Wirtualni influencerzy – ci ludzie nie istnieją! Ile kosztuje lokowanie produktu u stworzonego w CGI influencera?

Wirtualni influencerzy w formie hologramu czy renderu CGI generują coraz większe przychody, a ich popularność rośnie - scenariusz rodem z Cyberpunka czy Blade Runnera, dzieje się na naszych oczach. Świat oszalał na punkcie takich postaci jak Lil Miquela, Hatsune Miku czy Shudu Gram. Ta pierwsza za post na Instagramie dostaje ok. $8500. Wirtualnych influencerów tylko przybywa, lecz czy to faktycznie taki innowacyjny trend i czy czeka nas era sztucznych ludzi?

Wirtualni influencerzy – ci ludzie nie istnieją! Ile kosztuje lokowanie produktu u stworzonego w CGI influencera?
Kim jest Lil Miquela - jedna z najpopularniejszych wirtualnych influencerek na świecie? Japończycy i Azjaci pokochali cyfrowe piosenkarki. Microsoft wchodzi we współpracę z wirtualnymi streamerkami. Czy sztuczni influencerzy i celebryci to znak naszych czasów? Jakie zagrożenia niesie za sobą świat wirtualnych influencerów? Naukowczynie z Katedry Marketingu Akademii Leona Koźmińskiego sprawdziły, jak młodzi ludzie odbierają cyfrowych celebrytów.

Wirtualny influencer wypromuje Twój produkt na Instagramie

Wirtualni influencerzy to wygenerowane cyfrowo osobowości, których zaczęło przybywać w szczególności w ostatnich latach. W ciągu 18 miesięcy do czerwca 2020 r. w social mediach zadebiutowało ponad 50 wirtualnych influencerów. Nie ma dokładnych danych co do ich liczby w ogóle, ale na samym YouTube ich liczba przekracza ponad 5000 (co do ich prawdziwych odpowiedników, to szacuje się, że tych może być ich od 3,2 mln do nawet prawie 38 mln). Wirtualni influencerzy tworzeni są zarówno przez pojedynczych artystów, jak i agencje kreatywne czy olbrzymie korporacje. Co ciekawe, pandemia koronawirusa spowodowała tylko wzrost ich znaczenia i przysporzyła im popularności. Tą cieszą się najbardziej wśród pokolenia Z – czyli osób urodzonych w późnych latach 90 i na początku 2000 r. Ten trend w sektorze influencer marketingu tak mocno rozgorzał, że w anglojęzycznym internecie powstał już nawet serwis informacyjny w całości poświęcony wirtualnym influencerom – virtualhumans.org. Warto zaznaczyć, że wśród cyfrowych awatarów nie ma jednorodności.

Zbliża się founders mind. kup bilet już dziś

Źródło: OnBuy
Zarobki wirtualnych influencerów w porównaniu do średniej pensji w Wielkiej Brytanii.

Niektórzy z nich do złudzenia przypominają ludzi i na pierwszy rzut oka może być trudno powiedzieć, że nie patrzymy na rzeczywistą, żywą osobę. Pozostali zaś są zdecydowanie bardziej animowani i często swoją aparycją odbiegają od tej prawdziwej. A czym zajmują się wirtualni influencerzy? Wszystkim – dosłownie. Są wśród nich piosenkarze, modele czy aktorzy, a nawet aktywiści ruchów społecznych. Każdy z nich na ogół prowadzi swoje profile na mediach społecznościowych, gdzie niejednokrotnie śledzi ich od kilkuset tysięcy do nawet kilku milionów osób. Cele wirtualnych influencerów są proste – przynosić zyski dla ich twórców, choć niejednokrotnie ich pobocznymi misjami jest zwracanie uwagi na palące kwestie bądź promowanie określonych zachowań. I tak np. Noonoouri (374 tys. followersów na Instagramie) stworzona przez niemieckiego grafika Joerga Zubera porusza tematy związane z ekologią, równością i tolerancją dla osób LGBTQ, czy przeciwstawia się okrucieństwu wobec zwierząt. Japońska Imma (331 tys. followersów) z kolei wraz ze swoim bratem Zinnem (50,3 tys. followersów) promują japońską kulturę, kinematografię i sztukę. Poza tą trójką wymienić warto też Seraphine czy Shudu Gram. Nawet Polska doczekała się swojej własnej wirtualnej influencerki – Sary Kosmos, która jednak nigdy nie doczekała się dużej popularności, pomimo zainteresowania mediów jej postacią. Konto cyfrowej awatarki na Instagramie śledzi 1850 osób, lecz Sara ostatni post opublikowała 7 sierpnia 2020 r.  

