NFZ, prywatne pieniądze i nowy podział ról
Z Barometru Watch Health Care wynika, że na wizytę u lekarza specjalisty w Polsce czeka się średnio około 4 miesiące, a na wiele badań diagnostycznych kolejne blisko trzy miesiące. Równocześnie udział prywatnych wydatków – głównie bezpośrednio z kieszeni pacjenta – w finansowaniu systemu zdrowia utrzymuje się powyżej średniej unijnej. W czasie pandemii teleporady odpowiadały nawet za ponad 70% wizyt w POZ, dziś ich udział spadł do kilkunastu procent, ale liczba świadczeń zdalnych nadal idzie w dziesiątki milionów rocznie.
Na takim tle zdanie „gdzie NFZ nie może, tam prywaciarza wyślę” przestaje być publicystycznym ozdobnikiem, a zaczyna opisywać realny sposób organizowania sobie dostępu do lekarza – przez pacjentów, lekarzy i działy HR.
Ten tytuł brzmi brutalnie. Co Pan ma na myśli, mówiąc: „Gdzie NFZ nie może, tam prywaciarza wyślę”?
Brzmi brutalnie, ale dobrze oddaje to, jak ludzie podejmują decyzje. NFZ może bardzo dużo, jeśli patrzymy na koszyk świadczeń. Problem polega na tym, że coraz częściej nie dowozi w rozsądnym czasie.
Jeżeli średni czas oczekiwania do specjalisty wynosi ponad cztery miesiące, a na część badań diagnostycznych kolejne dwa–trzy, pacjent nie analizuje systemu finansowania – tylko swoje ryzyko zdrowotne i to, ile jest gotów czekać z objawami.
W moim słowniku „prywaciarza wyślę” nie oznacza prywatyzacji systemu. Oznacza coś znacznie prostszego: tam, gdzie system publiczny nie dowozi, uruchamiam kanał prywatny, często w formule online. To pragmatyka, a nie jakaś ideologia.
Z perspektywy danych: jak dziś wygląda relacja NFZ – sektor prywatny?
Po pierwsze: czas. Barometr WHC pokazuje ponad cztery miesiące średniego oczekiwania do specjalisty; badania diagnostyczne to kolejne prawie trzy miesiące. To oznacza, że w wielu ścieżkach terapeutycznych połowa roku mija na samo czekanie.
Po drugie: pieniądze. Najnowsze dane pokazują, że w Polsce wciąż duży odsetek wydatków na zdrowie to środki prywatne, głównie bezpośrednio z kieszeni pacjentów. Innymi słowy – znacząca część systemu już dziś utrzymuje się poza NFZ.
Po trzecie: zachowania. Badania pokazują, że w czasie pandemii odsetek konsultacji zdalnych sięgnął kilkudziesięciu procent wszystkich wizyt, a po pandemii ustabilizował się na poziomie kilkunastu procent – teleporada nie jest już eksperymentem, tylko stałym elementem krajobrazu.
To są trzy warstwy tej samej historii: kolejki rosną, prywatne wydatki rosną, telemedycyna się utrwala. Z biznesowego punktu widzenia to nie jest „trend na e-wizyty”, tylko zmiana architektury rynku opieki zdrowotnej.
Teleporady po pandemii – publiczny system je ogranicza, prywatne platformy rozwijają. Kto się myli?
Myli się ten, kto wierzy, że da się cofnąć pacjentów do świata „tylko w gabinecie”. Pandemia oczywiście była sytuacją wyjątkową – teleporady w POZ sięgały wtedy ponad 70% wszystkich wizyt. Dziś ich udział jest mniejszy, ale to nadal olbrzymia liczba konsultacji.
Publiczny system wycofał się częściowo z teleporad ze strachu przed nadużyciami i spadkiem jakości. To zrozumiałe z perspektywy regulatora. Tyle że popyt na szybki kontakt z lekarzem nie zniknął. Przesunął się do sektora prywatnego – do abonamentów, ubezpieczeń, platform online.
Pytanie nie brzmi już „czy teleporady są potrzebne?”, tylko: kto zbuduje model, który jest bezpieczny klinicznie, powtarzalny operacyjnie i zgodny z prawem, zamiast obiecywać „kliknij i miej receptę”.
Co odróżnia poważną platformę telemedyczną od „receptomatu”?
