrobić z czegoś biznes! Jedyna rzecz w której nie ma jak dla mnie kompromisu, to robić coś niezgodnego z moją duszą. Chodzi mi oczywiście o duże wybory. Bo oczywiście często robimy coś dla pieniędzy.

Zdarza mi się na przykład zagrać imprezy dla firm, które są po prostu sposobem dorobienia większych pieniędzy, choć to nie są łatwe występy. Jednak w perspektywie dłuższej, jeśli miałbym robić coś tylko dla pieniędzy, to chyba skoczyłbym z dachu.

Stand-up to było coś co czułem w środku i wiedziałem, że musze iść w tę stronę. Pierwsze pieniądze które się pojawiły, jeżeli mówimy o biznesie, to było kilka lat później, trzy, cztery lata. W tym czasie dorabiałem sobie robiąc różne rzeczy. Tłumaczyłem firmy komediowe z angielskiego, a to uczyłem angielskiego…

Zwolniłeś się z pracy i postanowiłeś zostać komikiem. Jak twoi rodzice zareagowali?

Zacznę od tego, że moim zdaniem w idealnym świecie na studia powinniśmy iść w wieku 30 lat, bo dopiero w okolicy trzydziestki tak naprawdę jesteś w stanie stwierdzić, co tak naprawdę kochasz. Jednak system działa jak działa.

Kiedy chodziłem do pracy moi rodzice byli bardzo zadowoleni, bo miałem stałą pracę. Kiedy podjąłem decyzję, że odchodzę i zajmuję się stand-upem posadziłem moich rodziców na kanapie i powiedziałem im „słuchajcie rzucam pracę i będę występował na scenie”.

Wtedy jeszcze nie miałem za sobą żadnego występu na scenie. Więc możesz sobie wyobrazić minę moich rodziców. Byli w szoku. Natomiast to co było dla mnie bardzo ważne to, że moi rodzice powiedzieli, że nie rozumieją tego. To było bardzo szczere, próbowali szukać sensu w tym co sobie założyłem, ale nie potrafili go znaleźć.

Miałeś jakiś plan?

Miałem w głowie określoną ścieżkę artystyczną, którą chciałem pokonać. Byłem wtedy widzem kabaretu, oglądałem co się dzieje na YT i wiedziałem, że istnieje festiwal PaKa w Krakowie. Kabarety, które wygrywały ten festiwal robiły w późniejszym czasie ogromne kariery.

Założyłem sobie więc, że wygram PaKę, dzięki temu będę mógł żyć z tego co kocham i wtedy rodzice zrozumieją, że jednak jest w tym sens. Tak więc powiedziałem im, że za rok, dwa wygram ten festiwal i już będę miał pieniądze na życie. Taki miałem plan, wtedy wydawało mi się, że właśnie tak ta kariera działa.

I udało się?

Kiedy pojechałem tam pierwszy raz, to był mój chyba trzeci występ w życiu. PaKa ma w regulaminie taki wpis, że jury po 15 minutach może ściągnąć uczestnika ze sceny. W moim przypadku ten przywilej został wykorzystany. Zdjęli mnie ze sceny.

Rok później próbowałem znów i tym razem nie przerwano mi występu, tak więc był progres. Nie przeszedłem dalej, ale nie zjedli mnie ze sceny. Pamiętam, że Abelard Giza był wtedy na widowni, siedział z tyłu i analizował, co to jest ten stand-up (śmiech).

Dwa lata później znów się pojawiłem. Tym razem nie pojechałem ze stand-upem ale z kabaretem, który założyłem z Michałem Kempą i Piotrem Sikorą. To była bardzo dziwna grupa, komedia niszowo-czeska. I boom! Pierwsze miejsce!

Potem zgarnęliśmy klika kolejnych festiwali, nawet byliśmy w czeskim Mam Talent. Niestety nie zrobiło to z nas żadnych gwiazd. Zdarzało się, że na nasze występy przychodziło siedem osób.