Mogą Cię zainteresować


Źródło: instagram.com/imma.gram
Imma (@imma.gram) wraz ze swoim bratem Zinnem (@plasticboy).

Imma nie ogranicza się jednak tylko i wyłącznie do tego, bo jak prawdziwy influencer wchodzi również w płatne współprace. Jakiś czas temu promowała sieć sklepów IKEA. 

 

Wirtualna influencerka Lil Miquela zarabia 252 razy więcej niż przeciętny Brytyjczyk

Obecnie bardzo popularną Instagramie wirtualną influencerką jest Lil Miquela, a właściwie Miquela Sousa. Jest ona 19-letnią Amerykanką brazylijskiego pochodzenia, która na stałe mieszka w Los Angeles. Miquela prowadzi profil na Instagramie, który obserwuje już ponad 3 mln osób. Wirtualna influencerka powstała w 2016 r. z inicjatywy Trevora McFedriesa i Sary DeCou. Jej wygląd wzorowany był najprawdopodobniej na brytyjskiej modelce Emily Bador. Swego czasu krążyły nawet teorie spiskowe, że Miquela to tak naprawdę właśnie Emily. Modelka jednak zaprzeczyła jakoby miała być Lil Miquelą czy w ogóle zarządzać jej kontem. A skąd te teorie spiskowe? Cóż, przez pierwsze dwa lata funkcjonowania Miqueli w mediach społecznościowych, nie wiadomo było, kto jest jej twórcą. Dopiero w kwietniu 2018 r. startup Brud z Los Angeles, którego CEO jest McFederis, ogłosił, że to on stoi za stworzeniem postaci, jak i obsługuje jej konto na Instagramie.  

Miquela Sousa szybko zyskała popularność i zaczęła pojawiać się u boku innych – tym razem już prawdziwych – influencerów, czy to YouTuberów, czy DJ-ów bądź aktorów. Z Miquelą przeprowadzono nawet kilka wywiadów, m.in. w Business of Fashion. Opisano ją także na łamach jednych z największych portali medialnych na świecie. Mowa tu o Forbes i The Guardian. Magazyn Times z kolei uznał ją za jedną z 25 najbardziej wpływowych osobowości internetowych. Postać Miqueli chętnie zresztą wykorzystywana jest przez marki. Współpracowała już z Calvinem Kleinem, Pradą czy Samsungiem. Jeśli ktoś chciałby skorzystać z zasięgów cyfrowej awatarki w formie np. lokowania produktu, to ta za post na Instagramie liczy sobie już ok. $8500. Wokół wirtualnej influencerki kręci się realne życie. Lil Miquela porusza tematy społeczne i chętnie opowiada o kwestiach związanych z równością – przyłączyła się m.in. do poparcia ruchu #BlackLivesMatter. Co ciekawe raz konto Miqueli zostało “zhakowane” przez Bermudę – inną cyfrową awatarkę, która jak później się okazało, również jest tworem startupu Brud. Lil Miquela podjęła się jakiś czas temu kariery muzycznej i w 2020 r. wystąpiła na festiwalu Lollapalooza, który z powodu pandemii odbył się w formie wydarzenia online.

Jak to bywa z celebrytami, wokół Miqueli narosło sporo mitów. W internecie często można przeczytać, że jest ona największą wirtualną influencerką, choć jest to nieprawda. Patrząc nawet czysto przez pryzmat liczby obserwujących, to o wiele większym kontem na Instagramie może się pochwalić, na przykład Lu do Magalu. Wirtualną influencerkę obserwuje już ponad 5,1 mln ludzi, a stworzona została przez brazylijską firmę Magazine Luíza. Potężne zasięgi ma również japońska Hatsune Miku, co do której nie jestem pewien czy ma w ogóle oficjalne konto na Instagramie, to jest już wręcz kultową postacią i głęboko zakorzenioną w popkulturę. Hatsune jest wirtualną piosenkarką (hologramem), której utwory generują nawet do kilkudziesięciu milionów wyświetleń na YouTube. Miku, regularnie zresztą grywa koncerty, które gromadzą rzesze fanów. Na Instagramie można zresztą znaleźć setki profili poświęconych Hatsune, które prowadzone są przez jej fanów, a sama wirtualna influencerka doczekała się nawet własnego hasztagu #hatsunemiku, który obserwuje już ponad 1,3 mln osób. Często w internecie znajdziemy też informacje, że Lil Miquela jest najstarszą wirtualną influencerką, lecz to również jest nieprawdą. Nawet wcześniej przytoczone Lu i Hatsune są od niej starsze. Ta pierwsza powstała w 2009 r., z kolei Japonka po raz pierwszy publicznie ukazała się w 2007 r., a zatem na 9 lat przed Miquelą.     

