Wypalenie zawodowe wśród przedsiębiorców. Jak radzić sobie z trudnymi emocjami?

12.08.2019 AUTOR: Adam Sawicki

Wypalenie zawodowe nie dotyczy tylko pracowników. Towarzyszy też właścicielom biznesów. Przekonali się o tym moi rozmówcy, którzy opowiedzieli mi o trudnych chwilach, z jakimi się zmagali oraz o sposobach radzenia sobie z kryzysami emocjonalnymi.

Zanim jednak przejdziemy do ich historii, zobaczmy, co na temat wypalenia zawodowego ma do powiedzenia psycholog. 

wypalenie zawodowe

Czym jest wypalenie zawodowe? 

Wypalenie zawodowe to permanentny stan wyczerpania emocjonalnego, który dotyka nie tylko pracowników, ale również ich przełożonych, a zatem właścicieli biznesów. Bywa, że mylimy je z chronicznym stresem, chociaż różnica między obiema dolegliwościami jest tak duża, jak różnica między smutkiem a depresją. Kiedy więc możemy mówić o wypaleniu zawodowym? Według Malwiny Puchalskiej-Kamińskiej, wykładowcy Uniwersytetu SWPS i współzałożycielki Job Crafting Polska, gdy mamy do czynienia z tymi czterema objawami:

1. Wyczerpanie emocjonalne, czyli trudność z utrzymaniem kontroli emocji. Poczucie, że nawet drobnostka wyprowadza z równowagi, irytuje. Stan, w którym doświadcza się więcej negatywnych emocji. 

2. Wyczerpanie fizyczne, czyli przewlekły stan fizycznego zmęczenia. Brak siły, senność, bóle pleców i tym podobne dolegliwości, które utrudniają zdrowe funkcjonowanie w trakcie dnia. 

3. Depersonalizacja, czyli niesprawiedliwe i oziębłe traktowanie innych, nie tylko klientów, ale też współpracowników. Nieadekwatne reagowanie w stosunku do sytuacji, na przykład wybuch gniewu, gdy klient prosi o przesłanie oferty albo, gdy przedstawia obiekcje, co do ceny usługi lub produktu. 

4. Obniżona ocena własnych dokonań, czyli poczucie braku sensu, a także spoglądanie w przeszłość z wrażeniem zmarnowanego czasu. Niedostrzeganie osiągniętych sukcesów. Skupienie się na wcześniejszych porażkach; brak nadziei na poprawę sytuacji.

– Wypalenie zawodowe może się pojawić wtedy, gdy dochodzi do nierównowagi między wymaganiami a zasobami w pracy, na przykład, gdy przed pracownikiem stoi trudne zadanie do wykonania, ale nie ma środków do jego realizacji. Jeśli taka sytuacja utrzymuje się chronicznie, a pracownik czuje, że boryka się z wieloma trudnościami, może się wypalić. Natomiast zadowolenie w pracy pojawia się wtedy, gdy pracownik ma poczucie, że zasoby, którymi dysponuje, są wystarczające do realizacji zawodowych obowiązków – wyjaśnia Malwina Puchalska-Kamińska. Dotyczy to i przedsiębiorców, i pracowników.

Niemniej jej zdaniem właściciele biznesów to specyficzna grupa, jeśli chodzi o wypalenie zawodowe. Dlaczego? Zanim poznasz odpowiedź, poznaj trzy historie przedsiębiorców, którzy borykali się z rozmaitymi emocjami, a nawet otarli się o wypalenie zawodowe.

Łukasz Gągała

Według Łukasza Gągały, współzałożyciela biura rachunkowego Piasecki-Gągała, istnieją trzy czynniki, które wywołują stres wśród przedsiębiorców. Pierwszy nazywa niezbywalną odpowiedzialnością, drugi brakiem przewidywalności i trzeci emocjonalnym przywiązaniem do biznesu. Każdy może prowadzić nie tylko do stresu, ale też do wypalenia zawodowego.

wypalenie zawodowe

Na zdjęciu: Łukasz Gągała | fot. mat. pras.

Mój rozmówca wyjaśnia, że pracując na wysokim stanowisku w korporacji na pracowniku spoczywa duża odpowiedzialność, ale mimo to wciąż jest mniejsza niż odpowiedzialność, która spoczywa na właścicielu biznesu. Głównie dlatego, że przedsiębiorca odpowiada za całość, manager w firmie zaś za pewien wycinek biznesu, np. za dział kadr albo za projekt.

