Outriders: Uprawiamy nieklikalne dziennikarstwo

18.12.2017 AUTOR: Marta Wujek

Poziom mediów online w Polsce pozostawia wiele do życzenia. Czytelnicy bombardowani są krzykliwymi tytułami, które bardzo często nie mają nic do treści, które się pod nimi kryją. Poza tym każde medium ma dziś silną orientację w którymś z kierunków politycznych. Co się stało z prawdziwym, rzetelnym dziennikarstwem? Gdzie dziś znajdziemy informacje, które dają do myślenia, zamiast na siłę wywierać na nas określony wpływ?

Jakub Górnicki wraz ze swoją żoną postanowili przeciwstawić się tej tendencji. Obydwoje wierzą, że na naszym  rynku jest miejsce na dziennikarstwo zaangażowane, że da się to zrobić, a co najważniejsze, że ludzie naprawdę tego potrzebują. Ich projekt Outriders, na platformie Wspieram.to osiągnął 105 proc. sukcesu, czyli ponad 80 tys.. Poza tym, że będą dostarczać rzetelnych informacji z całego świata, będą również podawać dziennikarstwo w zupełnie nowych formach: reportaż interaktywny, czy komiks. Czyżbyśmy stali u progu medialnej rewolucji?


Marta Wujek, Marketing i Biznes: W czasach, w których królują fake newsy, a czytelnicy ograniczają się do czytania tytułów i leadów, szykujecie kawał dobrego, rzetelnego dziennikarstwa. Myślisz, że czytelnicy chcą takich treści?

Jakub Górnicki, Co-founder w Outriders: Tak, myślę że bardzo chcą. Problem polega na tym, że jest jego coraz mniej i wtedy ludzie zaczynają myśleć, że wcale tego nie potrzebują, bo nie mają możliwości wyboru. To jest trochę tak jak mówienie, że krótkie video działa w sieci, kiedy w ogóle nie robi się długiego video. Jak statystki mają pokazać, że ktoś faktycznie chce długiego video, skoro w ogóle nie jest to badane? Poza tym widzimy, że na świecie zaczynają królować inicjatywy, które stawiają na oryginalne treści. Może nie są to rzeczy stricte związane z dziennikarstwem, bo mam tu na myśli Netflix, czy podobne serwisy video, które rozwijają się tylko dzięki temu, że mają bardzo dobre, własne produkcje. Jest to zaprzeczeniem twierdzenia, że nie da się robić takich rzeczy. Faktem jest, że powstają one w trochę innym modelu dystrybucji i zarabiania i to też jest bardzo ważne.

A co jest problemem w obecnie dominującym modelu biznesowym mediów?

W mediach online w Polsce jest on oparty głównie na ruchu, czyli nie wspiera prawdziwego dziennikarstwa, które z założenia jest niedochodowe i stratne. Wydaje mi się, że jako społeczeństwo zaczynamy dostrzegać wagę dobrej informacji, nie tylko przyjemnej, ale dobrej informacji rozumianej jako prawdziwej, nie zależnie od jej brzmienia.

Myślisz, że ludzie są zmęczeni śmieciowymi treściami?

Myślę, że tak. Ten rok to pokazał, bo stworzono parę ciekawych inicjatyw. Powstał magazyn Non/fiction, my powstaliśmy, zaraz pojawi się Pismo. Magazyn Opinii oraz szykuje się kilka ciekawych projektów reporterskich. Wiec myślę, że jest to właśnie objaw tego, że została zauważona potrzeba eksperymentowania i tworzenia dobrej treści w różnych modelach. To jest bardzo istotne i pokazuje, że nie jest to jedna grupa wariatów, którzy coś kombinują i nie wiadomo czy im się to w ogóle uda. Tylko faktycznie jest gdzieś ta potrzeba.

Z czego to wynika? Czego czytelnicy mają dość?