Źródło: YouTube/4everdrum
Koncert “World is Mine” Hatsune Miku.

Azjaci kochają wirtualnych influencerów

Dla zachodniego świata temat cyfrowych osobowości medialnych czy internetowych jest trochę świeższy niż w przypadku Azji, a zwłaszcza Kraju Kwitnącej Wiśni. Tam od dawna wirtualni influencerzy cieszą się popularnością. Idealnym przykładem jest właśnie 16-letnia Hatsune Miku. Sława japońskiego wirtualnego influencera stała się tak olbrzymia, że w 2014 r. wystąpiła jako support na 16 koncertach Lady Gagi. Japonka kiedyś zaśpiewała nawet po polsku, promując Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie.

Jednak obok Hatsune Miku, funkcjonuje wiele innych cyfrowych awatarów. Jedną z ciekawszych była Aimi Eguchi, która została jedną z członkiń j-popowej grupy AKB48 w 2011 r. Jak się okazało Eguchi była stworzonym przez CGI modelem, a jej wizerunek został wykreowany na podstawie pozostałych sześciu piosenkarek. Było to prawdziwym szokiem dla fanów grupy. Od niedawna jednak w Azji rozpoczął się zupełnie nowy trend wirtualnych streamerek. Biorąc pod uwagę to, jak istotną rolę w tej części świata odgrywa gaming, to nie ma się de facto czemu dziwić. W końcu według danych firmy Newzoo z raportu “Global Games Market Report 2021” aż 54% wszystkich graczy na świecie pochodzi właśnie z Azji i Australii. Jednymi z takich wirtualnych streamerek są Shishiro Botan oraz Himemori Luna. Tę pierwszą na YouTube subskrybuje już 740 tys. osób, a na Twitterze obserwuje 459,5 tys. (Twitter jest wyjątkowo popularny w Japonii, jestem skłonny zaryzykować, że nawet popularniejszy niż Facebook czy Instagram). Himemori z kolei ma 530 tys. subskrybentów i 390,4 tys. obserwujących na Twitterze, a obie narodziły się w 2020 r. Warto też podkreślić, że Shishiro zgromadziła pół miliona subskrybentów na YouTube zaledwie w pięć miesięcy. 

Źródło: Botan Ch.獅白ぼたん
Shishiro Botan streamuje na YouTube.

Popularność wirtualnych streamerek stała się w Azji na tyle duża, że Microsoft postanowił zawiązać z nimi współprace. Jest to część strategii amerykańskiego giganta, który chce wypromować konsolę Xbox zwłaszcza w Japonii, która radzi sobie o wiele gorzej od PlayStation czy Nintendo. Zarówno widownia Himemori, jak i Shishiro pozytywnie przyjęła ich współpracę z Microsoftem. Streamy, na których prezentowały gameplaye z Xboxa śledziło na żywo ponad 100 tys. widzów. Dodatkowo wirtualne streamerki zgromadziły pod swoimi materiałami ok. 10 tys. like’ów, przy nieco ponad 50 łapkach w dół. Najwyraźniej wchodząc na azjatycki, a już zwłaszcza japoński rynek, warto rozważyć wejście we współpracę z wirtualnymi influencerami. Popularność wygenerowanych cyfrowo YouTuberów czy streamerów jest tak powszechnym zjawiskiem w Azji, że gdy wejdziemy na fanowską wikię virtualyoutuber.fandom.com, to spośród 1868 wyników w tym serwisie, większość stanowią azjatyccy, a zwłaszcza japońscy wirtualni influencerzy. Nawet jeżeli znajdziemy tam postacie stworzone przez osoby spoza Azji, takie jak Fukushima Genshiro czy Fukushima Momochi (obie zostały stworzone przez Polaków), to szybko okazuje się, że te wirtualne streamerki stylizowane są na postacie wyjęte wprost z japońskiego anime. Same zresztą też często nagrywają w języku angielskim bądź japońskim.