Z kolei przywiązanie emocjonalne do własnej działalności sprawia, że jej założyciel naraża się na ból emocjonalny, gdy rodzina i znajomi nie rozumieją, po co przedsiębiorca w ogóle uruchomił ten biznes. Mógł przecież znaleźć dobrą posadę za dobre pieniądze i mieć przy tym spokój. Poza tym przedsiębiorcy nie zawsze robią jedynie to co chcą. Czasami muszą wykonywać zadania, na które wcale nie mają ochoty. Za czym nie przepada Łukasz?

– Nie czuję się komfortowo w roli sprzedawcy. Nie przepadam też za trudnymi rozmowami z pracownikami, a takie się zdarzają, gdy trzeba się z kimś pożegnać albo powiedzieć, że coś nie gra. Przedsiębiorcy robią to na okrągło – mówi mi założyciel biura rachunkowego.

Opowiada, że jeden z najtrudniejszych momentów w prowadzeniu firmy zdarzył się zaraz po jej uruchomieniu. Wspólnik Łukasza zrezygnował z etatu, Łukasz natomiast próbował pogodzić obie prace. Ale zaangażowanie czasowe w projekt było tak intensywne, że gdy firma pozyskała pierwszego klienta, jej szefowie musieli zatrudnić pierwszego pracownika. I to był błąd, bo jak się okazało księgowa zamiast uczciwie pracować, pół dnia się obijała. 

Zatrudniając ją, Łukasz przypuszczał, że może zdjąć z siebie odpowiedzialność i odpuścić kontrolę. W efekcie pojawił się bałagan, księgowa opuściła szeregi biura rachunkowego, a jego właściciele starali się nadrobić zaległości, intensyfikując pracę, która przerodziła się w całodniowe posiedzenia w biurze. Przedsiębiorcy przestali odróżniać dni tygodnia.

– Pracowaliśmy tak przez dwa miesiące, a ja byłem bliski wypalenia zawodowego, mimo że dopiero rzuciłem etat. Zamiast poprawić swoją sytuację, pracowałem jeszcze więcej, a przychody nie równały się etatowej pensji. Byłem pod ścianą. Zastanawiałem się, czy nie rzucić tego i wrócić do pracy na etacie – wspomina Łukasz Gągała. 

Jesteś głodny biznesowej wiedzy? Founders Mind – sprawdź szczegóły pierwszej konferencji dla przedsiębiorców od Marketing i Biznes!

Ostatecznie pozostał na swoim. Gdy zapytałem, dlaczego, odpowiedział, że zainteresował się biznesem i historiami seryjnych przedsiębiorców. Zaczął czytać dużo książek i słuchać podcastów. Poznawał kulisy powstania rozmaitych firm i doszedł do wniosku, że historie osób, które osiągnęły sukces w tej dziedzinie, łączy cierpliwości i determinacja. Ma także świadomość, że trudne chwile będą się pojawiać, ale problemy nie trwają wiecznie.

– Kiedy jest źle, przypominam sobie słowa Winstona Churchilla, który powiedział: „jeżeli idziesz przez piekło, nie zatrzymuj się, idź dalej. Wszystko się kiedyś kończy” – dodaje. 

Do tego Łukasz Gągała stara się być w ruchu (podnosi ciężary, biega, chodzi na spacery) oraz korzysta z technik relaksacyjnych. Słucha muzyki klasycznej oraz wykonuje techniki oddechowe. Jedną z nich jest box breathing, która polega na kontroli oddechu przez kilka minut i składa się z czterech kroków. W pierwszym należy wziąć głęboki wdech nosem do przepony, następnie przytrzymać powietrze, potem wypuścić je nosem i pozostać przez chwilę bez oddechu. Każdy krok powinien trwać pięć sekund. 

– Potem należy powtórzyć cykl jeszcze kilka razy aż zwolni akcja serca, wróci trzeźwość umysłu i dojdziemy do równowagi emocjonalnej – wyjaśnia Łukasz Gągała, który sięga po tę technikę w stresujących sytuacjach. Na co dzień jednak dba, aby tych sytuacji było jak najmniej. Pracuje więc od 8 do 10 godzin i za każdym razem, gdy wychodzi z biura, stara się „wyjść nie tylko nogami, ale też głową”, z czym jak twierdzi, boryka się wielu właścicieli biznesów. Łukaszowi pomaga sport i zaplanowane na wieczór aktywności. Poza tym tworzy podcast o tym, jak pozostać fit za biurkiem.