Rok później jeszcze raz próbowaliśmy, ale nie poszło nam i trudno się dziwić, bo materiał stworzyliśmy tydzień przed festiwalem. Tak więc po tym ostatnim występie stwierdziłem, że trzeba olać ten kabaret i znów wziąłem się za stand-up. Więc znów wróciłem na festiwal, tym razem ze stand-upem i zająłem 3 miejsce, a w kolejnym roku pierwsze miejsce. Trwało to 5 lat, ale plan został zrealizowany (śmiech).

standup
fot. mat. pras.

Dziś żyjesz tylko ze stand-upu?

Tak, robię stand-up i improwizuję. Wszyscy myślą, że to jest duża sława, duże pieniądze. Oczywiście tak się zdarza, ale przeważnie na samym początku to bardzo dużo cierpienia, ale to jest dobre cierpienie.

Mówiąc o kabarecie słyszało się takie historie, że np. członkowie grupy Ani Mru Mru, w czasach swojej świetności, po powrocie z jednej trasy, mogli zbudować sobie dom. Czy w stand-upie są już takie gwiazdy?

Podejrzewam, że są komicy którzy zarabiają bardzo duże pieniądze. Ja jak na razie nie mam aż tyle ze stand-upu, mam kredyt i mieszkanie na Białołęce (śmiech). Natomiast myślę że jest do pięciu nazwisk w Polsce, które bardzo dobrze zarabiają na stand-upie. Czy mogą z tego postawić dom, nie wiem. Ale patrząc na to jakie grania mają i jakie sale zapełniają, na pewno mają bardzo fajne pieniądze.

Ile średnio masz występów w miesiącu?

To jest ciężkie pytanie. Wakacje są na przykład słabszym okresem. Potem przychodzi czas, kiedy występów jest bardzo dużo. Ja obecnie przez najbliższe dwa tygodnie w ogóle nie gram, bo muszę odpocząć. Teraz będę pisał nowy program.

Jak często powstają nowe programy?

Z jednym materiałem jeździmy minimum przez rok. Przez krótszy okres czasu nie zdążylibyśmy objechać całego kraju. Poza tym nie chcemy zbyt szybko wyrzucić materiału, który powstaje czasami nawet tygodniami. Gramy go do póki jest widownia i do póki się w nim nie wypalimy. Ja najbliższą premierę będę miał we wrześniu.

Czujesz się jednym z ojców stand-upu w Polsce?

Nie lubię twierdzić, że to my zaczęliśmy stand-up w Polsce. W tym samym czasie kiedy my zaczynaliśmy w Warszawie, Kacper Ruciński zaczynał z tym samym w Gdańsku. Więc ta iskierka pozapalała się w kilku miejscach w Polsce jednocześnie.

Poza tym jest wielu artystów, którzy już dawno robili bardzo zbliżoną formę, ale po prostu nie nazywali się stand-uperami. Po prostu amerykańskie nazewnictwo scaliło to w jedną, światową kulturę stand-upu. Nie wszyscy może wiedzą w stanach co to jest monolog kabaretowy, a on jest czymś bardzo podobnym.

No tak ale monolog kabaretowy jest bardziej zamkniętą formą, a stand-up jest bardziej bezpośredni i chyba bardziej oparty na reakcjach publiczności…

Przypomnij sobie występy Dańca, on bardzo często wręcz atakował publiczność. Myślę, że to nie chodzi o dokładną definicję monologu czy stand-upu. Poza tym monolog kabaretowy nigdy nie jest typowym monologiem, bo jeśli komik robi pauzy, by sprawdzić reakcje publiczności, to już jest to dialog. Stand-up również jest dialogiem. Granice myślę, że są niepotrzebne.

Waszym głównym kanałem medialnym jest Internet. Myślisz że to się zmieni?