Sztuczni influencerzy to żadna nowość

Czy jednak znane postacie, które w rzeczywistości nie są żywymi osobami, to naprawdę aż tak nowe zjawisko? Niekoniecznie. Marki czy artyści od dawna kreowali awatarów, którzy gromadzili wokół siebie fanów czy gros zainteresowanych osób. Czasem tworzono takie postacie w formie performensu, z potrzeb marketingowych, czy storytellingu. Fikcyjni bohaterowie są tak samo starzy, jak ludzkość. Sięgając jednak po postacie bliższe naszym czasom można wymienić, chociażby Mavis Beacon, która uczyła dorastających w latach 80 Amerykanów, jak pisać na klawiaturze bez konieczności patrzenia na klawisze. Choć wielu konsumentów nie zdawało sobie z tego sprawy – Mavis Beacon nigdy nie istniała. Czarnoskóra kobieta, która była twarzą programu do pisania bezwzrokowego nie nazywała się Mavis, tylko Renee L’Esperance i była pochodzącą z Karaibów modelką i użyczyła ona jedynie swojego wizerunku. Inną fikcyjną postacią wykreowaną przez marki był David Manning – krytyk i recenzent stworzony przez Sony.

Mogą Cię zainteresować

Niesławnego “Dave’a” wykorzystywano do promocji filmów produkowanych przez należące do spółki Columbia Pictures. A dlaczego określam go mianem niesławnego? Dave zawsze wystawiał bardzo pozytywne recenzje filmom Columbia Pictures, nawet tym, które były mocno krytykowane przez innych recenzentów. John Horn dziennikarz Newsweeka postanowił sprawdzić kim jest David Manning i w toku swojego medialnego śledztwa, odkrył, że nikt taki nie istnieje. Cała historia Dave’a zakończyła się małym skandalem i finalnie w 2005 r. Sony musiało oddać po $5 wszystkim niezadowolonym widzom, którzy zachęceni recenzjami Manninga, poszli na te “mniej udane” produkcje filmowe firmy. A co z influencerami? Ci również niejednokrotnie byli kreowani przez przeróżne osoby i w rzeczywistości nigdy nie istnieli.

Jedną z takich postaci jest Boxxy, która została stworzona przez Catherine Wayne w 2008 r. Na swoim kanale energiczna i urocza dziewczyna zgromadziła 373 tys. subskrypcji i ponad 50 mln wyświetleń, choć w rzeczywistości była tylko aktorską kreacją. Na polskim podwórku również mamy takie postacie, choć już dość mocno zapomniane. Mowa tutaj o Barbarze Kwarc czy legendarnej Grażynie Żarko. Wirtualni influencerzy to zatem nic innego jak zwyczajne wykorzystanie nowoczesnej technologii do tworzenia swoistych awatarów na potrzeby marketingowe czy artystyczne. A to w przeszłości odbywało się przecież wielokrotnie. Po prostu w erze digitalizacji nie ma już potrzeby poszukiwania aktora bądź modela, który wcieli się w postać czy udzieli jej swojego wizerunku. W końcu można tanio i szybko stworzyć realistyczny model 3D. Kolejnym krokiem będzie powstawanie AI influencerów, z wykorzystaniem voicebotów. A jeśli organizacje ponadnarodowe nie podejmą się kroków w celu regulacji “sztucznych ludzi”, to pewnie doczekamy się też ery celebrytów-androidów.

Wirtualni influencerzy mogą być zagrożeniem

Źródło: instagram.com/shudu.gram
Shudu i wirtualny influencer Koffi – oboje są cyfrowymi modelami.