Na dwie godziny przed snem przełącza telefon w tryb samolotowy i odkłada na półkę, aby nie narażać się na niebieskie światło, które utrudnia zasypianie. Dzięki temu rano wstaje wypoczęty i zregenerowany, co pomaga mu zachować równowagę emocjonalną. 

Po przebudzeniu medytuje przez chwilę, wykonuje ćwiczenia rehabilitacyjne na lędźwiowy odcinek kręgosłupa i zjada śniadanie białkowo-tłuszczowe. Potem jest gotowy do pracy, w której trakcie wstaje od komputera co dwie godziny, żeby się rozprostować i dać odpocząć oczom. I chociaż taki styl życia z boku wygląda na zbalansowany, Łukasz uważa, że work-life balance to przereklamowany termin. Dlaczego? Bo praca stanowi dużą część życia.

– Jest także naszą tożsamością oraz wpływa na nasze życie osobiste. Zamiast więc ograniczać pracę, mądrzej jest mieć satysfakcjonujące i przyjemne życie zawodowe, które będzie współgrało z innymi obszarami życia. Myślę, że to recepta na to, by pozostać w równowadze emocjonalnej – twierdzi Łukasz Gągała.

Grzegorz Miecznikowski

Na początku grudnia 2017 roku Grzegorz Miecznikowski, właściciel S Words Agency, poczuł, że stracił wszystko. – Nie mówię o obniżeniu nastroju, kilku dniach beznadziei, walki ze stresem i strachem. Mówię o okresie, w którym praktycznie nie wychodziłem z łóżka, byłem emocjonalnie wypalony i niezdolny, by nawet zmobilizować się do wzięcia prysznica. Radość dosłownie uciekła z mojego życia – opowiada. Przyczyna? 

wypalenie zawodowe

Na zdjęciu: Grzegorz Miecznikowski | fot. by Mikołaj Stefański

Na nowo rozpoczął walką z nowotworem oraz rozstał się z partnerem, z którym planował się pobrać. Na domiar złego problemy osobiste znalazły odzwierciedlenie w zawodowym życiu Grzegorza. Przestał cieszyć się z nowych klientów, porzucił pisanie artykułów na bloga, zrezygnował z udziału w konferencjach i robił absolutne minimum dla klientów.

– A potem z powrotem wczołgiwałem się do łóżka. Właśnie tak czuje się człowiek przytłoczony życiem. Na dodatek długi za nowy biznes i leczenie rosły, a trzeba było przecież w końcu zacząć je spłacać. Pojawiły się również problemy z nieuczciwymi kontrahentami, biurem księgowym i opóźnionymi fakturami. Wszystko to sprawiło, że trudno było mi wyjść z bardzo, ale to bardzo ciemnego miejsca, do którego trafiłem – dodaje Grzegorz Miecznikowski, który zderzył się z kolejnym dużym kryzysem w tym roku.

Ponownie pojawiły się problemy zdrowotne oraz rodzinne komplikacje. Do tego Grzegorz padł ofiarą „własnego sukcesu”. Otrzymał więcej zleceń niż mógł samodzielnie przerobić i zaangażował się w zbyt dużą liczbę projektów szkoleniowych. W efekcie musiał z części zrezygnować, oddając zlecenia znajomym z branży albo przekładając terminy realizacji. 

– Dzięki rekomendacjom znajomym z Centrum Otwarta Przestrzeń w czasie pierwszego kryzysu trafiłem pod opiekę psychologa. Zależało mi na osobie, która ma doświadczenie nie tylko w pracy z pacjentami onkologicznymi, ale także z osobami prowadzącymi biznes, które są osobami nieheteronormatywnymi. Trudno mi otworzyć się przed kimś, kto ma problem w słuchaniu o związkach męsko-męskich albo nie wie jakie emocje przeżywa pacjent po chemioterapii lub radioterapii – mówi Grzegorz Miecznikowski. 