Po co mamy iść do telewizji, kiedy mamy Internet? You Tube możesz odtworzyć kiedy tylko chcesz i ile razy chcesz. W telewizji możesz coś obejrzeć raz, masz się zameldować przed telewizorem o określonej godzinie itd.. Świat się zmienia.

To nie jest do końca też tak, że telewizja nie chce nas, ani my jej. Wydaje mi się, że to widownia coraz częściej nie chce telewizji. Widz chce mieć wolność, mobilność, to on decyduje kiedy ogląda, dlatego Netflix odniósł taki sukces.

Telewizja wbrew pozorom też nie jest medium jakoś super płacącym. Możemy zrobić jeden dwa występy i mieć tyle samo co z telewizji. Jednocześnie każda stacja w jakimś stopniu zmontuje, okroi materiał, przez co jest on spalony.

Natomiast na You Tubie to ty decydujesz kiedy i jak wrzucisz film. Przykładowo mam teraz materiał, który nagrałem w marcu i miałem go opublikować w czerwcu, ale ze względu na między innymi euro czekam do lipca/sierpnia. Ja decyduję.

Współczesny komik musi być jednocześnie specjalista od social mediów, fotografem, umieć montować itd..?

Może być ale nie musi. Są komicy, którzy świetnie montują, ja tego nie lubię. Zatrudniłem ekipę, z którą współpracuję od dawna i wiem, ze mogę im zaufać. Oni mają odpowiedni sprzęt i znają się na tym.

Co do social mediów, to na pewno dobrze jest jak umiesz Facebooka i potrafisz targetować posty. Nam natomiast pomagają w tym menagerowie, więc jak będę zainteresowany to będę się ich dopytywał jak to robią (śmiech).

Podsumowując, na jakim etapie jest rozwój sand-upu w Polsce według ciebie? Rynek jest już zapełniony?

Nigdy nie będzie tak, że już jest koniec. Tylko telewizja może sprawić, że będzie koniec czegoś, tak się stało z kabaretami. Dlaczego nie słyszymy o nowych kabaretach? Mimo, że nie jestem już ich odbiorcą, doceniam kilka grup, które istnieją i starają się zrobić coś świeżego w tym świecie. 

Natomiast one nigdy się nie przebiły, bo w kabarecie telewizyjnym jest szklany sufit nie do przebicia. Kabaretony zawsze prowadzą dwie osoby i zazwyczaj są to w kółko te same osoby. Może telewizja coś przemyśli i kiedyś znajdzie sposób, żeby pokazywać młode osoby, które próbują zmienić oblicze kabaretu na bardziej świeże, nowoczesne. Zobaczymy. Tak więc podsumowując mamy jeszcze bardzo dużo do zrobienia. 

Polski Stand-up jest na etapie jeszcze przedszkola mam wrażenie. Jest kilku przedszkolaków, którzy są bardziej popularni, kilku dziwnych, ale też z roku na rok liczba ich rośnie.

Może kilkoro z nich przeskoczyło od razu do wyższej klasy. Z uwagi na to, że stand-up, jeśli mowa o okresie używania tejże nazwy, to właśnie około dziesięć lat, to myślę, że tak można nazwać etap rozwoju polskiego stand-upu.

Polski stand-up jest jako dziesięciolatek z marzeniami ale nadal jeszcze jest młody. Idąc tą logiką to na dojrzały stand-up musimy jeszcze poczekać parę lat, ale to dobrze. Oczekujmy wspaniałej komediowej przyszłości i cieszmy się tym co jest teraz. Bo jest idealnie, tak jak ma być.

Do góry!

Polecane artykuły

Zapisz się do naszego newslettera

Wyślij mi newsletter (Możesz się wypisać w każdej chwili).

email marketing powered by FreshMail
 

Subscribe to our newsletter

Send me your newsletter (you can unsubscribe at any time).

email marketing powered by FreshMail
 

Subscribe to our newsletter

email marketing powered by FreshMail