Oczywiście rzeczywistość wirtualnych influencerów nie jest tak piękna i kolorowa, jak może się na pozór wydawać. Istnieje tu wiele problemów, czy to na szczeblu biznesowym, czy czysto społeczno-humanistycznym. Postacie takie jak Lil Miquela czy Shudu Gram są krytykowane za przedstawienie nierealistycznego wizerunku, który może mieć szkodliwy wpływ na postrzeganie ludzkiego ciała. W domenie publicznej pojawia się również debata na temat wpływu wirtualnych influencerów ma social media marketing oraz to, w jaki sposób cyfrowe awatary mogą wpłynąć na pracę, chociażby modeli i modelek. Nie ma też na razie żadnych regulacji, co do funkcjonowania i istnienia takich postaci. Sądząc jednak po tym, jak sporo ich się w ostatnim czasie pojawia i jak duży zaczynają mieć wpływ, to bardzo możliwe, że wkrótce rynek wirtualnych influencerów doczeka się jakichś regulacji ze strony Unii Europejskiej czy państw. Trzeba też pamiętać, że wykreowane w CGI postacie nie są prawdziwymi osobami, a zatem wszelkie ich cele, cechy osobowości, poglądy itp. są w całkowitym stopniu uzależnione od ich twórców. Wirtualny influencer zawsze powie czy zrobi to, czego oczekuje od niego marka lub artysta, a to pozostawia spore pole do nadużyć.

Już sam świat influencerów – zwłaszcza tych klasycznych, instagramowych, często jest przesłodzony i nierealistyczny, a co dopiero kiedy mamy do czynienia z cyfrowym produktem korporacji. Wirtualny influencer nie ma osobistych problemów, czy dramatów. Takie postacie to wyidealizowane, “młode”, śliczne laleczki i to jest między innymi powód, dla którego cieszą się one taką popularnością. Jako drugi wymieniłbym ciekawość użytkowników, którzy chcą wiedzieć, kim oni są. Tak czy owak, influencer marketing zmienia się właśnie na naszych oczach. Zaczynamy zmierzać do czasów, w którym każda korporacja, artysta czy marka będzie mogła stworzyć własnego wirtualnego influencera.   

Polki badają jak młodzież reaguje na wirtualnych influencerów

Co jednak ciekawe polskie naukowczynie – dr Jolanta Tkaczyk i Dagmara Plata-Alf z Katedry Marketingu Akademii Leona Koźmińskiego – postanowiły przeprowadzić badania związane z odbiorem wirtualnych influencerów. Za próbę posłużyło 246 młodych osób i okazuje się, że dla większości z nich nie ma znaczenia, czy celebryta jest żywy, czy wygenerowany cyfrowo. Liczą się tworzone przez niego treści. 

– Okazuje się, że dla odbiorcy nie ma większej różnicy, czy influencer istnieje naprawdę. Jego “sztuczność” jest kwestią drugorzędną. Nie zaobserwowałyśmy znaczących różnic w ocenie Shudu. Ponad 60% badanych z obu grup zgodziła się co do tego, że jest ona atrakcyjna, budzi zaufanie i zna się na modelingu. Ważniejsze od tego, czy postać jest prawdziwa i jak wygląda, są interesujące treści, które przekazuje na swoim profilu. Okazuje się również, że konsumenci nieświadomi, że mają do czynienia z awatarem zamiast prawdziwą osobą, mogą się czuć rozczarowani i wprowadzeni w błąd. – Granica między rozróżnieniem tego, czy za danym profilem i jego aktywnością stoi realny użytkownik, czy wirtualny influencer, staje się prawie niezauważalna. W sieci gra toczy się o zaufanie klienta, dlatego wskazanie wyraźnie, z kim się ma do czynienia, jest kluczowym zadaniem rosnącego w siłę rynku e-commerce – podkreśla dr Tkaczyk.

Dodają równocześnie, że influencerzy stworzeni w rzeczywistości wirtualnej przyciągają uwagę, gdyż nie ma ich zbyt wielu. – Należy jednak podkreślić, że awatar czy model wyglądający podobnie, lecz nie identycznie, jak człowiek może wywoływać nieprzyjemne odczucia u obserwujących go ludzi. To tzw. efekt doliny niesamowitości. Im jest bardziej zbliżony do człowieka, tym większy dyskomfort może u niego wywołać – tłumaczą. Ich zdaniem wzmacnianie kultu kanonów piękna czy urody, które są nie do osiągnięcia przez człowieka, jest jednym z najważniejszych zagrożeń dla marek wykorzystujących takie postacie. Co potwierdzają zresztą wskazywane przeze mnie wcześniej debaty w przestrzeni publicznej ws. aparycji i wizerunku cyfrowych awatarów.

Podziel się

Zostaw komentarz

Najnowsze

Powered by: unstudio.pl