Wyjaśnia, że bardzo wiele zyskał dzięki wizytom u psychologa, chociaż na początku nie było łatwo znaleźć odpowiedniego specjalistę (zmieniał ich dwa razy). We wrześniu 2018 roku zdiagnozowano u Grzegorza depresję maskowaną. – To specyficzny rodzaj zaburzeń depresyjnych, które dają mało charakterystyczne objawy, różniące się od klasycznych symptomów choroby, np. różnego rodzaju bóle, lęki, fobie, natręctwa, problemy z układem krążenia, zaburzenia odżywiania, skłonność do używek i wiele innych – tłumaczy. 

Według Grzegorza bardzo trudno pogodzić się z tym, że ma się depresję. Pacjent może na co dzień funkcjonować normalnie i pocieszyć się wyjściem do kina lub spotkaniem ze znajomymi. Ale negatywne emocje znów przychodzą i nie dają o sobie zapomnieć. Jak więc Grzegorz sobie radzi?

Mówi, że wciąż uczy się zarządzać emocjami. Wie także, że nie ma dobrych ani złych emocji. Jego zdaniem emocje są drogowskazami, które wskazują stopień zaspokojenia potrzeb oraz pomagają te potrzeby odkryć. 

W trudnych chwilach ukojenie Grzegorzowi przynosi śpiew. – Śpiewanie leczy i jest to fakt. Nie tylko duszę, ale i ciało. Śpiew wzmacnia nasze zdrowie fizyczne. Podczas śpiewania, występowania na scenie, a także publicznego mówienia, które sprawia nam przyjemność, podnosi się poziom hormonów szczęścia w naszym ciele. Gdy mówimy lub śpiewamy ciało i umysł przestawiają się na inny niż codzienny tryb działania – mówi mój rozmówca. 

Wyjaśnia, że podczas śpiewu angażujemy się w działanie wokalne całym sobą. Dlatego na co dzień założyciel S Words Agency śpiewa w pierwszym chórze LGBT+ w Polsce Voces Gaudii. Chór ma swoją siedzibę w Warszawie, ale koncertuje w całym kraju oraz jest zapraszany do tworzenia oprawy artystycznej wielu wydarzeń LGBT+, np. konferencji Ilga Europe czy Parady Równości.

– Jestem też karaoke-maniakiem, więc śpiewam na karaoke, a ostatnio nawet prowadzę takie imprezy hobbystycznie. Cyklicznie uczestniczę w różnego rodzaju jam sessions. Ale jest to hobby, z którym przyszłości zawodowej nie wiążę – mówi Grzegorz Miecznikowski.

Dodatkowo raz na miesiąc spędza dobę lub dwie bez telefonu i internetu. Zostawia wtedy smartfona w domu, idzie do kina, ogląda filmy, słucha muzyki, czyta książki lub wybiera się za miasto lub do parku. W ten sposób zapewnia sobie czas na refleksję, bo jak twierdzi, bez czasu na zastanowienie zamykasz się w kole błędów, pomyłek i porażek, a potem się w nim kręcisz.

Czy w trudnych chwilach Grzegorz myśli o zamknięciu działalności? Śmiejąc się, mówi, że myśli o tym cały czas, ale nie zamierza tego zrobić. 

– Od kiedy prowadzę własny biznes klapą okazało się wiele projektów, które prowadziłem. Spaliłem wiele mostów i zawaliłem współpracę z agencją content marketingową, z londyńskim funduszem inwestycyjnym i agencją szkoleniową. Nawet kooperacja z jedną z warszawskich restauracji nieomal skończyła się rozprawą sądową za naruszenie moich dóbr osobistych, a szansa na stworzenie świetnego startupu w branży e-learningowej bezpowrotnie umknęła – opowiada. 

Mimo to Grzegorz wiele nauczył się o biznesie dzięki tym doświadczeniom i obecnie efektywniej prowadzi agencję i pozyskuje nowych klientów. Ma się coraz lepiej.

Tomasz Maciąg

Każdego przedsiębiorcę dopadają trudne chwile, które wysysają pozytywną energię. 

Dla Tomasza Maciąga takim momentem było rozstanie się ze wspólnikami. Kiedy pięć lat wcześniej uruchamiał z trzema kolegami agencję brandingową Fuse Collective, nie sądził, że wspólne prowadzenie biznesu ma datę ważności. Pozornie wszystko wyglądało dobrze.

wypalenie zawodowe

Na zdjęciu: Tomasz Maciąg | fot. mat. pras.

