Ma 26 lat, kawiarnię i foodtrucka. Filip Głodek: Nie szukaj wymówek, zacznij działać!

04.12.2017 AUTOR: Daniel Kotliński

Prowadzi własną kawiarnię FatWhite, jeździ po Polsce foodtruckiem wprost wyjętym z bajki o Scooby-Doo, jest także personal chefem, który gotuje na prywatnych imprezach i spotkaniach. Ma 26 lat, gęstą brodę i ramiona pokryte w kolorowych tatuażach. Swoje podejście do życia streszcza w słowach: – jak się robi coś wystarczająco długo, to wszystko staje się proste – przedstawiamy nietuzinkową, biznesową sylwetkę Filipa Głodka.


Swoją przygodę – i kiedy używam określenia ‘przygoda’, mam na myśli prawdziwą wyprawę w nieznane – z gotowaniem rozpoczął w technikum gastronomicznym w Warszawie. – Brat zawsze powtarzał, że nawet z mielonego zrobię schabowego – śmieje się podczas naszej rozmowy w FatWhite, kawiarni przy Andersa 6.

Szkoła gastronomiczna – nie, gastronomia? Tak!

W szkole szybko okazało się, że przedmioty kierunkowe są dla niego samą przyjemnością, ale te pozostałe – jak chemia, fizyka czy biologia – zupełnie go nie interesują. Kiedy zaczęły się praktyki w hotelowych restauracjach, spędzał tam całe godziny, najczęściej szorując szafki i oprzyrządowanie kucharzy. To go nie zraziło, ale dało przedsmak tego, jak będzie wyglądać praca w zawodzie. – W kuchni spędza się 14, czasem 18 godzin na dobę. Ciężka, fizyczna praca, gorąco od garów, wszystko w pędzie, każdy na granicy wybuchu furii – tłumaczy Filip.

Ale nie zraziło go to. Mimo, że szkoły nie ukończył (zamiast zaliczać geografię, godzinami “ukrywał się” w kuchni), po praktykach w dobrej, włoskiej restauracji na Powiślu dostał tam pracę. Przez 2 lata pracował jako pomoc kuchenna, ucząc się podstaw nie tylko kuchni śródziemnomorskiej, ale także dobrych praktyk.

To zaprocentowało, gdy za wszelką cenę uparł się, aby dostać się do kuchni Darka Barańskiego, szefa w Concept 13, restauracji fushion, mieszczącej się w prestiżowym budynku Domu Handlowego VITKAC. – Po zjedzeniu tam obiadu, głowa mi wybuchła! Poszedłem na kuchnię i poprosiłem o darmowe praktyki. Udało się – wspomina.

W końcu jednak i tutaj nadszedł czas na nagłą zmianę. Filip wyjechał do Anglii, tam najpierw złapał się w Starbucksie, a później został wspólnikiem w nowo otwartej kawiarni. Tam też pierwszy raz dowiedział się o zawodzie personal chefa – profesjonalnego kucharza, który gotuje ludziom w domach, na urodzinach i innych uroczystościach.

Osobisty szef na telefon

Po powrocie do Polski, próbował przeszczepić tę koncepcję na rynek warszawski. – Pierwsze pół roku wysyłania ofert, rozmów, spotkań i kreowania wizerunku kucharza w mediach społecznościowych zaowocowało dwoma zleceniami. Jedno z nich było gotowaniem… na randce moich znajomych! – tłumaczy.

Drugi event okazał się jednak przełomowy – chodziło o gotowanie dla 300 osób na wernisażu w galerii sztuki. – Masa świetnych zdjęć zaowocowała tym, że ludzie zaczęli się do mnie odzywać. Kiedy już się trochę rozkręciłem, zadzwonił do mnie ktoś z Allegro i zaproponował poprowadzenie internetowego programu kulinarnego – wyjaśnia Filip. Zapytałem, czy zgodził się od razu. – Tak, powiedziałem że wchodzę w to z miejsca. Musiałem przejść jeszcze casting, ale się udało – dodaje.

fatwhite

Kilka miesięcy później natrafia na ogłoszenie – ktoś sprzedaje małego busika VW T3, przerobionego na foodtrucka. Ale nie jakiegoś tam ‘foodtrucka’ – auto stylizowane jest na pojazd bohaterów legendarnej bajki Scooby-Doo! – Ludzie oszaleli. Zaczęto nas zapraszać na eventy, zjechaliśmy pół Polski i nie było miejsca, gdzie nie zrobilibyśmy furory – śmieje się.

FatWhite, czyli gęsta biała piana

Filip, przy wsparciu żony-graficzki, starannie kreuje swój wizerunek w sieci. Z oryginalnego, kolorowego sposobu ubierania zrobił swój znak rozpoznawczy, przed publikacją jakichkolwiek materiałów na swój temat w sieci chce mieć pewność, że jakość zostaje utrzymana. Łączy swobodny styl komunikacji z dużym doświadczeniem w kuchni i profesjonalnym podejściem do klienta.

fatwhite

I jak mówi – to się opłaca. – Po 5 miesiącach od zakupu foodtrucka, udało nam się zarobić tyle, że mogliśmy otworzyć kawiarnię – opowiada.

Jeszcze pod koniec maja tego roku lokal, w którym teraz siedzimy, był zasypany grubą warstwą gruzu. Stanowił on jednak część większego miejsca, barbershopu Ferajna, więc deadline na uporządkowanie wszystkiego i uruchomienie FatWhite’a został wyznaczony na końcówkę czerwca. – Mieliśmy miesiąc. Decyzję podjęliśmy w dwa dni – wspomina Filip.

Mimo, że na wariata, kawiarnia została wykończona z dbałością o każdy najmniejszy szczegół. Wchodzisz do tego miejsca i czujesz się, jakby cię ktoś… zaprosił. – Za wystrój odpowiadała żona. Zainwestowała w to mnóstwo siebie, ale dzięki temu każdy, kto tu wchodzi, jest pod wrażeniem – przyznaje nasz rozmówca.

Podczas półtoragodzinnej rozmowy nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Filipowi wszystko się udaje. Jak jednak sam przyznaje, to tylko kwestia tego, że… nie boi się zaryzykować. – Zawsze, kiedy czuję strach przed nieznanym, zamiast odruchowego ‘nie’, mówię ‘tak’ – a potem zastanawiam się, jak to ogarnę. Jak na razie, ta taktyka sprawdza się bardzo dobrze – podkreśla z uśmiechem.

Do góry!

Polecane artykuły

Zapisz się do naszego newslettera

Wyślij mi newsletter (Możesz się wypisać w każdej chwili).

email marketing powered by FreshMail
 

Subscribe to our newsletter

Send me your newsletter (you can unsubscribe at any time).

email marketing powered by FreshMail
 

Subscribe to our newsletter

email marketing powered by FreshMail