Myślę, że jesteśmy zmęczeni upolitycznieniem dziennikarstwa, które bardzo mocno oddaje podział polityczny społeczeństwa i ten podział jest już dla wszystkich męczący. Ja nie jestem tylko nadawcą, ja również jestem odbiorcą i widzę, że część wydawców zagubiła się w tym wszystkim. A czytelnik jest mądry. Ja bardzo szanuję wszystkich czytelników, niezależnie od tego jacy oni są, uważam że trzeba patrzeć na nich jak na ludzi mądrych, których my mamy darzyć szacunkiem i w ten sposób o nich mówić i w ten sposób ich traktować. I to jest moment, w którym w mojej ocenie jesteśmy w stanie tworzyć dla nich dobre rzeczy. Spłaszczanie ich potrzeby do tego, że ludzie chcą głupich treści, nie dociera do mnie. Jeśli ludzie nie mają innych treści to, co się dziwić?

To o co chodzi? Inni wydawcy o tym nie wiedzą?  

Za dużymi wydawcami stoją duże firmy. Natomiast duże firmy nie są tak elastyczne jak takie małe startupy jak my. U nich zmiana zachodzi wolniej, u nich zmiana radykalna jest zawsze ryzykowna. My jako mała organizacja jesteśmy taką grupą partyzancka, która przeciera szlaki, testuje różne modele, stosuje raczej taktykę metody podjazdowej niż totalnej. Czyli wykonujemy jakieś działania, patrzymy czy to się sprawdza, jeśli nie to się wycofujemy. Robimy tak, bo możemy tak robić, to jest nasz model działania z takim statusem rozwoju, w którym teraz jesteśmy. Natomiast dla większych wydawców taka zmiana jest trudna do przeprowadzenia. Ryzyko nie jest nigdy domeną dużych firm, a raczej pewnego rodzaju ciągłość i powolna ewolucyjność. W związku z tym dokonanie nagłego zwrotu, bo idzie zauważalna zmiana w społeczeństwie, nie jest wcale takie proste.

Jesteś wkurzony na te duże firmy i dużych wydawców?

Nie. Ja to w pewnym sensie rozumiem i nie krytykuję tego. Aczkolwiek krytykuje fakt, że jest zdecydowanie za mało prób stworzenia czegoś zupełnie innego. To są gracze, którzy mają duże środki. Ja rozumiem ryzyko finansowe, natomiast my dobrze pokazujemy, że wcale nie potrzeba miliardów, milionów żeby osiągać ciekawe efekty. I instytucje, o których rozmawiamy mogłyby pozwolić sobie na podjęcie takiego ryzyka, które nie zawsze musi się kalkulować.

Jak uważasz, kiedy był punkt zwrotny? Kiedy redakcje online zamieniły się w wielkie fabryki klikalności?

Uważam, że nie było jednego punktu i to jest najgorsze. Bo jakby to był jeden punkt, to mielibyśmy zmianę rewolucyjną – coś jest, a następnego dnia budzimy się i nie ma Pałacu Kultury. I to jest zmiana, a każdy mówi: „ja pierdzielę co się stało”, bo każdy tę zmianę dostrzega. Natomiast to co się stało moim zdaniem było gorsze.

Dlaczego?

Bo był to powolny proces, który trwał 10 – 15 lat i z każdym rokiem jakość obniżała się stopniowo. W związku z czym, my się stopniowo oswajaliśmy z tym. A dopiero teraz nagle doszło do takiego momentu, kiedy wszyscy się ocknęli i stwierdzili „co się dzieje!?”. Tak więc patrzenie wstecz i próba znalezienia jednego momentu, w którym to wszystko się zaczęło jest bezcelowa, bo moim zdaniem go nie ma.

A co miało wpływ?

Z jednej strony technologia i powolność wydawców w kwestii jej adaptowania. Również niedoszacowanie potencjału, a jednocześnie ryzyka, które się z tym wszystkim wiązało. Z drugiej strony ekspansja samo-wydawców różnej maści: youtuberów, blogerów, którzy konkurują z mediami o czas widza. I są w tym bardzo skuteczni, bo robią coraz lepsze treści, są bardziej startupowi, lepiej rozumieją potrzeby i są bardziej elastyczni. Z jeszcze innej strony również ingerencja polityczna, wykorzystywanie mediów oraz tworzenie własnych. Został zachwiany ten starszy model. Teraz każda partia może mieć swoje media i je rozwijać, niezależnie od tego co chce przekazać. Plus upolitycznianie debaty… no i gdzieś to wszystko powoli, powoli doprowadziło nas do sytuacji, w której jesteśmy.