Każdy ze wspólników znał się na czymś innym; Tomasz to z wykształcenia programista, a pozostali to specjaliści od brandingu, animacji i ilustracji. – W teorii mieliśmy wszystko, aby stworzyć agencję, która może wykonywać rozmaite zlecenia. W praktyce jednak brakowało nam widocznej specjalizacji, po której klienci mogli stwierdzić, czym się zajmujemy. Każdy zaczął ciągnąć firmę w swoją stronę, szukając własnej drogi – wspomina Tomasz Maciąg.

Fuse Collective nie przetrwało tej próby. Tomek znalazł dla siebie miejsce, zajmując się od tamtej pory biznesową stroną działalności oraz zastanowił się, jak klienci mają postrzegać agencję. Jego wizję podzielał tylko jeden ze współzałożycieli. Pozostali inaczej wyobrażali sobie Fuse Collective. Wkrótce potem doszli do wniosku, że wspólna przygoda dobiegła końca i rozstali się w koleżeńskich stosunkach, nie żywiąc do siebie urazy.

– Odbyliśmy wówczas szczerą rozmowę. Powiedzieliśmy sobie, że albo idziemy w jednym kierunku, albo się rozstajemy. Pozwoliliśmy sobie spojrzeć wyłącznie na własny interes. I mimo że wszyscy na tym dobrze wyszliśmy, bo koledzy wrócili na etaty i trafili do dobrych firm, a nasza spółka ma się coraz lepiej, to był to trudny moment – mówi Tomasz Maciąg.

Nie tylko dlatego, że rozstania bywają trudne z emocjonalnego punktu widzenia, ale także dlatego, że po odejściu dwóch wspólników Fuse Collective odcięło pół biznesu, nie mogąc wykonywać części zleceń, za które chcieli płacić klienci. Pojawiła się wówczas niepewność i strach co dalej, którą potęgowała tymczasowa niemożność zatrudnienia nowych osób, a kimś trzeba było zastąpić wspólników, którzy zrezygnowali z dalszej pracy nad projektem.

– Nie mogłem tego zrobić od razu, bo jeden ze wspólników brał udział w rekrutacji i czekał na decyzję firmy o zatrudnieniu. Nie była to dla mnie komfortowa sytuacja, bo zamierzałem w tym czasie przyjąć do pracy pracownika, ale chciałem zachować się fair w stosunku do kolegi, więc zwlekałem. Czułem wówczas, że straciłem kontrolę – mówi Tomasz Maciąg.

Wytchnienie pojawiło się dopiero wtedy, gdy założyciel Fuse Collective uświadomił sobie, że ma kilku stałych klientów, a więc jego firma nie tylko utrzyma się nad powierzchnią, ale także zyska czas potrzebny na poukładanie procesów i zbudowanie nowego zespołu. 

Innym razem Fuse Collective przegrało trzy duże, darmowe przetargi z rzędu. – Trzy miesiące później kompletnie posypała się nasza płynność finansowa i w efekcie dochodziliśmy do siebie przez pół roku, żyjąc z miesiąca na miesiąc, nie mając nawet na własne wypłaty – mówi Tomasz Maciąg. 

Obecnie jego firma ma się dobrze. Mimo to założyciel Fuse Collective spodziewa się, że prędzej, czy później pojawią się jakieś problemy. Jest jednak na nie przygotowany i wie, że „nic nie trwa wiecznie”; po gorszym okresie przyjdzie lepszy. Innym przedsiębiorcom radzi, by nie popadali ze skrajności w skrajność, to znaczy, by nie cieszyli się nadmiernie z sukcesów i nie rozdmuchiwali porażek. Lepiej zachować równowagę emocjonalną. 

Jak zachowuje ją Tomasz Maciąg? – Dużo czytam i rozwijam umiejętności managerskie, aby mój biznes był bardziej przewidywalny. Układam wszelkie procesy, począwszy od kontaktu z klientem, poprzez sprzedaż, a kończąc na wewnętrznej komunikacji. Porządek, retrospekcje i monitoring postępów zapewniają mi kontrolę – wyjaśnia mój rozmówca. 

