Jak otworzyć sklep internetowy i nie popaść w paranoje

10.11.2015 AUTOR: Jakub Zając

Po kilku latach prowadzenia stacjonarnego sklepu rowerowego przyszedł czas na szukanie nowych klientów. Lokalny rynek się nasycił, doszła konkurencja, a obroty zaczęły spadać.

Pierwszym ruchem było oczywiście zwiększenie nakładów finansowych na reklamę. Baner przy dużym sklepie z owadem w nazwie, reklama w prasie lokalnej, profil na Facebooku itd. Efekt niestety marny. Tak więc w czerwcu, czyli właściwie w samym środku sezonu, przyszedł nam do głowy pomysł otwarcia sklepu internetowego. Na pozór wszystko wydawało się piękne i łatwe, jednak liczba przeszkód, na jakie natrafiliśmy po drodze, była bardzo duża.

Na wstępie warto wspomnieć, że na początku przedsięwzięcia pomógł mi Michał Bąk, bo według mnie bez fachowca od branży e-commerce nie jesteśmy w stanie nawet ruszyć z miejsca.

Sklep chciałem postawić na platformie SoteShop, ponieważ to oferowała mi moja firma hostingowa, a jako że się na tym nie znałem, nie chciałem zbytnio kombinować i to wyjście wydawało mi się najłatwiejsze. I tak bym pewnie zrobił, ale w tym samym czasie dowiedziałem się o platformie PrestaShop, która po pierwsze okazała się o połowę tańsza, a po drugie jest dużo popularniejsza.

Proces tworzenia sklepu przez informatyka trwał ok. miesiąca i po tym czasie miałem swój upragniony sklep. A właściwie coś, co sklepem miało być. Był to moment, kiedy nieco zwątpiłem w całe przedsięwzięcie, ponieważ otrzymałem pewien szkielet, który musiałem uzupełnić. Nie było treści, nie było grafik, w dodatku część rzeczy wciąż była po angielsku. No i panel obsługi, który na pierwszy rzut oka zdaje się prosty i intuicyjny, ale z drugiej strony, gdy się zagłębimy, wychodzi na to, że jest strasznie irytujący, niejasny i zrobiony tak, żeby przypadkiem nie było zbyt łatwo ruszyć naprzód. Pewne na pozór proste rzeczy, jak konfiguracja stanu magazynowego na zasadzie „nie ma produktu – schowaj ikonę koszyka – pokaż informację, że będzie dostępny na zamówienie” okazała się niemal niemożliwa do zrobienia bez dodatkowej wtyczki za 20 euro. Oczywiście po tygodniu walki podziękowałem za tę opcję i żyję bez niej.

Pierwsze dwa tygodnie zajęła właśnie walka z takimi drobnostkami, które potrafiły wyprowadzić człowieka z równowagi. Szczerze znienawidziłem Prestę. Kolejne dwa tygodnie to wprowadzanie produktów. Musiałem spisać, jakie mam rowery, w jakim rozmiarze, kolorze i z jakiego rocznika. Do tego zweryfikować, czy na stronie producenta są zdjęcia i opisy. A więc równocześnie pracowałem i tworzyłem sklep, chociaż gdybym mógł to komuś powierzyć, ani chwili bym się nie wahał. Marki, modele, rodzaje, kolory, rozmiary i idiotyczna Presta. Wszystko to zjadło mi dużo nerwów i czasu.

Po kolejnych dwóch tygodniach przyszedł czas na powolną finalizację wszystkiego. Miałem wprowadzone produkty, a właściwie wielki bałagan, w którym sam się nie odnajdywałem i w którym nadal się gubię.

Idźmy jednak dalej. No więc, skoro to sklep internetowy, to ktoś chciałby w nim zapłacić online i otrzymać przesyłkę kurierską. Jeśli chodzi o to drugie, to postanowiłem kuriera zamawiać ręcznie przy poszczególnych zakupach, ponieważ (przynajmniej na początku) nie nastawiałem się na to, że sklep będzie nie wiadomo ile sprzedawał. Do płatności online wybrałem Polcard, ponieważ ich oferta odpowiadała mi najbardziej. I tu zaczęły się kolejne schody i opóźnienia.

Dwa tygodnie trwało załatwienie spotkania z przedstawicielem. Wszystko ładnie pięknie, ale ten poprosił mnie o podanie adresu URL do odpowiedzi pozytywnej i negatywnej. Nie miałem kompletnie pojęcia, co to takiego, i co gorsze wszędzie, gdzie szukałem pomocy, każdy robił tak samo wielkie oczy jak ja. Sklep miał ruszyć 1 sierpnia, a była już niemal połowa tego miesiąca, a ja nadal nie wiedziałem, co to za adresy. Na szczęście uratował mnie sam dział wsparcia firmy od płatności.

Niestety na ostatniej prostej, czyli przy konfigurowaniu kombinacji „jaka płatność – jaka wysyłka”, Presta znowu mnie pokonała. Po raz kolejny poległem, ponieważ nie mogłem sobie poradzić z idiotycznymi ustawieniami tego kombajnu. Nadal w niektórych przypadkach po dodaniu produktów do koszyka mój sklep pokazuje, ile klient wybuli za przesyłkę, mimo że jest ona darmowa. Mam nadzieję, że do wiosny to rozwiążę…

W miesiąc po otwarciu mojego e-sklepu zajrzało do niego ponad 300 osób. Uważam, że bez żadnej reklamy i w okresie pozasezonowym to niezły wynik. Z drugiej jednak strony sklep nie przyniósł jeszcze ani złotówki zysku, mimo że jest w nim sporo przecen od 10 do 30 proc.

Do wiosny zamierzam poddać temat głębszej analizie i dowiedzieć się, czemu tak jest i co powoduje, że nawet po kosztach pewne produkty nie zeszły. Mam nadzieję, że w całej sprawie pomoże mi Elivo, bo być może jest to problem typowy dla e-biznesów.

Biznesplan

 

Do góry!

Polecane artykuły

09.10.2019

Grupa SARE zmienia nazwę na Digitree Group i przedstawia nowy ...

Głodny wiedzy? Zapraszamy do sklepu z kursami i ebookami

Sprawdzam