Myślisz, że za sprawą takich projektów jak Wasz, stoimy u progu rewolucji medialnej?

Bardzo bym chciał. Uważam, że kluczowy będzie przyszły rok. My zaczęliśmy w styczniu, po chwili pojawiły się kolejne inicjatywy. Potrzeba jeszcze paru, żeby w przyszłym roku wykiełkowały na tyle silnie, aby duży wydawcy poczuli, że ktoś ich bardzo mocno kopie po kostkach. Nawet największa osoba, kopana po kostkach, może się przewrócić. I myślę, że to jest teraz kluczowe. To co robimy my i inne małe inicjatywy pokazują innym, że to chwyta. Więc to jest też nasza rola, przecieranie szlaków. I patrząc na to jak odbierana jest nasza praca – bardzo, bardzo pozytywnie – widzę, że rzeczywiście był głód, że trafiliśmy na pustynię pełną głodnych osób. W związku z tym mam nadzieję, że naszym tropem będzie podążać znacznie więcej osób.

A kto wpadł na ten pomysł?

Ja i moja żona, Ania. Pomysł oczywiście ewoluował, ale idea pozostała niezmieniona. Chcieliśmy stworzyć miejsce, które będzie opowiadać o świecie. Pomysł kiełkował, dorastał w formie. Zeszły rok spędziliśmy na myśleniu o tym czy i jak chcemy to zrobić. A aktywnie działamy od stycznia tego roku. Natomiast pomysł to jedno, a wykonanie to drugie.

Outriders to efekt pracy zespołowej – gdyby nie to, bylibyśmy tylko fajnym zamysłem, a nie działającą organizacją. Proszę nie mitologizować roli założycieli (śmiech).

Pracujecie zdalnie – dlaczego taka forma?

Dwa powody. Pierwszy, bardzo pragmatyczny – finansowy. Biuro to bardzo duży koszt i duże zobowiązanie. Z drugiej strony charakter naszej pracy i treści, które publikujemy dotyczące świata. W związku z tym połowy naszego zespołu nie ma w Warszawie, czy w Polsce w ogóle. Natomiast osoby, które są w Stolicy, bardzo często podróżują, w związku z tym biuro miałoby charakter przelotowy. Więc od samego początku było założenie, że każda osoba, która jest w terenie, musi mieć biuro w telefonie komórkowym. Jeżeli kiedyś sytuacja finansowa pozwoli, na pewno będziemy myśleli o studiu do post produkcji. Natomiast nie jest to jeszcze ten etap.

Dlaczego największe portale internetowe na to nie wpadły i wciąż przywiązują dziennikarzy do biurka?

To zależy według mnie od charakteru treści, które powstają. Ja nie lubię skrajności. Fajnie, że jest możliwa praca zdalna, jednak nic nie zastąpi spotkania fizycznego i przegadania pewnych spraw. Widzimy, że rzeczywiście są momenty, kiedy normalne spotkanie, jak teraz, jest na pewno dominujący. Myślę, że taki schemat pomaga w podejmowaniu szybszych decyzji.

No ale dziś wszystko można zrobić przez Internet…

Oczywiście da się bardzo dużo zrobić, pracując zdalnie. Pamiętajmy jednak też o tym, że w pracy zdalnej jest bardzo dużo rzeczy, których trzeba się nauczyć. Trzeba wiedzieć o tym, że jak pracuje się na komunikatorze, to ludzie nie wiedza, że ktoś jest chory, zły, smutny. A wchodząc do biura od razu widzisz, że ktoś ma zły dzień, w związku z tym inaczej odzywasz się do tej osoby – a na Slacku tego nie widzisz.

Macie w planach reportaż interaktywny, na czym będzie on polegał?