Wspomina, że dużą rolę w jego finansowym rozwoju odegrały dwie książki. Pierwsza to „Profit First” autorstwa Mike’a Michalowicza, a druga to „Simple Numbers, Straight Talk, Big Profits!” Grega Carbtree’a. Z obu publikacji dowiedział się, jak zarządzać firmową kasą, żeby zapewnić firmie rentowność. Nauczył się również rozpoznawać, kiedy jest czas na inwestycje, a kiedy czas zacisnąć pasa.

W utrzymaniu równowagi emocjonalnej Tomkowi pomaga także sport. Powiedział mi, że regularnie gra w squasha i korzysta z sauny, bo w ten sposób „oczyszcza umysł”. Poza tym potrafi pół dnia spędzić na jeździe na rowerze, słuchając przy tym audiobooków.

Dodaje, że biznes to nie tylko upadki, ale również wzloty. Co zatem sprawia mojemu rozmówcy najwięcej satysfakcji? Z jednej strony rozwiązywanie problemów, a z drugiej swoboda związana z prowadzeniem własnego biznesu. Nie zna zresztą korporacyjnego ładu, bo jak mówi, od zawsze jest na swoim. 

– Kiedyś faktycznie programowałem. Dzisiaj zajmuję się strategią marki, chociaż nie jest to umiejętność, którą oryginalnie zamierzałem posiąść. Ale to, że mogę kreować samego siebie, wybierać obszary, którymi chcę się zająć, oraz wykonywać różnorodne zadania, bardzo mi odpowiada. Dzięki temu nie ma mowy o wypaleniu zawodowym – mówi Tomasz Maciąg. 

Wypalenie zawodowe wśród przedsiębiorców

Wcześniej wspomniałem, że przedsiębiorcy to specyficzna grupa zawodowa, jeśli chodzi o wypalenie. Według Malwiny Puchalskiej-Kamińskiej różnica polega na czynnikach, które to wypalenie zawodowe powodują. Obok nierównowagi pomiędzy wymaganiami a zasobami,  istnieją jeszcze trzy inne czynniki: izolacja społeczna, niepohamowana pasja i nastawienie na stałość. 

wypalenie zawodowe

Na zdjęciu: Malwina Puchalska-Kamińska | fot. mat. pras.

1. Izolacja społeczna 

– Osoby cieszące się wysokim wsparciem społecznym, a zatem przekonane o istnieniu innych, na których pomoc mogą liczyć, rzadziej wypalają się zawodowo. Mogą bowiem konsultować swoje problemy ze współpracownikami oraz uzyskać emocjonalne wsparcie – mówi współzałożycielka Job Crafting Polska. Dotyczy to jednak głównie pracowników. 

Przedsiębiorcy natomiast często pracują samodzielnie; to oni decydują, trzymają stery i wyznaczają kierunek rozwoju firmy. Nie szukają wsparcia wśród pracowników, bo to oni mają zapewnić podwładnym pracę i wynagrodzenie. Czasami nie otrzymują zrozumienia ze strony najbliższych, którzy nie prowadzą biznesu. Poniekąd zostają z problemem sami. 

Nie oznacza to jednak, że przedsiębiorcy nie mogą chronić się przed wypaleniem i izolacją społeczną, bo mogą. Muszą jedynie znaleźć źródło wsparcia, które jest odmienne niż to, z którego korzystają pracownicy. Malwina Puchalska-Kamińska radzi, aby szukać kontaktu z innymi właścicielami biznesów oraz dołączyć do grup networkingowych, bo dzięki temu nie tylko poczujesz się częścią społeczności, ale również znajdziesz merytoryczne wsparcie. Poza tym daj sobie prawo do popełniania błędów i niewiedzy.

2. Niepohamowana pasja 

Malwina Puchalska-Kamińska tłumaczy, że osoby, które idą na swoje, robią to z pasji. I nie ma nic złego w tym, aby robić to, co się lubi. Problem pojawia się, gdy pasja, w przypadku przedsiębiorców „firma”, przyćmiewa inne obszary życia. Wówczas właściciel buduje swoją tożsamość niemal wyłącznie w oparciu o pracę, uzależnia się od niej, a to pułapka.