Trzy rzeczy: proces, ludzie i język. W procesie punkt startu to wypełnienie formularza medycznego, który jest częścią wywiadu. Lekarz widzi historię leczenia, wyniki badań, listę leków.
Na tej podstawie podejmuje decyzję lekarską:
- czy kontynuować obecną terapię,
- czy zmienić dawkę,
- czy włączyć nowy lek,
- czy zlecić badania i z jakim priorytetem,
- czy w danej sytuacji uzasadnione jest wystawienie e-recepty lub e-skierowania.
E-recepta jest możliwa wyłącznie wtedy, gdy istnieją wskazania medyczne. Pacjent ponosi opłatę za konsultację, nie za „dokument do pobrania”. To fundamentalna różnica w logice usługi.
Ludzie: współpracujemy tylko z lekarzami, którzy mają aktywne prawo wykonywania zawodu, zweryfikowane w rejestrach PWZ.
I wreszcie język. Mówimy o „konsultacji z możliwością e-recepty”, „przedłużeniu terapii”, „planie leczenia”. Celowo unikamy narracji „zamów lek”, „szybka recepta”, bo ona z definicji niszczy medyczny charakter świadczenia i jest nie do pogodzenia z art. 14 ustawy o działalności leczniczej.
Z perspektywy marketingu: jak budować markę medyczną w branży, w której nie wolno obiecywać efektów?
Na początku trzeba zaakceptować fakt, że to nie jest kategoria „performance jak w e-commerce”. Podmiot leczniczy ma prawo informować o świadczeniach, ale nie ma prawa obiecywać efektów: „wyleczymy”, „gwarantujemy receptę”, „najszybciej na rynku”.
W DoktorPlus.pl przyjęliśmy strategię, którą roboczo nazywam defensywnym profesjonalizmem:
- fakty zamiast przymiotników
- warunkowość zamiast obietnic
- czas zamiast superlatywów
Dla wielu marketerów to bywa frustrujące, bo usuwa z gry część dobrze znanych narzędzi. Ale w zdrowiu rzetelność jest częścią propozycji wartości, a nie hamulcem. Zaufanie buduje się latami i można je stracić jednym nieodpowiedzialnym sloganem.
Od strony biznesowej: gdzie jest tu „skalowalność”, skoro decyzja zawsze należy do lekarza?
Skalować można organizację pracy, a nie medycynę jako taką.
Do skalowania nadają się:
- formularze medyczne dopasowane do jednostek chorobowych,
- ścieżki obiegu informacji między pacjentem a lekarzem,
- sposób przypisywania spraw do specjalizacji,
- komunikacja przed i po konsultacji.
Nie da się uczciwie skalować indywidualnej oceny przypadku przez lekarza – i bardzo dobrze. Jeśli ktoś próbuje ją „zautomatyzować”, to tak naprawdę próbuje zredukować medycynę do transakcji.
Telemedycyna, rozumiana poważnie, to infrastruktura, która ma skrócić czas do decyzji lekarskiej i uporządkować przedłużenie terapii. Nie zastąpi badania fizykalnego tam, gdzie jest ono konieczne – i nie powinna tego sugerować ani w komunikacji, ani w procesie.
Co to wszystko oznacza dla firm i pracodawców – to już „core HR”, czy wciąż tylko benefit?
Przy średnim czasie oczekiwania do specjalisty liczonym w miesiącach dostęp do lekarza staje się parametrem produktywności, a nie tylko „miłym dodatkiem”. Pracownik, który czeka trzy–cztery miesiące na decyzję lekarza w sprawie leczenia, w tym czasie realnie funkcjonuje gorzej – to uderza w absencję, efektywność, czasem w rotację.
Dlatego coraz więcej dużych firm traktuje konsultacje lekarskie online nie jako ozdobnik do karty sportowej, tylko jako narzędzie zarządzania ryzykiem zdrowotnym w organizacji. NFZ nie zniknie – i nie powinien. Ale tam, gdzie „NFZ nie może”, biznes będzie konsekwentnie „wysyłał prywaciarza”, bo koszt zaniechania jest po prostu zbyt wysoki.
To nie jest gest antysystemowy. To jest próba domknięcia luki, która z perspektywy gospodarki i rynku pracy staje się zbyt droga, żeby ją ignorować.
Artykuł sponsorowany
Zostaw komentarz