Reportaże interaktywne to jest zupełnie nowa forma reportażu, łączy ona w sobie wszystkie nowości technologiczne. W zależności od historii nasze reportaże będą łączyły w sobie: obraz, dźwięk, tekst, fotografię 360, nagrania z drona, animacje, wizualizacje – bardzo dużo form. Można powiedzieć, że będzie to taka zupa warzywna – co masz to wrzucisz – no i ważne żeby na końcu smakowało. Uważam, że jest to forma, która ma przed sobą ogromną przyszłość, ponieważ co chwilę powstają nowe narzędzia. Przykładowo, teraz dzieją się bardzo ciekawe rzeczy w wirtualnej rzeczywistości i myślę, że to fajna przestrzeń do eksperymentowania. Obecnie pracujemy nad 5 reportażami, które powstaną dzięki kampanii crowdfundingowej. Pierwszy będzie o mniejszości etnicznej z Kosowa, kolejny o wodzie i pozyskiwaniu z niej energii. Jest to forma, która wymaga pracy nie tylko reporterskiej ale i programistycznej. Bardzo dużo osób jest w to zaangażowanych jako autorzy.

Jaki jest średni koszt takiego reportażu?

To jest bardzo mocno zależne. Ciężko powiedzieć.

A najdroższy?

Najdroższy, gdybyśmy wyceniali go rynkowo to może i by wyszło ponad 100 tys.. To oczywiście zależy od wyceny i wielu czynników. Reportaż może kosztować 10 tys., a może 5 tys. zależne jest to od środków. Dlatego staram się nie mówić o kwotach, bo te informacje zaczynają potem żyć własnym życiem – Sky is the limit. Zajmujemy się innymi krajami, więc same koszty podróży znacząco wzrastają.

A jak docieracie do reporterów zagranicą?

Przez znajomych, znajomych, znajomych.

Planujecie bawić się formą. Co jeszcze szykujecie?

Tak, na drugą połowę przyszłego roku planujemy komiks. Komiks reporterski, interaktywny i prawdopodobnie papierowy również. Myślę, że będzie to wrzesień lub październik przyszłego roku. Bardzo duża i mocna w formie rzecz, do której musimy się dobrze przygotować. Prace koncepcyjne trwają już od 6 miesięcy. W fazę produkcji prototypu myślę, że wejdziemy w marcu. Dopracowujemy tematy. To bardzo skomplikowane logistycznie przedsięwzięcie w zakresie produkcji, w sensie zdobywania materiałów do historii, zrobienia scenariusza, a scenariusz komiksowy to zupełnie inna bajka, potem rysowanie i próba zmierzenia czasu i środków, jakie będzie trzeba na to poświecić itd..

Czy to oznacza, że zakres kompetencji dziennikarskich powoli się zmienia? Pisanie w Wordzie odejdzie do lamusa?

Moim zdaniem tak, mało tego to już dawno powinno się stać. Jestem też blogerem i jako bloger muszę na średnim poziomie plus znać wszystko. Fotografię, video, transmisje na żywo – muszę właściwie operować każdym narzędziem. W jednym trzeba wyspecjalizować się wybitnie dobrze, ale całą resztę trzeba na średnim poziomie znać, bo bez tego ani rusz. Moim zdaniem jest to wymóg w dzisiejszym, nowoczesnym dziennikarstwie. Dziś narzędziem produkcyjnym może być telefon komórkowy, a wraz z nim różnego rodzaju aplikacje i trzeba umieć to ogarniać. Dziś już nie jest tak, że biegnie się na jakiś protest i pisze się z niego tekst, tylko trzeba zrobić live, wrzucić tweeta, a może i jakąś inną formę wziąć pod uwagę. Umiejętność myślenia jednocześnie treścią, narzędziami i formą jest kluczowa.

Chcecie pokazywać czytelnikom proces powstawania materiału – w praktyce jak to będzie wyglądało?

Właśnie to wymyślamy. Jeszcze nie wiemy czy to będzie infografika, czy bardziej tekstowo to pokażemy, ale do połowy stycznia to wymyślimy.

A dlaczego chcecie to robić?

Ponieważ uważamy, że jest to jeden z bardzo ważnych elementów budowania zaufania.  Chcemy pokazywać proces powstawania materiałów, bo uważamy że buduje to relację z czytelnikiem, którego zaufanie do mediów jest mocno nadwyrężone. Chcemy żeby inni ludzie rozumieli jak pracujemy, jak podejmujemy decyzję, a nawet żeby czasem wychwycili błąd. Nie ma nic złego w tym, że czytelnik zwróci nam uwagę, bo przykładowo skontaktowaliśmy się z 20 organizacjami, a z 21 nie, bo o niej nie wiedzieliśmy. Kiedy czytelnik zobaczy, że poczyniliśmy naprawdę ogromny wysiłek, to wtedy zupełnie inaczej będzie traktował nasz błąd. Pamiętajmy, że błąd błędowi nie równy. Drogę do obiektywizmu traktujemy trochę jak drogę do nieba. Dlatego bardzo ważna jest motywacja i pokazywanie tego dążenia. Uważamy, że jeśli czytelnicy, dowiedzą się jak pewne procesy zachodzą, nie tylko zaufają nam, ale również lepiej zrozumieją przekazywaną informację.