Radzi, by żyć w harmonii. Mieć świadomość tego, że własny biznes to ważna część życia, ale nie jedyna. Warto więc rozwijać pozazawodową pasję, uprawiać sport i spędzać czas z rodziną albo robić cokolwiek innego, co pozwoli odciąć się od firmowych obowiązków oraz zbudować tożsamość na kilku stabilnych nogach. 

3. Nastawienie na stałość

Nastawienie na stałość to jedna strona medalu, druga to nastawienie na rozwój. Która jest bardziej korzystna? Ta druga. Według mojej rozmówczyni dlatego, że nastawienie na rozwój chroni przed wypaleniem zawodowym, a zatem to bezpieczniejsza opcja.

– Będąc nastawionym na rozwój, zawsze widzisz przestrzeń do poprawy. Wiesz, że nic nie trwa wiecznie; że zawsze można coś usprawnić. Gdy doznajesz porażki, nie traktujesz jej jako definicji siebie, ale jako okres przejściowy – mówi Malwina Puchalska-Kamińska.

Z kolei osoby, które są nastawione na stałość, przyjmują, że cechy charakteru są niezmienne, a zatem nie mają na nie wpływu, tym samym odbierają sobie odpowiedzialność, kontrolę i możliwość kreowania własnego losu. 

Jestem wypalony. Co dalej?

Czy wypalenie zawodowe oznacza, że już nigdy nie będziesz cieszyć się z wykonywanej pracy? Otóż nie, tak uważa Malwina Puchalska-Kamińska i wyjaśnia, że jak każdy stan, także wypalenie zawodowe jest stanem przejściowym. Trzeba tylko podjąć leczenie pod okiem specjalisty, który dobierze odpowiednią terapię. Należy też pracować samodzielnie. 

I pamiętać, czego nie robić, gdy towarzyszy wypalenie zawodowe. 

– Na pewno nie warto rzucić wszystkiego i wyjeżdżać w Bieszczady, bo można wyjechać z wypaleniem i wrócić z depresją – uważa moja rozmówczyni. Sugeruje, by wziąć wolne od pracy i nie podejmować żadnych zawodowych aktywności. Korzystniej skupić się na odpoczynku, lepszemu poznaniu samego siebie i swoich potrzeb niż planowaniu kolejnych biznesów.

Współzałożycielka Job Crafting Polska radzi, aby dbać o profilaktykę. Gdy zmagasz się z długotrwałym stresem, warto byś zawczasu pomyślał, że taki stan może przerodzić się w wypalenie zawodowe. Mając tę świadomość, działaj i korzystaj z technik relaksacyjnych i technik mindfulness. Wśród nich jest na przykład joga i medytacja. 

– Ćwicz uważność, czyli bycie tu i teraz. Na przykład podczas posiłku zamiast skupiać się na planach albo rozpamiętywać błędy, skup się na każdym kęsie, myśl jak smakuje posiłek. To redukuje stres – wyjaśnia Malwina Puchalska-Kamińska.

Ponadto rekomenduje, by znać swoje wartości i mocne strony oraz pracować w oparciu o nie. Jeśli ich nie znasz, wykonaj „test talenów”. To może być test Gallupa. Potem zadaj sobie pytanie: jak wykorzystać swoje mocne strony w codziennej pracy? Zastanów się też nad sukcesami i tym, co sprawiło, że osiągnąłeś sukces w jakimś obszarze. Poznasz w ten sposób własne zasoby, które od tej pory możesz świadomie wykorzystywać w pracy.

Naucz tego samego swoich pracowników. 

Powiedzmy, że wspólnie doszliście do wniosku, że wartością podwładnego jest poczucie estetyki, które przejawia prezentacjami dopracowanymi pod kątem wizualnym. Z twojego punktu widzenia wizualna warstwa prezentacji może nie mieć znaczenia. Warto jednak pozwolić pracownikowi, żeby dbał o poczucie estetyki oraz kultywował tę wartość w innych obszarach. Uchronisz go w ten sposób przed wypaleniem zawodowym.

Poleganie na swoich mocnych stronach i bycie spójnym z własnymi wartościami nie tylko zwiększy zadowolenie z pracy, ale także przyczyni się do poniesienia efektywności. 

Do góry!

Polecane artykuły

07.11.2019

Kontrolki – rzeczy, które musisz mierzyć ...

Głodny wiedzy? Zapraszamy do sklepu z kursami i ebookami

Sprawdzam