Na platformie Wspieram.to osiągnęliście 105% celu, czyli ponad 80 tysięcy. To wystarczy?

To wystarczy na to, co obiecaliśmy, że zrobimy. Będzie to pewnie jakieś pół roku działalności. Oczywiście szukamy też innych środków cały czas i jedziemy do przodu. Jak na razie wszystko się ładnie spina, wczoraj dostaliśmy nagrodę 15 tys. złotych. Żyjemy z miesiąca na miesiąc, bo uprawiamy nieklikalne dziennikarstwo – ale nikt z nas nie marudzi.

Jak jeszcze chcecie pozyskiwać pieniądze?

Organizujemy swoje wydarzenia, pozyskujemy sponsoring, tworzymy zupełnie nowy model współpracy z markami, aktywnie grantujemy. Atakujemy z każdej możliwej strony. Gdzie się da ugryźć to próbujemy.

Zbiórka skończyła się 09 listopada – co udało się Wam zrobić od tamtego momentu?

Wystartowaliśmy depesze z bliskiego wschodu, lada moment startują depesze z Chin. Mamy w planach 5 reportaży, które od stycznia będą publikowane co 3 tygodnie mniej więcej. Następnie w styczniu rusza nasz newsletter, który cotygodniowo będzie informował o świecie oraz wychodzi podsumowanie najważniejszych wydarzeń na świecie. Od zakończenia zbiórki bardzo dużo pracy poświeciliśmy na układanie wewnętrznych rzeczy, dopracowania tego w jaki sposób pracuje newsroom depeszowy, dopracowaliśmy bardzo dużo spraw związanych z umowami i instytucjonalizacją.

Była radość, spodziewaliście się, że przekroczycie 100 proc.?

Gdybyśmy się nie spodziewali to byśmy nie zaczęli, ale radość była ogromna (śmiech).

Ile osób w tym momencie tworzy projekt?

11, a od przyszłego tygodnia 12.

A gdzie na świecie macie ludzi w tym momencie?

Meksyk, Kijów, Praga w Czechach, Syria. Od przyszłego tygodnia Chiny i Ukraina – to są depeszowcy. Oprócz tego mamy ludzi, którzy mieszkają w świecie: w Pradze, w Poznaniu, Łodzi i Warszawie.

Szukacie kolejnych?

Organizacja zbudowana w rok na poziomie 12 osób to skok na głęboką wodę bez tlenu. Także powoli będziemy podchodzić do tematu dalszej rozbudowy zespołu.

Są rzeczy, które mogą nie wypalić i martwicie się o nie? Co będzie dla Was największym wyzwaniem?

W tej chwili mamy dwa duże wyzwania. Po pierwsze nie chcemy popełnić żadnego dziennikarskiego błędu, dlatego bardzo mocno weryfikujemy informacje. Wiemy na jakich ideałach startowaliśmy, a jednocześnie wiemy jak trudno buduje się zaufanie i jak łatwo się je traci. Dlatego bardzo często opóźniamy publikację materiału ze względu na to, że trwa jakaś weryfikacja. Druga sprawa to bardzo szybko chcemy się wywiązać z tego co obiecaliśmy w kampanii na Wspieram.to. Po to by wszyscy, którzy dali nam pieniądze wiedzieli, że wszystko jest na dobrej drodze. Czyli zaufanie w ujęciu ogólnym i zaufanie osób, które wpłaciły pieniądze.

Czego Wam życzyć?

Nie wiem. Zdrowia, szczęścia i pieniędzy (śmiech).

 

Do góry!

Polecane artykuły

10.08.2020

Jak wybrać najlepszego laptopa dla siebie?

03.08.2020

Czy warto inwestować w fundusze ...